Wakacje to taki czas, kiedy możemy sobie pozwolić na złe wybory czytelnicze. Nie gonią nas terminy sprawdzianów, kolokwiów, egzaminów czy składania projektów w pracy. Za oknem jest piękna pogoda, która zachęca do obcowania ze światem. Wychodzimy więc na ławki, a żeby nie wyglądać głupio i nie gapić się na ludzi (przynajmniej nie bezpośrednio), łapiemy za książki. Zaczynamy zazwyczaj ambitnie, od pozycji, które długo czekały na swoją kolej, a którym należy poświęcić odpowiednią ilość uwagi, ażeby potem z tych wyżyn, stoczyć się na samo dno. Prawda jest taka, że im bliżej końca wolnego, tym książki, które pochłaniamy są gorsze. Ot, zabawna (czy raczej tragiczna?) prawidłowość.

Brzmi znajomo? No pewnie!

Ja o prawdziwości powyższych słów przekonałam się boleśnie w zeszłym tygodniu. W lipcu skończyłam studia, od 1 września zaczęłam pracę, powzięłam mocne postanowienie, żeby sierpień wykorzystać na błogie lenistwo (z książką, właśnie). Tak się złożyło, że po przeczytaniu „Nawałnicy mieczy” nie miałam w domu nic ciekawego, więc wybrałam się do biblioteki. Na półce ze zwrotami (i nowościami) moim oczom ukazała się urocza niebieska (czy chabrowa?) okładka, odruchowo spojrzałam na „tył”:

Każdy może znaleźć swoją Itakę, gdziekolwiek ona jest. Wystarczy wybrać wyspę…

Niewiele myśląc, stwierdziłam: biorę! A teraz trochę żałuję. Troszkę, ociupinkę, naprawdę malutko.

Zagłębiając się w lekturę książki „Pod błękitnym greckim niebem”, autorstwa Jennifer Barclay – bo właśnie o tej pozycji mowa, poznajemy historię Jennifer (zbieg okoliczności?), która nie ma szczęścia w miłości. Zostawia ją facet, o którym chwilę wcześniej snuła fantazje, w których to był ojcem jej dzieci. Instynkt macierzyński się odzywa, hormony szaleją, ot co, 35 lat to nie przelewki! Żeby poprawić sobie humor po rozstaniu, kobieta postanawia zmienić coś w swoim życiu (brzmi znajomo?) i wpada na (całkiem niegłupi) pomysł, ażeby sprawiać sobie samej prezenty. Jednym z nich jest wyjazd do Grecji, na wyspę Tilos, który – jak łatwo się domyślić, staje się początkiem całkiem sporych zmian w życiu Jennifer.

Więcej o treści pisać nie wypada, bo musiałabym Ci zdradzić zakończenie, a tego nie chcemy. Trzeba więc przejść do podsumowania. „Pod błękitnym greckim niebem” to książka – przewodnik, w której opisy widoków, obyczajów i typowo greckich potraw przysłaniają fabułę. Ciekawą propozycją jest kontynuacja książki na blogu i (oklepane już) podawanie przepisów na potrawy, o których była mowa.

Wnioski są zatem banalne: jeżeli poszukujesz pozycji, która nie pozwoli Ci oderwać wzroku od kartek i zmusi do zastanawiania „co ona dalej zrobi?!”, to nie jest to książka dla Ciebie. Jeżeli natomiast szukasz czegoś, co przybliży Ci klimat Grecji i pozwoli wyobrazić sobie, że jesteś w ciepłych krajach – ruszaj do biblioteki albo księgarni. Tylko uważaj! Bo chociaż język autorki specjalnie plastyczny nie jest i na wyobraźnię działa w stopniu niewielkim, to i tak możesz zapragnąć wakacji. A – dla przypomnienia – już się skończyły. Do kolejnych jeszcze 3 miesiące. Wytrzymasz?

Może cię zainteresować

Miłość, pieniądze i wielka sława. „Nie zapomnij mnie” Anna Bellon
Przeczytaj...
Błękitne koszmary? Katarzyna Michalak, „Błękitne sny”
Przeczytaj...
Wampiry, sado-maso i piromania, czyli współczesne postrzeganie miłości
Przeczytaj...
Siedem minut po północy i siedemnaście w miesiącu, podsumowanie listopada
Przeczytaj...