Luty jak szybko się pojawił, tak szybko minął. Jeżeli wziąć pod uwagę czas od wypłaty do wypłaty, to jest to zdecydowanie mój ulubiony miesiąc! Jeżeli zaś skupić się na tym, że nieuchronnie zbliżam się do tego, by być o rok starszą, to już mniej mnie to cieszy.

Był tłusty czwartek, były walentynki, mnóstwo rzeczy do zrobienia w pracy, weekend nad morzem, choroba i odrobina odpoczynku. Generalnie nie było tak źle. I książkowo również drugi miesiąc 2018 roku wypadł całkiem przyzwoicie. A konkretniej?

W poprzednim miesiącu…

Simon Beckett, „Chemia śmierci”. Nazwisko tego autora dosyć często przewija się przez grupy na Facebooku. Sporo osób się nim zachwyca, a ja (ku własnemu zawstydzeniu!) nie znałam żadnego tytułu, a ma ich na koncie trochę. Zachęcona całkiem niedużą ilością stron, postanowiłam dać szansę. I w sumie nie żałuję, bo historia ciekawa. Niemniej, nie poleciłabym jej osobom, które mają słabe żołądki. Dosyć szczegółowe opisy tego, co dzieje się z ciałem człowieka w kilka godzin / dni / tygodni po śmierci mogą sprawić, że miska albo wizyta w toalecie będą bardziej niż konieczne.

Jakub Małecki, „Rdza”. Przyznam, że rzadko czytam opisy na tylnej okładce książki. Zdarza mi się to wyłącznie wtedy, kiedy nie wyłapię w bibliotece tytułu, który z jakiegoś powodu kojarzę. Wtedy zaczynam szukać czegoś spośród mniej rozreklamowanych tytułów. Nie, żeby „Rdza” była słabo reklamowana. Dążę raczej do tego, że zupełnie nie wiedziałam, o czym będzie ta powieść. Kiedy zaczęłam czytać, to zrozumiałam, że mimo wszystko spodziewałam się czegoś innego. I właściwie nie było to negatywne zaskoczenie. Polecam.

Roger Green, „Mity skandynawskie: wedle starych poematów i podań Północy”. Uwielbiam „Wikingów”, oglądałam ich z zapartym tchem (dopóki Ragnar żył!), teraz mam lekkie zaległości, ale zamierzam je nadrobić! Interesuje mnie mitologia nordycka i za każdym razem jak oglądam serial, to odczuwam braki w wiedzy z tegoż właśnie zakresu. Kiedy zobaczyłam na półce ten tytuł, postanowiłam czym prędzej wziąć się do roboty. Tylko znowu nie dowiedziałam się zbyt wiele. Nie jest to Parandowski, ale warto.

Luke Dittrich, „Eksperyment”. Tytuł, o którym więcej pisałam tutaj. Książka dla osób, które lubią być świadome tego, co dzieje się na świecie.

Carlos Ruiz Zafon, „Labirynt duchów”. Książkami Zafona zaczytywałam się kilka lat temu. Kiedy dowiedziałam się, że wychodzi kolejna, to o mało jajka nie zniosłam w oczekiwaniu na swoją kolej w bibliotece. I właściwie jest to jeden z większych książkowych zawodów, przynajmniej w tym roku. Nie była zła. Ale po poprzednich częściach spodziewałam się czegoś więcej.

Lucinda Riley, „Siedem sióstr”. Pierwsza część sagi o mężczyźnie, który podróżował po całym świecie i adoptował dziewczynki. Każdą z nich wychował na porządną kobietę. Zapewnił im wykształcenie, dach nad głową i wszystko, czego mogły zapragnąć. Kiedy umiera, każdej z nich zostawia list, a w nim wskazówkę dotyczącą jej prawdziwego pochodzenia. Młodzieżowa, lekka, przyjemna.

Kelly Oram, „Cinder i Ella”. Książka, którą recenzowałam (tutaj). Powtarzać się, standardowo, nie będę. Ale przeczytać polecam. Szczególnie nastolatkom.

Joanna Bator, „Purezento”. Znów tytuł, który swego czasu zawładnął moim Facebookiem i Instagramem. Nauczycielka angielskiego poznaje starszą panią, która uwielbia uczyć się języków. Pewnego dnia kobieta ma do niej nietypową prośbę, otóż potrzebuje kogoś, kto zaopiekuje się jej kotem. W jej domu. W Japonii. Jak się domyślasz, główna bohaterka decyduję się na tę podróż. Jak wpłynie ona na jej życie? Polecam sprawdzić, bo książka naprawdę świetna!

Gabriela Gargaś, „Zanim wstanie dla nas słońce”. Chociaż nie przepadam za powieściami obyczajowymi, to twórczość Gabrieli Gargaś jakoś do mnie przemawia. Jest pełna emocji, uczuć, taka głęboka. Tym razem poznajemy historię dojrzałej kobiety – położnej, która ma kochającego męża i córkę. Ma też romans z kolegą z pracy, którego nie potrafi zakończyć, chociaż od dawna przestał sprawiać jej radość. Jak zwykle, warto.

Colleen Hoover, „It ends with us”. Przemoc w rodzinie jest zjawiskiem dosyć popularnym. Rzadko jednak mówi się o tym, że największe problemy z agresją mają osoby na wysokich stanowiskach, pozornie opanowane, odnoszące sukcesy. Główna bohaterka tej książki przez całe dzieciństwo była cichym obserwatorem tego jak ojciec bije matkę. W dorosłym życiu przyjdzie jej się zmierzyć z tym samym. Mężczyzna jej marzeń, kochający mąż, wzięty lekarz podniesie na nią rękę. Czy popełni błędy matki? Przyjemna, na jeden wieczór.

Colleen Hoover, „Confess”. Kobieta, która jeszcze jako nastolatka musiała zmierzyć się ze stratą tego, którego kochała. Mężczyzna, który maluje obrazy na podstawie wstydliwych wyznań ludzi, których nie zna. Co ich połączy? Warto przeczytać, chociaż z dwóch książek tej autorki, które przeczytałam w tym miesiącu, poprzednia podobała mi się bardziej.

Sylvain Reinard, „Raven”. Chociaż motyw wampira wciąż mieści się w kręgu moich zainteresowań, to od jakiegoś czasu nie czytałam żadnej książki w tym temacie. Nie wiem, dlaczego. Kiedy w bibliotece zobaczyłam na półce pierwszą i drugą część, wzięłam bez wahania. I właściwie nie było tragedii, chociaż historia jest infantylna, to jednak wciąga i wprowadza kilka nowych informacji na temat wampirów.

Sylvain Reinard, „Shadow”. Druga część wspomnianego wyżej cyklu. I chociaż fabularnie była ciekawsza, to z drugiej strony bardziej przypominała „Zmierzch” i przez prawie połowę książki musiałam czytać o seksualnych doznaniach bohaterki. A że wielką fanką „Pięćdziesięciu twarzy Greya” nie jestem, to niekoniecznie mi się to podobało.

Mats Strandberg, „Krąg”. Małe miasteczko, chłopak najpierw słyszy głosy, a potem popełnia samobójstwo. Nie wszyscy jednak wierzą w chorobę psychiczną, o której się mówi. Niektórzy podejrzewają, że za jego śmiercią może ktoś stać. Tylko kto? Przyznam szczerze, że zmęczyła mnie ta książka. Nie było w niej nic, co by mnie zainteresowało. A imię jednej z bohaterek doprowadzało mnie do szału.

Zygmunt Miłoszewski, „Jak zawsze”. Książka – legenda, chociaż ukazała się dopiero kilka miesięcy temu. Do tej pory jej okładka bije po oczach z plakatów wywieszonych w witrynach Empików i innych. I właściwie słusznie. Kiedy zaczynałam ją czytać, to parskałam śmiechem w tramwaju. Dlaczego? Spróbuj wyobrazić sobie blisko 80-letnią staruszkę, która idzie do sklepu z bielizną, rozmawia z młodą (bardzo!) ekspedientką i szuka porady w kwestii takiego wdzianka, które pobudzi jej męża do seksualnych igraszek. Dodam, że mąż ma lat 84. Później ton książki nieco się zmienia, ale nadal jest godna uwagi. Moim zdaniem MUST READ.

Ulubieńcy miesiąca

Myślę, że w świetle tego, co napisałam wyżej, mój wybór nie będzie wielkim zaskoczeniem:

  • Zygmunt Miłoszewski, „Jak zawsze”,
  • Joanna Bator, „Purezento”,
  • Gabriela Gargaś, „Zanim wstanie dla nas słońce”,
  • Kelly Oram, „Cinder i Ella”.

Najgorsi w miesiącu

Jest jedna książka, która zdecydowanie negatywnie wyróżniła się na tle innych, które przeczytałam w tym miesiącu, a jest to:

  • Mats Strandberg, „Krąg”

 

Ile w 2018?

Od początku roku udało mi się przeczytać 24 pozycje. Jestem całkiem zadowolona z takiego wyniku, mam nadzieję, że uda mi się utrzymać takie tempo.

Zaadoptowałam

W tym miesiącu niedużo, ale powiem Wam w tajemnicy: kończy mi się miejsce na półce, więc powstrzymuję się od kupowania nowych tytułów, dopóki nie wymyślę, gdzie jeszcze mogłabym je upchnąć!

Dzięki współpracy z wydawnictwem Znak Literanova otrzymałam książkę „Cinder i Ella”.

W konkursie organizowanym na blogu Jelenka wygrałam pozycję „Biały latawiec” Eweliny Matuszkiewicz.

Plany na marzec

Nowy miesiąc zaczęłam z „Tylko jednym kłamstwem” i „Wzgórzem psów”. A zapowiada się jeszcze ciekawiej! 🙂

Może cię zainteresować

Z kulturą w więzieniu, czyli „Dżentelmen w Moskwie” A. Towles
Przeczytaj...
Poślizg (nie)kontrolowany. Podsumowanie sierpnia… w połowie września.
Przeczytaj...
Zostań diwą PCOS, Amy Medling „Wylecz PCOS”
Przeczytaj...
O zachwycie wojną i rozczarowaniu magią, czyli podsumowanie października
Przeczytaj...
Pizza, wino i święty spokój, czyli „Wielki Ogarniacz Życia…” Pani Bukowej
Przeczytaj...