O moim podejściu do służby zdrowia pisałam już wielokrotnie. Tak samo jak wiele razy wspominałam o tym, że mimo wszystko, interesuję się medycyną. Lubię oglądać seriale, które traktują o różnych chorobach, uwielbiam „The Knick”, który pokazuje, jak rozwijała się ta gałąź nauki. Fascynuje mnie to, że jeszcze całkiem niedawno wiele procedur, które dziś są powszechnie stosowane, było w fazie eksperymentów i nikt do końca nie mógł przewidzieć, czy się powiodą. O tych mniej udanych opowiadałam Ci trochę przy okazji recenzji książki „Eksperyment” (tutaj).

Dziś jednak przychodzę do Ciebie z tytułem, który wywołał we mnie całą masę skrajnych reakcji. Lindsay Fitzharris „Rzeźnicy i lekarze. Makabryczny świat medycyny i rewolucja Josepha Listera”.

O tym, że przestrzeganie zasad higieny jest niezbędne dla zdrowia dziś wie chyba każdy. Jednak już z „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego wiemy, że nie zawsze tak było i że lekarz to nie musi być powołanie, a może to być zwykły zawód.

Współcześnie nie wyobrażamy sobie (no dobra, większość z nas sobie nie wyobraża) wyjścia z toalety bez umycia rąk. Zaopatrujemy się w płyny antybakteryjne i różnego rodzaju „mokre chusteczki”, które mają nam zapewnić względną czystość. Jeżeli w naszym otoczeniu znajdują się małe dzieci, to żyjemy w skrajnie sterylnym środowisku. Oburzamy się na stężenie smogu w powietrzu, kupujemy maseczki antysmogowe i tak dalej, i tak dalej. Nie wspomnę nawet o tym, jak bardzo sama się oburzam, kiedy jakiś burak na siłowni nie zdezynfekuje po sobie sprzętu. Fuj!

Wyobraź sobie jednak, że nasze dzisiejsze problemy są niczym w porównaniu z tym, o czym pisze autorka książki. Dziś na wiadomość, że musimy udać się do szpitala nie reagujemy paniką. Wiemy, że jedyna śmierć, która nam grozi to ta wywołana nudą (no chyba, że trafimy do pewnego szpitala we Wrocławiu i wytną nam nie tę nerkę, którą trzeba – zdarza się). W XIX wieku pobyt w szpitalu niemal zawsze kończył się śmiercią. Receptą na prawie każde schorzenie była amputacja. Boli ręka? Utniemy. Boli noga? Utniemy. A głowa? Lepiej nie pytać. Potencjalnych pacjentów trzeba było siłą przypinać do łóżek, tak bardzo bali się tego, co ich czekało. I teraz pytanie: czy z perspektywy czasu i z tą wiedzą, którą posiadamy obecnie, można im się dziwić?

Znamienny wydaje się być cytat:

Chirurg James Y. Simpson jeszcze w 1869 roku uważał, że „żołnierz na polu bitwy pod Waterloo ma większe szanse na przeżycie niż człowiek, który idzie do szpitala”.

Dziś bycie lekarzem wiąże się z jakimś prestiżem. Jesteśmy jednymi z milionów, którzy dobrze radzą sobie z matematyką, fizyką, chemią i biologią (czapki z głów!), jednymi z tysięcy, którzy dostali się na studia medyczne, jednymi z setek, którym te studia udało się skończyć. A łatwo zapewne nie było. Chirurdzy to już w ogóle wyższa półka, bo bystre oko, pewna ręka i tak dalej. Dawniej jednak było zupełnie inaczej. Osoby, które miały przeprowadzać operacje były niedouczone (często nawet niepiśmienne!), słabo opłacane (w sumie dzisiaj mówi się o tym samym, ale czy to jest prawda?), umorusane ludzkimi wydzielinami. Z prosektorium często udawali się bezpośrednio na salę operacyjną. W tym samym fartuchu, bez uprzedniego umycia rąk. Istny raj dla bakterii. A śmierć zbierała żniwo.

Gorzej zrobiło się w momencie, kiedy odkryto znieczulające właściwości eteru. Od tego momentu operacje i zabiegi chirurgiczne były częstsze, wcześniej decydowali się na nie tylko ludzie, którzy nie mieli nic do stracenia. A zarazki dopiero zaczęły mieć używanie. Dlaczego? Ano dlatego, że narzędzia nie były dezynfekowane. Od jednego pacjenta do drugiego i tak pół szpitala potrafiło umrzeć. A przecież nie tak miało być, prawda?

Przełomowego odkrycia dokonał Joseph Lister. To on podjął badania dotyczące wpływu środków antyseptycznych na zarazki, a co za tym idzie na ryzyko powstawania infekcji prowadzących do śmierci pacjentów. Droga do tego, aby rozpowszechnić jego teorie nie była prosta, ale w przeciwieństwie do „naszego” Judyma – Listerowi się udało i dziś powinniśmy za to dziękować.

O tym, jak to wszystko się odbywało możesz przeczytać w książce Lindsey Fitzharris „Rzeźnicy i lekarze…” premiera 5 września.

Tytuł ten otwiera nam oczy. Pokazuje, że chociaż nasze standardy życia są dzisiaj takie, a nie inne, to jeszcze całkiem niedawno nie wiedzieliśmy rzeczy, które dziś uważamy za podstawowe, takie, które wypijamy „z mlekiem matki”. Przyznam, że kiedy wzięłam tę książkę do ręki, to spodziewałam się, że otrzymam całą masę nazwisk zatopioną w morzu niezrozumiałych pojęć i odwołań. Otrzymałam jednak historię człowieka, któremu dzięki zaangażowaniu w pracę udało się uratować wiele ludzkich istnień. I podobnie jak w przypadku bohatera wspomnianego już dziś „Eksperymentu” – historię człowieka, którego większość ludzi nie zna. A szkoda.

Uważam, że każdy człowiek, który chociaż trochę interesuje się otaczającym światem i historią, powinien takie tytuły znać. Jednak z racji tego, że poruszane są tutaj tematy, których osoba z delikatnym żołądkiem może nie udźwignąć, to wtedy może lepiej sobie tę wiedzę odpuścić.

Niemniej ja serdecznie polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję:

Może cię zainteresować

Emancypacja w czasie II wojny? J. Egan „Manhattan Beach”
Przeczytaj...
Mordercy Marines, pedofile i inni. PRZEDPREMIEROWO: „Mindhunter. Podróż w ciemność”
Przeczytaj...
Pacjent H. M, czyli kto właściwie? PRZEDPREMIEROWO L. Dittrich „Eksperyment”
Przeczytaj...
O zachwycie wojną i rozczarowaniu magią, czyli podsumowanie października
Przeczytaj...
O tych, którzy przysięgali nie szkodzić. PRZEDPREMIEROWO dr R. Awdisz „W szoku”
Przeczytaj...