Życie ludzkie często jest porównywane do podróży. Nasza egzystencja ma być wędrówką, którą urozmaicają różne przygody: czasami pozytywne, czasami negatywne. Im dłużej trwa podróż, tym więcej doświadczenia zdobywamy i stajemy się specjalistami w danych dziedzinach.

Zwiedzanie i poznawanie nowych miejsc czy kultur ma człowieka rozwijać i kształtować, powodować, że zdobędzie on wiedzę niezbędną do osiągnięcia spokoju wewnętrznego.

Od wieków motyw podróży jest obecny we wszelkiego rodzaju powieściach. Zaczęło się od Sterne’a i jego „Podróży sentymentalnej”, a na czym się skończy – czas pokaże.

Specyficznym podgatunkiem powieści jest powieść drogi. Bohater takich historii podróżuje, a wraz z pokonywaną odległością zdobywa wiedzę, doświadczenie, zmienia się jego osobowość i podejście do wielu kwestii. Na blogu recenzowałam już książkę, którą można zaliczyć do tego nurtu, chodzi oczywiście o Richarda Paula Evansa i jego „Ścieżki nadziei”, które wchodzą w skład serii „Dzienniki pisane w drodze” (recenzja tutaj).

Dziś przychodzę z książką, którą z Evansem łączy tylko motyw podróży, bo pod każdym innym względem różni się ona od „Ścieżek…” diametralnie. Zapraszam na recenzję powieści „Zen i sztuka obsługi motocykla” Roberta M. Pirsiga.

Trzeba zaznaczyć, że nie jest to nowa książka, pierwszy raz została bowiem wydana w 1974 roku (można ją znaleźć pod lekko zmienionym tytułem „Zen i sztuka oporządzania motocykla”), a niedawno ukazał się jej przedruk, który został delikatnie zmieniony przez autora. Jak dowiadujemy się ze wstępu, zmienił on kilka sformułowań, które uważał za niezgrabne i skorygował zakończenie, poza tym, nie wprowadzał większych poprawek.

„Zen…” składa się z dwóch równoległych opowieści. Pierwsza z nich to wspomniana powieść drogi, a druga to traktat filozoficzny. Rozdziały się przeplatają, nie ma reguły co do tego, jaką tematykę poruszy kolejny.

Głównym bohaterem książki jest prawdopodobnie sam autor – były wykładowca akademicki, który wraz z synem i dwójką przyjaciół wybrał się na motocyklową wycieczkę po Ameryce. Codziennie przemierzają wiele kilometrów, pokonując kolejne przeszkody. Walczą z pogodą, która niejednokrotnie płata im figle, z niesprzyjającymi warunkami geograficznymi, ze sprzętem, który (jak wszystko, co mechaniczne) często się psuje, a także z relacjami, które ich łączą. Pomiędzy głównym bohaterem, a jego synem jest bowiem napięcie, jakaś obustronna niechęć, która eskaluje na łamach powieści, a którą próbują zażegnać.

Druga część powieści to zapis filozoficznych rozważań, które snuje główny bohater. Zastanawia się nad sensem życia, nad wolnością, brakiem zrozumienia, życiowym sukcesem i wieloma innymi kwestiami. Odwołuje się do filozofów starożytnych (Sokrates, Platon, Arystoteles), ale także do tych bliższych współczesności, jak chociażby Kant. Zamieszcza całe mnóstwo wykresów i schematów, które odnoszą się zarówno do wspomnianych tematów filozoficznych, jak i do tytułowej sztuki obsługi motocykla.

Już na początku trzeba powiedzieć, że nie jest to książka, którą można przeczytać do poduszki i w jeden wieczór. Zdecydowanie, natomiast, jest to pozycja, nad którą należy się trochę pochylić i poświęcić jej więcej czasu, zastanowić się nad nią, może z kimś podyskutować.

„Zen…” wymaga od czytelnika ogólnej wiedzy z zakresu filozofii, czy szerzej: nauk humanistycznych. Oczywiście, można wziąć się za czytanie bez takiej wiedzy, ale obawiam się, że wiele wątków pozostanie niezrozumiałych i możesz się jedynie zirytować, bo nie odbierzesz książki w pełni.

Rozdziały są krótkie, więc tytuł idealnie sprawdzi się w podróży. Na pewno te 10-15 stron zdążysz przeczytać pomiędzy przystankami, w drodze do pracy, szkoły czy na uczelnię. Warunek jest jeden: musisz lubić teoretyczne, filozoficzne rozważania, które ciągną się przez wiele stron, jeżeli nie, to istnieje niebezpieczeństwo, że zechcesz cisnąć książką w innego pasażera albo przyśniesz i przegapisz przystanek.

„Zen i sztuka obsługi motocykla” to książka dla wymagającego odbiorcy, dla czytelnika, który regularnie obcuje z literaturą i do każdego kolejnego tomu podchodzi jak do wyzwania, z zapałem i ciekawością. Jeżeli więc czytanie zostawiasz sobie na urlop i wymagasz historii prostej, łatwej i przyjemnej, która umili Ci czas na plaży, to w tej pozycji musisz czytać tylko wybrane rozdziały albo znaleźć coś innego.

Tym, zaś, co mnie w tej książce zachwyciło i co utknęło w mojej pamięci, to stwierdzenie, że człowiek, który jedzie na motocyklu w pełni odczuwa świat, który go otacza, bo w przeciwieństwie do kierowcy samochodu, pilota samolotu czy innych operatorów pojazdów, nie jest odgrodzony od tego, co się dzieje. Jeżeli wieje wiatr – motocyklista go czuje, jeżeli pada – moknie. I chociaż sama nigdy nie wsiądę na taką maszynę, to może mniej będę się wściekać na widok (albo dźwięk) przejeżdżającego motoru.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu:

Może cię zainteresować

Rak, gejsze, Gra o tron i 101 procent normy, czyli podsumowanie grudnia
Przeczytaj...
Niewybredne zaloty do starych babć, czyli „Wymazane” M. Witkowskiego
Przeczytaj...
Pocałunek o smaku pomarańczy jako początek końca. Ann Patchett „Dziedzictwo”
Przeczytaj...
O dziecku, Hitlerze i psychicznej psycholożce – podsumowanie września
Przeczytaj...
Kraina Jezior i mała stabilizacja, PRZEDPREMIEROWO: J. Rebanks, Życie pasterza
Przeczytaj...