Rzadko czytam książki polskich autorów. Z ust polonistki to brzmi jak herezja, ale takie są fakty. Z drugiej strony, ostatnio i tak zdarza mi się sięgnąć po coś, co wyszło spod pióra mojego rodaka czy rodaczki, bo okazuje się, że wychodzą naprawdę niezłe książki. Tylko trzeba chcieć poszukać. I nagle okaże się, że hasło „dobre, bo polskie” nie musi się odnosić jedynie do artykułów spożywczych.

Z twórczością Doroty Gąsiorowskiej miałam okazję się zetknąć przy okazji książki „Obietnica Łucji”. Porównałam ją wtedy, zdaje się, do Richarda Paula Evansa – ot, luźne skojarzenie. Po przeczytaniu jej najnowszej książki, czyli „Primabaleriny”, chyba muszę kogoś przeprosić. I to nie będzie Evans. Otóż mam wrażenie, że Gąsiorowska go przegoniła. Zważywszy na to, że jest to jej trzecia książka, to całkiem sprawnie jej to poszło. Oby tak dalej! Ale do rzeczy.

Czytając tę powieść zagłębiamy się w historię Niny – kobiety, która wychowała się wśród sióstr zakonnych, gdzie została podrzucona niedługo po urodzeniu. Kiedy ją poznajemy jest już dorosła i pracuje jako księgowa w domu spokojnej starości. Tam zaprzyjaźnia się z Irmą – starszą panią, która oprócz niej i pewnego młodego mężczyzny nie ma żadnych bliskich i raczej nikogo nie lubi. Pewnego dnia staruszka oznajmia, że chce z Niną porozmawiać, umawiają się na konkretny termin, jednak Nina nie może się stawić na spotkaniu, ponieważ jest chora. Kiedy czuje się na tyle dobrze, żeby odwiedzić Irmę, okazuje się, że kobieta umarła.

To smutne wydarzenie jest początkiem wielu zmian w życiu Niny, przede wszystkim otrzymuje w spadku kamienicę we Lwowie oraz zaprzyjaźnia się z owym młodym mężczyzną, który odwiedzał staruszkę, żeby (jak się okazuje) rozmawiać o rosyjskich pisarzach i ich dziełach.

Nieśmiała, niepewna i wycofana do tej pory młoda kobieta, po wielu namowach, decyduje się w końcu na wyjazd do Lwowa, żeby obejrzeć kamienicę i zorientować się w tym, co stało się jej własnością. Na miejscu poznaje wielu ciekawych ludzi, którzy sprawiają, że jej serce jest coraz bliżej Lwowa, a coraz dalej od Krakowa. Jesteśmy świadkami nie tylko pięknej historii miłosnej, ale także pełnej intryg, tajemniczych zwrotów i komplikacji, historii rodzinnej. Więcej szczegółów nie będę zdradzać, żeby nie odbierać przyjemności z przyszłej (mam nadzieję!) lektury.

Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, kiedy pomyślę o tej książce, to stwierdzenie, że Dorota Gąsiorowska tak pięknie i tak klimatycznie zobrazowała pejzaż Lwowa, że zrobię wszystko, żeby tam pojechać, najlepiej zaraz.

Wyobrażam sobie wspomniane w powieści fontanny i zastanawiam się, która by mnie przyciągnęła? I czy faktycznie to ona okazałaby się tą wyjątkową i niepowtarzalną, do której zawsze chciałabym wracać?

Poza tym, cały czas mam w głowie historię rodzinną Niny, która pokazuje nam, jak wiele w naszym życiu zależy od innych ludzi, od zbiegów okoliczności, od drobiazgów, które pozornie nie mają z nami nic wspólnego i nie powinny się dla nas liczyć, a w ostatecznym rozrachunku okazują się decydujące.

W skrócie? „Primabalerina” to przepiękna historia o miłości, rodzinie, o życiu i o tym, jak drobiazgi mogą kształtować przyszłość. To książka, obok której nie można przejść obojętnie, taka, która pozostaje z nami jeszcze długo po tym jak odłożymy ją na półkę.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu:

logo-znak_literanova

Może cię zainteresować

Siedem minut po północy i siedemnaście w miesiącu, podsumowanie listopada
Przeczytaj...
Wino, skrzypce i rodzinna tajemnica… „Melodia zapomnianych miłości” D. Gąsiorowska
Przeczytaj...
Niewybredne zaloty do starych babć, czyli „Wymazane” M. Witkowskiego
Przeczytaj...
Błękitne koszmary? Katarzyna Michalak, „Błękitne sny”
Przeczytaj...