Grudzień obfituje w całe mnóstwo pracy. Koniec semestru zbliża się wielkimi krokami, do tego koniec roku kalendarzowego, a więc czas podsumowywania wszelkich postanowień i spinania pośladków, żeby nadrobić ewentualne zaległości.

Tak jest i u mnie – zaczęłam z kopyta, potem zdecydowałam się sięgnąć po książki, które zalegały na mojej półce od jakichś trzech miesięcy i… tak utknęłam. Dlaczego? Otóż podobnie jak w przypadku „Małego życia” (recenzja tutaj), tytuł, za który się wzięłam był sporych gabarytów i nie nadawał się do czytania z doskoku, na przerwie, czy w czasie, kiedy klasa pisała sprawdzian. Postawiłam na sprawdzony sposób i jedną książkę brałam ze sobą do pracy, a drugą czytałam w domu. Wyszło tak, że jak wcześniej w ciągu trzech dni przeczytałam dwie książki, tak teraz przeczytanie kolejnych dwóch zajęło mi ponad tydzień. I chociaż dzisiaj, zgodnie z nieoficjalnym rozkładem, powinnam przyjść do Ciebie z recenzją, to postanowiłam, że jednak będzie to artykuł. Trochę refleksyjny, trochę się pozwierzam, może namówię Cię do czytania, zobaczymy.

A o czym będę pisać?

Często ludzie dziwią się, że co dwa – trzy dni czytam inną książkę, podobnie często zdarza się, że dziwią się, że można tak szybko czytać i albo pokazują mnie sobie palcami (w komunikacji miejskiej), myśląc, że tego nie widzę, albo kierują swoje zdziwienie wprost do mnie, a wtedy jestem zmuszona odpowiedzieć (zgodnie z prawdą), że nie ukończyłam żadnego kursu szybkiego czytania, ale po prostu „sztuka czyni mistrza”. A tak się składa, że ja dużo praktykuję. Chociaż, przyznam, nie zawsze tak było. Co zatem zrobić, żeby zacząć czytać więcej i (z czasem) szybciej?

Jak już Ci kiedyś wspominałam, moja przygoda z czytaniem rozpoczęła się stosunkowo wcześnie, ale prawdziwego rozpędu nabrała dopiero po tym, jak zapoznałam się z serią książek o Harrym Potterze. Potem czytałam trochę, ale nie na tyle, żeby mi to wystarczało. Dojeżdżałam do szkoły autobusem, ale w drodze najczęściej towarzyszyły mi lektury. Kiedy poszłam na studia, zderzyłam się z ponurą rzeczywistością, bo okazało się, że w liceum marudziłam, kiedy na przeczytanie takiej „Zbrodni i kary” nauczycielka dała nam trzy tygodnie, a nagle dostałam trzy i pół miesiąca na przeczytanie około pięćdziesięciu tytułów. Mało tego, z lektur były kolokwia (albo kilka mniejszych, albo jedno ogromne na koniec semestru), na których rzadko wystarczało zaprzyjaźnienie się ze streszczeniem. Tak więc z uporem maniaka wypożyczałam kolejne tytuły, czytałam, płakałam, robiłam notatki, dalej czytałam i tak w kółko.

Powiesz, że po czymś takim można znienawidzić książki i pewnie jest w tym trochę racji. Ale możliwe, że mam w sobie coś z masochistki, bo ja zżyłam się z nimi jeszcze bardziej i dzień bez czytania stał się dla mnie dniem straconym. Kiedy po trzech latach studiów licencjackich okazało się, że na „magisterce” nie ma już tak dużo lektur, zaczęłam poszukiwania książek luźniejszych, które odpowiadały moim prywatnym zainteresowaniom.

Zwróciłam się trochę w kierunku kryminałów i literatury polskiej, a z drugiej strony pozostałam wierna motywowi wampira w literaturze i pochłaniałam całe mnóstwo tytułów zarówno książek naukowych, popularnonaukowych, jak i typowych powieści fantasy czy urban fantasy.

Kryzys przyszedł w momencie, kiedy rozpoczęłam pracę – już nie taką dorywczą, ale prawdziwą. Nagle okazało się, że już nie można poczytać na nudnym wykładzie, że nie można nie pójść na pierwsze zajęcia albo poczytać w czasie jazdy tramwajem. Jakkolwiek pierwsze dwa są chyba dosyć zrozumiałe bez tłumaczenia, tak trzecie muszę uściślić – do pracy mam pół godziny piechotą i choćbym się uparła, to bezpośredniego dojazdu nie mam. Mogłabym podczas spacerków słuchać audiobooków, ale to chyba nie dla mnie. Dosyć długo zastanawiałam się, co z tym fantem zrobić, żeby moja czytelnicza dusza nie ucierpiała i wymyśliłam 😉 Niby nic takiego, ale jednak działa.

Jednym z pierwszych tematów, które musiałam przeprowadzić w pierwszych klasach była kultura czytania. Przedstawiłam więc szereg wykresów, które obrazowały jak drastycznie spada ilość osób, które w ciągu roku przeczytały przynajmniej jedną książkę, pokazałam kampanie reklamowe, które miały czytelnictwo promować i dyskutowałam o tym czy według uczniów są skuteczne, czy też nie. Na jednej z grafik, którą znalazłam w sieci była informacja, że jeżeli poświęci się pół godziny dziennie na czytanie, to w ciągu roku jest się w stanie przeczytać 36 książek, które mają około 300 stron (każda). Niewiele myśląc postanowiłam to sprawdzić i od tego momentu codziennie po kąpieli siadałam (i siadam do dziś!) z książką na pół godzinki i zamiast bezmyślnie scrollować facebooka, zagłębiam się w lekturę. Możesz mi wierzyć – sny są później o wiele ciekawsze!

Na tym jednak nie poprzestałam. Niedługo potem przyszedł koniec roku i (tak jak teraz) pojawiła się cała masa czytelniczych wyzwań. 52 książki w rok to dla mnie nic trudnego, więc klikam, że wezmę udział niejako „pro-forma”. Postanowiłam ustawić sobie poprzeczkę o wiele wyżej – założyłam, że przeczytam 10 książek miesięcznie, a więc 120 w ciągu całego roku 2016. Jak wiesz, istnieje szansa, że mi się uda 😉 Zupełnie inne wyzwanie szykuję dla siebie na rok 2017, tym razem nie będzie ilościowo, ale… tematycznie. Już nie mogę się doczekać, ale więcej o tym już w styczniu.

Co zatem zrobić, żeby czytać więcej?

Mało, ale często

To całkiem zrozumiałe, że możesz nie mieć dwóch godzin dziennie na czytanie książek, naprawdę to nie jest nic nadzwyczajnego. Zazdroszczę ludziom, którzy mogą sobie pozwolić na ten luksus częściej niż raz w miesiącu.

Co więc począć? Spróbuj wygospodarować chociaż 15 minut dziennie. Niby niewiele, ale zobaczysz, że kilka dni i książka będzie skończona!

Rób rozeznanie – czytaj to, co chcesz przeczytać

Wiele osób przestaje czytać, bo jeżeli już zdecyduje się sięgnąć po jakąś pozycję, to często zdarza się, że nie spełnia ona jego oczekiwań. Dlatego jeżeli nie jesteś typowym pożeraczem książek, a delektujesz się się treścią, to polecam każdorazowo zapoznawać się z recenzjami innych czytelników albo ze stronami danej książki na różnych portalach (u mnie najlepiej sprawdza się lubimyczytac.pl) – wtedy zmniejszasz ryzyko trafienia na bubla i zrażenia się do czytania.

Noś książkę (albo czytnik) zawsze ze sobą

Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie trzeba stać w kolejce. Ja do przychodni albo urzędu nie ruszam się bez książki, bo to więcej niż pewne, że będę czekała, a więc będę mogła trochę poczytać.

Znajdź w ciągu dnia kilka minut na czytanie

Wyrób w sobie nawyk codziennego czytania. Zaplanuj stałą porę tak, żeby codziennie (albo prawie codziennie) mieć wolny moment. Nie jest istotne czy będzie to 15 minut, 30 czy 45 – ważne, że w ogóle coś przeczytasz. Dla mnie najwygodniejsze są minuty tuż po kąpieli, bezpośrednio przed pójściem spać. Wychodzę z wanny zrelaksowana, otulam się szlafrokiem i czytam. Kiedy robię się zmęczona, odkładam książkę i idę spać. Zasypiam niemal od razu. Wzrok się męczy, mózg się relaksuje, wyobraźnia działa na pełnych obrotach. Czego chcieć więcej?

Wyrób nawyk sięgania po książkę, kiedy odpoczywasz

Większość ludzi w czasie, kiedy odpoczywa, najczęściej bezmyślnie scrolluje facebooka, przegląda strony w internecie albo siedzi i po prostu patrzy w ścianę. A gdyby tak wtedy coś przeczytać. Nie mówię o ambitnych książkach – bierz, co chcesz i korzystaj! 😉

Zapewne znalazłoby się jeszcze kilkadziesiąt złotych rad, ale to moja „wielka piątka”. Do przeczytania!

Może cię zainteresować

Miłość, pieniądze i wielka sława. „Nie zapomnij mnie” Anna Bellon
Przeczytaj...
Zamień cukier na tłuszcz i chudnij, „Wiecznie głodny?” Davida Ludwiga
Przeczytaj...
Pociągi, Harry Potter i słowiańscy bogowie, czyli podsumowanie kwietnia
Przeczytaj...
Pocałunek o smaku pomarańczy jako początek końca. Ann Patchett „Dziedzictwo”
Przeczytaj...
Harem, Klatka i osiem żon, czyli „Prywatne życie sułtanów” J. Freely’ego
Przeczytaj...