Nie od dziś wiadomo, że narkotyki przynoszą więcej szkody niż pożytku. Nie tylko dla naszego organizmu i psychiki, ale także dla naszego otoczenia. Uzależnienie od środków odurzających prowadzi (chciałoby się powiedzieć: nieuchronnie) do osłabiania i/lub zrywania więzi międzyludzkich, do rozpadu rodzin i wielu rzeczy, od których rozpoczyna się osobisty „koniec świata” dla większej części ludzi.

Większość uzależnionych to chyba nastolatkowie, którzy postanawiają spróbować, żeby zaimponować kolegom, a od pierwszego do każdego kolejnego razu droga jest coraz krótsza. Niektórym udaje się z tego wyjść, bo rodzice odpowiednio wcześnie zareagują, bo szkoła zauważy coś niepokojącego, bo poznają osobę, dla której są w stanie zrobić wszystko – nawet uwolnić się od nałogu, jeszcze innym skończą się pieniądze, odrzuci ich towarzystwo albo zwyczajnie pójdą po rozum do głowy i dojdą do wniosku, że przecież nie warto niszczyć sobie życia.

Niestety, są również jednostki słabsze, które same sobie z problemem nie poradzą, którym nie ma kto pomóc albo które z problemu zwyczajnie nie zdają sobie sprawy. Uciekają w narkotyki, żeby nie myśleć o tym, co dzieje się w ich życiu, a najczęściej dzieje się wiele… złego. Bywa, że w którymś momencie okazuje się, że kobieta, która regularnie zażywa narkotyki, jest w ciąży. Najgorzej, kiedy nie ma zamiaru (albo psychicznej siły) przestać. Wtedy po 9 miesiącach rodzi się dziecko, które właściwie z góry skazane jest na cierpienie, napiętnowanie w społeczeństwie i życiowe niepowodzenia. W niektórych środowiskach dzieci urodzone przez matki uzależnione od cracku nazywa się „pękniętymi”. Takim właśnie „pękniętym” jest główny bohater książki, o której Ci dzisiaj opowiem.

Na „Prawo Mojżesza” Amy Harmon natknęłam się w bibliotece, kiedy przeglądałam półkę z nowościami. Rozpoznałam okładkę, która kilka razy przewinęła się przez moją tablicę na facebooku i postanowiłam, że przeczytam. W sumie nie żałuję. Ale od początku!

Matka Mojżesza była narkomanką. Urodziła go, a potem podrzuciła do pralni – tutaj analogia do biblijnego Mojżesza, którego w koszyczku puszczono z nurtem rzeki, a który został znaleziony bodaj wśród trzcin przez królewską córkę.

Bohatera naszej książki nie znalazła żadna wysoko urodzona kobieta, był wychowywany przez różnych ludzi, bo jego matka zmarła kilka dni po jego narodzinach. Kiedy dorósł, sprawiał rzekomo liczne problemy wychowawcze, a w momencie, kiedy go poznajemy, mieszka u swojej prababci – Gigi.

Georgia jest typową dziewczyną ze wsi. Jest spokojna, starannie wykonuje swoje obowiązki, ma dosyć dobry kontakt z rodzicami, którzy mają własną stadninę koni i prowadzą zajęcia z hipoterapii dla osób z różnymi schorzeniami. Mieszkają po sąsiedzku z Gigi, więc kiedy Mojżesz się do niej wprowadza, przyjmują go do pomocy w wykonywaniu wszelakich prac w stajni. Dziewczyna bardzo szybko zauważa, że wnuk starszej pani nie jest taki jak wszyscy, że jest zamknięty w sobie, wycofany, przekonany o swojej inności i w zasadzie z nią (znaczy innością) pogodzony. Postanawia mu pomóc stosując podstawowe elementy hipoterapii, zachęca go, aby podszedł do najspokojniejszego konia, jakiego posiadają – takiego, który nigdy nie kopie, nie atakuje, nie staje dęba. Kiedy tylko chłopak zbliża się do zwierzęcia, ten płoszy się i kopie Georgię w głowę. To by było na tyle, jeżeli chodzi o próbę uspołecznienia Mojżesza.

Coś się jednak zmienia. Po tym incydencie młodzi spędzają coraz więcej czasu razem. Okazuje się, że chłopak ma niesamowity talent plastyczny, więc poszkodowana postanawia zlecić mu namalowanie obrazu na jednej ze ścian jej sypialni. Mojżesz początkowo podchodzi do sprawy wyjątkowo sceptycznie, jednak po usilnych namowach zmienia zdanie i podejmuje się zadania.

W miarę upływy czasu Georgia poznaje chłopaka coraz lepiej. Dużo rozmawiają, obserwują siebie wzajemnie, znają swoje reakcje na różne sytuacje. Mojżesz wprowadza własne prawa, coś na kształt własnych przykazań, z tym, że nie dziesięciu. Jedna z tych „zasad” to: nie zakochiwać się. Jak pewnie się domyślasz: kodeks sobie, a życie sobie. Obie strony z czasem się w sobie zakochują, chociaż wyraźna deklaracja uczuć pada tylko ze strony Georgii, bo Mojżesz (przynajmniej nominalnie) trzyma się swoich ustaleń.

Powiesz, że brzmi jak zwykła historia miłosna i jest w tym sporo racji, gdyby nie fakt, że tytułowy bohater ma pewne nietypowe zdolności. Jakie? Otóż kontaktują się z nim osoby, które stracił ktoś, z kim aktualnie chłopak przebywa. Na przykład kiedy przebywa z ojcem Georgii, widzi jej dziadka, za którym ojciec tęskni. Jakby tego było mało, Mojżesz odbiera od tych „duchów” swego rodzaju obrazy, które ci mu przekazują i odmalowuje je w różnych miejscach, niestety – najczęściej należących do tzw. „przestrzeni publicznej”, co z kolei przekłada się na konflikty z prawem, które nie dopuszcza dewastacji mienia.

Kiedy w życiu chłopaka powoli zaczyna się układać, okazuje się, że jego prababcia zmarła i nagle został sam na świecie. Poddaje się leczeniu psychiatrycznemu, urywa kontakt z Georgią, buntuje się przeciwko lekarzom i zamyka się w sobie.

Czy to koniec historii? Sprawdź 😉

Jak już pisałam gdzieś na początku: w sumie nie żałuję, że tę książkę przeczytałam. Powiem więcej: planuję wypożyczyć drugą część, która już została wydana i zapewne niebawem pojawi się w bibliotekach.

Kiedy sięgałam po tę pozycję, to spodziewałam się historii, która nie będzie specjalnie głęboka, która nie wryje mi się w pamięć i nie sprawi, że będę myślała o niej dniami i nocami, ale z drugiej strony będzie miała w sobie coś interesującego, co sprawi, że jednak będę chciała przeczytać ją w całości, a nie rzucić w kąt po pięciu pierwszych rozdziałach.

Tym, co mnie zaintrygowało było ostrzeżenie zawarte już na okładce, a powtórzone we wstępie: książka nie ma szczęśliwego zakończenia. Nastawiłam się więc na opowieść smutną, trochę nostalgiczną, idealną na jesienne wieczory. Okazało się, że nie trafiłam, bo choć książka opisuje wiele smutnych, czasem wręcz tragicznych wydarzeń, które spotykają głównych bohaterów, to jednak niesie ze sobą pewien pozytywny przekaz, który pokazuje, że „po burzy zawsze wychodzi słońce”.

Powtórzę więc: nie jest to książka wybitna. Nie polecę jej wymagającym czytelnikom, którzy oprócz ciekawej historii oczekują także głębszych przeżyć literackich. Polecę ją osobom, które mają ochotę na opowieść, którą łatwo się czyta, którą poznaje się niemal mimochodem, taką, która chociaż nie zachwyca formą, językiem ani pomysłem, to jednak jest ciekawa i myśli się o niej dosyć pozytywnie.

Ciekawe czy tak samo będzie z „Pieśnią Dawida”…

Może cię zainteresować

Emily Giffin – Pierwsza przychodzi miłość
Przeczytaj...
Zamień cukier na tłuszcz i chudnij, „Wiecznie głodny?” Davida Ludwiga
Przeczytaj...
Pocałunek o smaku pomarańczy jako początek końca. Ann Patchett „Dziedzictwo”
Przeczytaj...
Harem, Klatka i osiem żon, czyli „Prywatne życie sułtanów” J. Freely’ego
Przeczytaj...