Niedawno obchodziliśmy 72 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Co roku, w związku z kolejnymi rocznicami, mają miejsce różnego rodzaju wydarzenia, mniej lub bardziej oficjalne.

Tym, co najbardziej mnie wzrusza są syreny, które rozbrzmiewają w całym mieście o słynnej „Godzinie W”. Większość ludzi (a przynajmniej ci, którzy podstawową wiedzę na temat historii posiedli) zatrzymuje się, aby chociaż przez kilka sekund uczcić pamięć osób, które poległy w walce o wolną Polskę oraz odwagę tych, którzy tę walkę podjąć zechcieli. I chociaż na ulicy na oko co trzeci mężczyzna nosi bluzki z symbolem Polski Walczącej, to jednak zdecydowana większość nie ma zielonego pojęcia o tym, co to tak naprawdę znaczy. A żeby się dowiedzieć, nie trzeba szukać specjalnie daleko. Dlatego wydaje mi się, że dzisiaj takie, pozornie drobne, gesty jak zatrzymanie się na chwilę i podjęcie refleksji znaczą więcej niż znak na piersi. W końcu liczy się to, co w głowie i to, co w sercu. A czasem tam jest bardzo niewiele.

No nic, w pojedynkę świata nie uratuję, swojego zdania narzucić nikomu nie mogę, więc przejdę do rzeczy. W czerwcu miałam okazję przeczytać książkę „Łączniczki. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego”. Nie byłam nią zachwycona, nie wniosła w zasadzie nic nowego do tego, co wiedziałam wcześniej. Był to po prostu zbiór krótkich historii – opowieści o kobietach, które walczyły za Polskę, często poświęcając swoje zdrowie, życie czy szczęście osobiste. Nie uważam, żeby była to pozycja, którą warto polecać, ale z drugiej strony wydaje mi się, że może to być dobry punkt wyjścia do podjęcia szerszych poszukiwań i zgłębiania tematu.

Niedawno w bibliotece trafiłam na tytuł, który ukazał się w Polsce przy okazji wspomnianej 72 rocznicy, mam na myśli książkę „Wira z Powstania. Wspomnienia” napisaną przez George’a Szlachetko na podstawie opowieści jego matki – Danuty „Wiry” Szlachetko. Przeczytałam, przetrawiłam, przemyślałam, a teraz Ci o niej opowiem.

Jest to książka, którą można zaliczyć do prozy biograficzno – pamiętnikarskiej. We wstępie dowiadujemy się, że chociaż autorem jest syn tytułowej bohaterki, to zdecydował się na narrację pierwszoosobową, ponieważ opowieści jego matki były tak nasycone uczuciami i emocjami, że uznał, iż będzie w stanie wiarygodnie wszystko przedstawić. Dodatkowo zostajemy także poinformowani o tym, że wspomnienia zostały wzbogacone o potwierdzone dane i ciekawostki historyczne. Brzmi nieźle? Na początek na pewno!

Opowieść zaczyna się w momencie, kiedy (jeszcze) Danusia ma kilka lat – dowiadujemy się, że miała udane dzieciństwo, kochającą mamę i siostrę. Kiedy na świecie zaczyna się źle dziać, mama bohaterki przezornie przyrządza przetwory, a wypełnione nimi słoiki zakopuje w ogródku. Później okazuje się, że właśnie te zapasy uratowały rodzinę przed śmiercią głodową.

Kiedy wybucha wojna, rodzina dziewczynki jest zmuszona opuścić Laski (miejscowość, z której pochodzą) i udać się do Warszawy. Tam matka dokłada wszelkich starań, żeby zapewnić córkom byt. W krytycznym momencie posuwa się nawet do szmuglerki, czyli przemycania nielegalnych towarów podczas przejazdu pociągiem. Później przeszmuglowane przedmioty były sprzedawane bądź wymieniane.

W czasie wojny był dosyć mocno ograniczony dostęp do edukacji, dlatego też bohaterka nie dostała się do szkoły. Jednak po wstawiennictwie znajomego księdza jej matka uzyskała obietnicę od dyrektorki, że jeżeli przez rok Danusia będzie się uczyła w domu i uda jej się zdać egzaminy końcowe, to od drugiej klasy zostanie przyjęta. Dziewczynka dokładała wszelkich starań, uczyła się pilnie, dodatkowo do domu przychodziła uczennica, która udzielała jej korepetycji, jak się później okazało – nie tylko z zagadnień objętych programem nauczania, ale także z zakresu działalności konspiracyjnej.

Po jakimś czasie Danusia postanawia dołączyć do walki z okupantem, najpierw zostaje harcerką, a potem wstępuje do Szarych Szeregów. Kiedy wybucha powstanie, bohaterka ma 15 lat. Dziś osobę w tym wieku nazwiemy dzieckiem, może nastolatkiem i skojarzymy z roześmianą buzią, telefonem w ręku i brakiem większych problemów niż zbliżająca się klasówka z matematyki. Wtedy wszyscy musieli szybciej dorosnąć. Danusia stała się „Wirą”, ponieważ w Szarych Szeregach (w razie, gdyby ktoś został złapany) nie posługiwano się nazwiskami, a właśnie pseudonimami. Jej mama i siostra zginęły na samym początku powstania. Chciały wrócić do rodzinnej miejscowości, ale nie wiedziały, że młodsza córka (i siostra) działa w konspiracji i walczy o wolną Polskę. Zawróciły, ponieważ nie chciały, żeby Danusia została sama. I przypłaciły to życiem.

Do obowiązków najmłodszych członków konspiracji należało malowanie symboli Polski Walczącej na budynkach, pisanie haseł, które miały podbudować morale i wzywać ludzi do walki, kolportaż ulotek i egzemplarzy (notabene jednej z lepszych lektur szkolnych) „Kamieni na szaniec”, niszczenie flag okupanta, dostarczanie meldunków czy opatrywanie ran.

Po upadku powstania walczący mieli do wyboru dwie opcje: albo spróbują wtopić się w cywilów i spróbować wieść normalne życie, albo zostaną wywiezieni do obozów jenieckich. Wira zdecydowała, że nie wyrzeknie się swoich przekonań i została wywieziona do obozu w Niemczech. Po wyzwoleniu obozu osiedliła się na stałe w Wielkiej Brytanii, gdzie wyszła za mąż i urodziła dwóch synów. Niestety, wojna i powstanie odcisnęły na jej życiu ogromne piętno, jednak (jak podkreślają jej synowie) nie wpłynęły one negatywnie na uczucia, jakimi darzyła swoją rodzinę oraz otaczających ją ludzi. Co więcej, osoby, z którymi walczyła przeciwko okupantowi, stały się jej drugą rodziną.

„Wira z Powstania. Wspomnienia” nie jest książką wybitną. O tym trzeba powiedzieć już na wstępie. To historia, którą warto poznać, ale poleciłabym ją raczej młodszym odbiorcom, którzy mają ograniczoną wiedzę z zakresu wojny i okupacji. Przewija się tutaj sporo ciekawostek na temat życia ówczesnych ludzi (jak na przykład zupa plujka albo porównanie mięsa konia, psa i kota), jeżeli chodzi o uczucia i emocje, to powiedziałabym, że jest ich tutaj zbyt mało, można się domyślić, że narracja została poprowadzona przez osobę trzecią, ale trudno wyrokować czy jest to zła decyzja.

Tym, co w tej książce podobało mi się najbardziej są zdjęcia. Dołączono fotografie osób, miejsc i budynków, o których wspomina autor, dzięki czemu można sobie lepiej wszystko wyobrazić.

Czasami zastanawiam się nad tym czy jest sens wydawania kolejnych książek, które poruszają ten sam (tak naprawdę) temat. Doskonale rozumiem, że przelanie na papier tego, co siedzi w głowie jest jednym z najlepszych sposobów na radzenie sobie z przeszłością, z uczuciami, emocjami i przemyśleniami, ale kiedy po raz enty czytamy to samo, to naprawdę zaczynamy się nudzić. Po 72 latach od Powstania Warszawskiego raczej nie usłyszymy (czy też: nie przeczytamy) już nic nowego. Oczywiście, będziemy współczuć kolejnej osobie, która najpewniej straciła rodzinę, która nie miała możliwości podjęcia nauki i przeżycia swojej młodości tak, jak my mamy możliwość teraz. Ale czy jest coś, co wyróżni tę książkę na tle innych o tej samej tematyce? Sama nie wiem.

Jak już mówiłam. „Wiry…” nie można ocenić jednoznacznie. Nie jest to książka dobra, ale i nie jest też zła. Podobnie jak „Łączniczki” może służyć jako dobry punkt wyjścia do dalszego zgłębiania historii Powstania Warszawskiego, ale osoba, która posiada choćby podstawową wiedzę na ten temat, może zamknąć ten tytuł z uczuciem sporego niedosytu.

A Ty, lubisz książki historyczne?

Może cię zainteresować

Siedem minut po północy i siedemnaście w miesiącu, podsumowanie listopada
Przeczytaj...
Pizza, wino i święty spokój, czyli „Wielki Ogarniacz Życia…” Pani Bukowej
Przeczytaj...
O tym jak ojciec podpalił córkę, „Najlepszy powód, by żyć” Augusta Docher
Przeczytaj...
Lipowo, Czarna Madonna i czytanie w myślach, czyli podsumowanie października
Przeczytaj...
Nadzieja ukryta pod jemiołą, R. P. Evans, „Hotel pod jemiołą”
Przeczytaj...