Jakiś czas temu uraczyłam Cię artykułami, w których sugerowałam, jakie tytuły możesz zabrać ze sobą na wakacje. Zarówno te, które spędzisz poza domem, jak i te, w czasie których nie ruszysz się dalej niż do sklepu czy do parku. Podzieliłam je na te proste, łatwe i przyjemne (tutaj) oraz te bardziej wymagające (tutaj).

Sama niewiele ponad tydzień temu stanęłam przed trudnym wyborem i chociaż wielu blogerów, autorów i dziennikarzy układa swoje listy wakacyjnych „must read”, to i tak ja postawiłam na swoim, i wybrałam samodzielnie. Pierwszy problem pojawił się w momencie, kiedy musiałam zawęzić wybór do określonej liczby tytułów. Nigdy nie wiem, ile książek wziąć ze sobą, żeby mi wystarczyło, ale żeby też nie dźwigać bez sensu. W tym roku jechałam na sześć dni i stwierdziłam, że dwie powieści to zdecydowanie za mało, długo utrzymywałam się w przekonaniu, że trzy to całkiem optymalna ilość, a w kluczowym momencie dorzuciłam jeszcze jedną. No cóż, zawsze wolałam cyfry parzyste.

Zapytasz, ile ostatecznie udało mi się pochłonąć? Otóż dwie. Od deski do deski. Powiedziałabym, że lekka nędza, ale z drugiej strony na wakacje nie jedzie się po to, żeby tylko czytać. Tak czy nie?

Co przeczytałam? „Samulkę” Kingi Falcon, która mnie nie zachwyciła. Chociaż historia była dosyć poruszająca i ujęło mnie delikatnie stosowanie kawoterapii, pączkoterapii i ciastkoterapii, a także fakt, że główna bohaterka jest stałą bywalczynią bibliotek i pochłania całkiem sporą ilość książek, nawet tych dla młodzieży – zupełnie jak ja, to jednak obok tego tytułu przeszłabym zupełnie obojętnie i nie czułabym żadnej straty, gdybym się z tą historią nie zapoznała. A szkoda.

Z drugim tytułem było już lepiej, bo co kilka stron śmiałam się w głos i czułam przemożną potrzebę dzielenia się co zabawniejszymi fragmentami. O jakiej książce mowa? Otóż o najnowszej powieści Alka Rogozińskiego „Jak Cię zabić, kochanie?”. O niej opowiem Ci dzisiaj trochę więcej, więc siadaj wygodnie i zaczynamy! 😉

Kasia i Darek od ponad czterech lat są małżeństwem. Niezbyt szczęśliwym, trzeba dodać. On uprzykrza jej życie marudzeniem na to, co ona ugotuje, na boku ma kochankę, pół miliona długu i dosyć brutalnego wierzyciela. Ona zrezygnowała z prób rozwijania swoich zdolności kulinarnych i zdecydowała się na regularne zamawianie obiadów z zaprzyjaźnionej firmy cateringowej, a pracownik ekipy remontowej twierdzi, jakoby ciągle siedziała w domu i wychodziła tylko do fryzjera czy kosmetyczki.

Zapytasz, co trzyma ich razem? Otóż obietnica kolosalnego spadku po cioci. Jak to bywa w takich historiach, jest jedno „ale”. Ciocia Kasi była bardzo wierząca, uważała, że w małżeństwie wszystko musi być „jak należy”, dlatego w testamencie zastrzegła sobie, że jeżeli w ciągu pięciu lat od zawarcia związku małżeńskiego nie zostanie spłodzony potomek (płci dowolnej, żeby nie było), wtedy cały majątek stanie się własnością parafii, do której należała nieboszczka. Wydawałoby się, że nic prostszego, że połączenie przyjemnego z pożytecznym i tak dalej, i tak dalej. Ale tutaj pojawia się kolejna przeszkoda: niby oboje są płodni, ale tak się składa, że zarówno jej komórkom, jak i jego plemnikom czegoś brakuje, więc mogliby mieć dzieci z innymi partnerami, ale ze sobą już niekoniecznie.

Powiesz, że to wszystko da się obejść, że zapłodnienie in vitro, że zdrada, surogatka albo cokolwiek innego. No cóż – nie. Ciocia była na tyle przezorna, że zastrzegła sobie, że przed wykonaniem testamentu muszą zostać przeprowadzone testy DNA, które potwierdzą, że dziecko jest owocem miłości Kasi i Darka. Miłości, o której (zdaje się) mówić już nie można.

Za dziesięć miesięcy upłynie pięć lat, odkąd bohaterowie wzięli ślub, zatem został im już tylko miesiąc na to, ażeby:
A) spłodzić potomka,
B) wymyślić inne rozwiązanie.

Jakimś cudem oboje wpadają na ten sam pomysł: ona chce zostać bogatą wdową, a on bogatym wdowcem. W jaki sposób chcą do tego doprowadzić? Tego już Ci nie powiem, ale polecam sprawdzić, bo naprawdę warto!

Kiedy czytałam recenzje i opisy tej książki, to bardzo mocno kojarzyła mi się z powieścią Olgi Rudnickiej „Były sobie świnki trzy”. Z tą drobną różnicą, że tam to trzy kobiety chciały zabić swoich mężów i niemal jednocześnie zostać bogatymi wdowami, a tutaj mamy małżeństwo, które chce się wzajemnie wymordować.

Fabularnie tytuł w sumie nie zachwyca: mamy dosyć prostą historię, która łączy losy wspomnianego wcześniej małżeństwa, gangstera, kochanki, księdza, niepozornej lekarki, pana od remontów i zakonnic w przebraniu. Oczywiście, jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, także zdecydowana większość z nich jest łasa na spadek po cioci – skuszeni wizją dostatniego życia, prześcigają się w wymyślaniu coraz to bardziej pomysłowych sposobów na zdobycie majątku.

Tym, co zachwyca w żadnym razie nie jest wspomniany wątek kryminalny, ale poczucie humoru Rogozińskiego, którego przykłady możemy znaleźć właściwie na każdej kolejnej stronie. Autor nie stroni też od nawiązań do innych tekstów kultury ( 😉 ), począwszy od książek, przez filmy, piosenki, skończywszy na programach telewizyjnych. Mój ulubiony cytat? Proszę bardzo:

„Na drugim kanale kilku – jak to określił lektor – prawdziwych mężczyzn, w większości ze sporymi brakami w uzębieniu i ubranych tak, jakby swoje ciuchy znaleźli parę minut wcześniej na śmietniku i w związku z tym nawet nie zdążyli ich jeszcze wyprać, szukało przez portale randkowe wybranek swego serca, częstując zapoznane takim sposobem kandydatki tekstami w stylu: „Mam dwa hektary, ciągnik i kilka świnek, więc będę umiał o ciebie zadbać”, sens której to myśli stanowił dla Patricka nieodgadnioną tajemnicę. Wreszcie na kanale trzecim równie zażywna, co furiatyczna blondyna rzucała brudnymi garami po kuchni, wrzeszcząc na wgapiające się w nią z przerażeniem w oczach starsze kobiety, że trują ludzi. Po czym dokonała czegoś, co sama nazwała rewolucją, a co polegało na zamianie całkiem przytulnie prezentującego się wnętrza restauracji w coś w rodzaju połączenia ogrodu botanicznego ze skansenem ludowym. Na koniec zaś cała radosna jak transwestyta na paradzie miłości zaserwowała gościom jakąś dziwaczną breję, którą szumnie nazwała „przepysznym kremem z białych warzyw”[…]”.

Nawet ja, chociaż telewizji nie oglądam, nie mogłam się nie uśmiechnąć, kiedy skojarzyłam oba programy.

Podobne nawiązania, komiczne sytuacje i zwroty akcji znajdziesz w całej powieści, więc jeżeli lubisz się pośmiać, interesujesz się wątkami kryminalnymi (ale nie doszukujesz się we wszystkim logicznego ciągu wydarzeń), ewentualnie jeżeli lubisz twórczość Olgi Rudnickiej albo po prostu szukasz lekkiej książki na wakacje / urlop / weekend, to „Jak Cię zabić, kochanie?”, to książka idealna dla Ciebie.

Może cię zainteresować

Emily Giffin – Pierwsza przychodzi miłość
Przeczytaj...
K. A. Tucker – Pięć sposobów na upadek
Przeczytaj...
I była miłość w czasie wojny… „Czas burzy” Adriana Grzegorzewskiego
Przeczytaj...
Katarzyna Puzyńska – Trzydziesta pierwsza
Przeczytaj...