W życiu każdego chyba człowieka jest takie wydarzenie, które przyćmiewa wszystkie inne. To wokół niego toczą się inne sprawy, to ono nadaje tempa życiu i pośrednio (albo i bezpośrednio) wpływa na to, co ma się wydarzyć. Zależnie od osoby, może to być zdarzenie pozytywne jak na przykład ukończenie studiów, podjęcie pracy marzeń czy wygrana w jakimś konkursie; ale również negatywne, do których zaliczyć można utratę pracy czy śmierć bliskiej nam osoby. Oczywiście wydarzenia smutne bardziej na nas wpływają i kształtują nasz charakter. Od wielu czynników zależy to, jak długo będziemy się starać pogodzić z zaistniałą sytuacją i czy kiedykolwiek będziemy gotowi, żeby przysłowiowo „pójść dalej”.

Emily Giffin w swojej najnowszej powieści „Pierwsza przychodzi miłość” opowiada historię rodziny, na której piętno odbiła śmierć syna i brata. Młody mężczyzna w kwiecie wieku, kończący wymarzone studia, po uszy zakochany w swojej dziewczynie, której zamierza się oświadczyć, posiadający wianuszek najwierniejszych przyjaciół, pewnego wieczoru wychodzi z domu, bo „ma ochotę na hamburgera” i jeszcze nie wie, że będzie to ostatnia rzecz, którą zrobi w życiu. Dlaczego? Ponieważ niedługo potem zginie w wypadku samochodowym. I od tego momentu nic już nie będzie takie jak wcześniej. Nie dla niego, bo przecież jego już nie ma, ale dla rodziny. Dla matki, dla ojca, dla sióstr, dla dziewczyny, w końcu dla przyjaciół.

Ojciec popadł w nałóg, z alkoholikiem matka nie chciała mieć zbyt wiele do czynienia, więc się rozwiedli. Josie ma blisko czterdzieści lat i nie może sobie ułożyć życia. Jest nauczycielką w najmłodszych klasach i rozpamiętuje utraconą (w głupi sposób, to fakt) miłość, która tym bardziej daje się we znaki, że owoc nowego związku jej ukochanego uczęszcza właśnie do jej klasy. Korzysta z portali randkowych, jednak każde kolejne spotkanie powoduje, że traci nadzieję na prawdziwą i stabilną relację z mężczyzną. Coraz bardziej jednak marzy o dziecku. Tykający zegar biologiczny mobilizuje ją na tyle, że postanawia poddać się zapłodnieniu metodą in vitro. Przegląda profile dawców, wyszukuje możliwie najlepszego, ponieważ chce, żeby dziecko miało dobre geny. Któregoś razu postanawia dać jeszcze jedną szansę losowi i idzie na randkę. Nie spodziewa się niczego, wręcz próbuje mężczyznę do siebie zniechęcić, opowiada mu o swoich planach dotyczących posiadania potomstwa i innych kwestiach. Jak zareagował – tego już Ci nie powiem, ale możesz mi wierzyć: dosyć niespodziewanie.

Druga siostra zmarłego – Meredith jest niespełnioną aktorką z kilkuletnią córką i kochającym, bogatym mężem. Pracuje jako prawniczka i wydaje się wieść wymarzone życie większości kobiet, ale niestety, coś się nie zgadza. Po latach kobieta zaczyna mieć wątpliwości co do swojego małżeństwa, uważa, że mąż oświadczył jej się dlatego, że chciał im obojgu zrekompensować utratę jej brata, bo tak się składa, że był jego najlepszym przyjacielem. Meredith uczęszcza na wizyty u pewnej pani psycholog, stara się rozwiać swoje wątpliwości i wyprowadzić swoje życie emocjonalne na przysłowiową „prostą”. Czy jej się to uda? A jeżeli tak, to czy osiągnie wymarzony spokój kosztem rozbicia rodziny? Tego oczywiście Ci nie zdradzę, ale polecam sprawdzić samodzielnie.

„Pierwsza przychodzi miłość” to powieść, która posiada chyba wszystkie cechy charakterystyczne dla książek Emily Giffin. Głównymi bohaterkami są kobiety, które dźwigają emocjonalny bagaż, z którym ciężko im sobie poradzić, a mężczyźni pełnią jednak funkcje epizodyczne: mężów, przyjaciół, braci. Wspomniane kobiety wiekowo są dojrzałe – tutaj mają blisko 40 lat, dokładnie bodaj 37/38. Od początku wiadomo, że nie są to osoby szczęśliwe, że zmagają się z problemami, które… Emily Giffin pomoże im rozwiązać 🙂 Poza tym, oczywiście, problemy te są bardzo na czasie i należą do gatunku tych „trudnych i kontrowersyjnych”. Tego, co pojawiało się w poprzednich książkach tejże autorki, a czego mi brakuje tutaj, było nawiązywanie do innych powieści poprzez konotacje rodzinne – bohater z jednej części był spokrewniony z bohaterem innej. Niby nic takiego, ale dla fanów twórczości tej autorki to mała frajda.

Ale przechodząc do meritum… Najnowsza książka Emily Giffin mnie nie zachwyciła. Nie wywołała jęku niezadowolenia, ale też nie porwała. Spodziewałam się jednak czegoś więcej. Jasne, z zainteresowaniem śledziłam losy Josie i zastanawiałam się czy w końcu zdecyduje się na in vitro, ale z drugiej strony irytowała mnie wiecznie stękająca Meredith i jej wydumane problemy. Poza tym, w sumie nie do końca wiem, skąd tytuł „Pierwsza przychodzi miłość”, skoro jest ona w tej książce kwestią marginalną. Po takim tytule spodziewałabym się romansu, a dostałam powieść obyczajową. Całkiem przyzwoitą, jasne, ale obyczajową. Poza tym książkę przedstawia się jako historię wspomnianych przeze mnie na początku konsekwencji jakiegoś wydarzenia z przeszłości, a ja ciągle miałam wrażenie, że obraca się ona wokół Josie i jej być-może-zapłodnienia. Chyba wypadałoby jednak pewne kwestie bardziej uwypuklić i nadać im jeszcze głębszego znaczenia – tak jak w poprzednich książkach.

Podsumowując? Uważam, że książkę warto przeczytać, jednak obawiam się, że jeżeli ktoś wcześniej nie miał styczności z twórczością Emily Giffin, to może ją (pochopnie) ocenić negatywnie albo neutralnie, a byłoby szkoda, bo inne książki naprawdę są o wiele lepsze.

A Ty, znasz już tę powieść? 🙂

Może cię zainteresować

Jojo Moyes – Zanim się pojawiłeś
Przeczytaj...
Dorota Gąsiorowska – Obietnica Łucji
Przeczytaj...
Harem, Klatka i osiem żon, czyli „Prywatne życie sułtanów” J. Freely’ego
Przeczytaj...
Amy Harmon – Prawo Mojżesza
Przeczytaj...
Zamień cukier na tłuszcz i chudnij, „Wiecznie głodny?” Davida Ludwiga
Przeczytaj...