Kiedy wchodzę do biblioteki, automatycznie się rozluźniam. Takie są fakty. Nie wiem czy to ludzka wiedza, czy to historie zamknięte pomiędzy okładkami, czy jeszcze coś innego, ale atmosfera, która towarzyszy temu miejscu, wpływa na mnie kojąco. Nawet jeżeli nie wszystko układa się po mojej myśli, to przez te kilka minut, kiedy przechadzam się między półkami – jestem spokojniejsza.

Jeszcze większy spokój ogarnia mnie, kiedy wieczorem siadam sobie wygodnie, owijam się kocem (albo szlafrokiem) i zanurzam się w lekturze. Jakiej? W sumie ciężko powiedzieć, bo czytam chyba wszystko (no dobra – poezji nie czytam, nie z własnej woli). A czym kieruje się przy wyborze WSZYSTKIEGO? O tym Ci dzisiaj opowiem. Żeby jednak było precyzyjniej, postaram się usystematyzować czynniki, którymi się kieruję według tego, jak często są one wiodące. To jak, zaczynamy? 😉

Miarą człowieka jest jego hobby

Najczęściej zdarza mi się sięgać po książki, które w jakiś sposób zazębiają się z tym, co mnie interesuje. Zdecydowaną większość mojej prywatnej biblioteczki stanowią książki o wampirach: zarówno z zakresu beletrystyki, jak i tekstów popularnonaukowych czy naukowych. Nawet jeżeli czytałam jakąś książkę i wiem, że nie była najwyższych lotów, a widzę ją w księgarni (na promocji, no dobra), to nie potrafię sobie odmówić i najpewniej ten tytuł kupię. Bo chcę mieć kompletny zbiór.

Poza tym, od najmłodszych lat fascynuje mnie fantastyka w ogólności. Zaczęło się od „Harry’ego Pottera”, na czym się skończy? Trudno stwierdzić, ale wiem na pewno, że jeżeli czas pozwoli (i zdrowie dopisze – polećmy całkiem po „babcinemu”), to dołożę wszelkich starań, żeby przeczytać wszystkie interesujące mnie tytuły. A jest tego sporo, wierz mi.

Czwarta władza

Regularnie śledzę wiele stron internetowych, profili facebookowych i rubryk w czasopismach, które poświęcone są książkom czy literaturze w ogólności. Od czasu do czasu pojawi się tam tytuł, który mnie zainteresuje, który sprawi, że moje oczy się zaświecą, a w głowie załomocze stwierdzenie: „muszę to przeczytać!”.

Kiedyś oglądałam na TVN Style program, w którym Dorota Wellman polecała interesujące (według niej) pozycje i zdarzało się, że faktycznie po nie sięgałam. Dzisiaj już nie oglądam telewizji, więc nawet nie orientuję się czy nadal coś takiego jest emitowane 🙂

Tym, do czego nie mogę się w pełni przekonać są vlogi. Youtube pęka w szwach od tego typu profili, ja na kilka zaglądałam, ale na żadnym nie zostałam dłużej. Nie lubię audiobooków, radia słucham okazyjnie, filmy oglądam głównie w kinie, więc prawdopodobnie dlatego ta forma do mnie nie dociera. A szkoda.

Reklama dźwignią handlu

Kiedy przeglądam wspomniane profile na facebooku, często spotykam się z grafikami, które reklamują dane książki. Bywają na nich okładki, czasem co ciekawsze cytaty, rzadziej rekomendacje sławnych osób czy dziennikarzy / krytyków. Niektóre książki są tak (dobrze?) reklamowane, że zalewają mi pół tablicy (tak było z „Furia mać!” Kubryńskiej i „Jak Cię zabić, kochanie?” Rogozińskiego), inne wyróżniają się dużą ilością egzemplarzy promocyjnych, przez co na większości stron i blogów można wygrać ten tytuł w rozlicznych konkursach. Jeszcze inne wydawnictwa stawiają na promowanie autora, a nie tylko książki, przez co gdzie się nie spojrzy, tam jest widoczna twarz konkretnej osoby. Jakiś czas temu tak było z Katarzyną Puzyńską (bo premiera „Łaskuna”), teraz tak rzecz się ma z Magdą Stachulą, bo od oficjalnej premiery „Idealnej” (recenzja tutaj) minął niewiele ponad tydzień.

Przyznać trzeba, że sposób to całkiem skuteczny, bo z wspomnianych tytułów 3 już przeczytałam, a jeden zacznę na dniach, bo dziś odebrałam go z biblioteki.

Koniec języka za przewodnika

Bywają takie momenty, że żadna z książek, których premiera zbliża się wielkimi krokami, mnie nie interesuje, że nie mam ochoty na książki z zakresu fantastyki, na myśl o błądzeniu między półkami moja twarz mimowolnie się wykrzywia, ale mimo wszystko coś bym przeczytała. Wtedy sięgam po opinie znajomych albo innych blogerów, ewentualnie przeglądam recenzje na lubimyczytac.pl, goodreads.com albo biblionetce.

Nie oceniaj książki po okładce. Dlaczego niby nie?

Kiedy idę do biblioteki, rzadko pozwalam sobie na zostawienie pustego miejsca na karcie (o tym już chyba kiedyś wspominałam, prawda?). Skoro można wypożyczyć 5 książek w jednej filii, to ja wypożyczam te 5 książek. Zdarza się, że do odbioru mam tylko jedną, upatrzoną mam drugą, a pustych miejsc pozostaje trzy. Wtedy przechadzam się między półkami (najczęściej w działach fantastyka, kryminał, horror, literatura zagraniczna), zerkam na grzbiety, pobieżnie czytam tytuły, niektóre książki wysuwam, biorę do ręki i… lustruję okładkę. Jeżeli wyda mi się dostatecznie ciekawa, wtedy odwracam ją na drugą stronę, czytam opis i podejmuję decyzję.

Umówmy się, ludzie są wzrokowcami i może to trochę płytkie, ale tak jak lubimy mieć partnera, na którym można z satysfakcją oko zawiesić, tak samo na książkę czasem miło popatrzeć, w końcu jest ona naszą partnerką przez jakiś czas.

Wolna / zajęta / to skomplikowane

Czasami jakaś książka, nie wiedzieć czemu, chodzi za mną tygodniami, miesiącami. Kiedy już zmobilizuję się, żeby sprawdzić jej dostępność w bibliotece, często okazuje się, że jest wypożyczona, a po złożeniu zamówienia dowiaduję się, że jestem osiemnasta w kolejce, a jedna osoba może książkę trzymać przez dni trzydzieści. Polecam przeliczyć. Na oko 1,5 roku – koszmar. (Tak było z „Dziewczyną z pociągu”, chociaż nie czekałam półtora roku, a pół.)

Rzadko udaje się utrafić tytuł, który nie tylko jest dostępny do wypożyczenia w filii, którą odwiedzam najczęściej, ale jeszcze na dodatek leży sobie na półce i na mnie czeka. Tyle dobrego, że rzadko nie znaczy nigdy, więc czasem się zdarza. (Tak było z „Uwikłaniem” Miłoszewskiego.)

Sytuacje, które denerwują mnie najbardziej mają miejsce wtedy, kiedy po sprawdzeniu w katalogu dostępności jakiegoś tytułu, biegnę cała w skowronkach do wypożyczalni, bo książka powinna na mnie czekać (i krzyczeć z półki „nareszcie jesteś!”), a okazuje się, że jej tam nie ma, bibliotekarka na dyżurze nic o niej nie wie, kierowniczka nie wie, komputer nie wie, słowem – nikt nie wie. Wcięło.

Praca to nie bajka

Bywają takie momenty, kiedy w pracy muszę omówić z uczniami utwór, którego nie pamiętam albo chcę wyjść im naprzeciw i proponuję jakiś temat, który sama muszę zgłębić. Poza tym prowadziłam do tej pory kółko książkowe i zdarzało się, że to nie ja proponowałam teksty, a uczniowie. I co wtedy? Nie ma zmiłuj – śmigasz do biblioteki, wypożyczasz książkę i czytasz. A potem żałujesz. Albo i nie.

Książka najlepszym prezentem

Ktoś kiedyś powiedział, że książka to najlepszy prezent, jaki można dać drugiej osobie. I tak sobie myślę, że ten ktoś miał świętą rację.

Jest tyle różnych tytułów, jest tyle różnych gatunków, w końcu: jest tyle różnych typów książek (papierowa, e-book, audiobook), że każdy znajdzie coś dla siebie. Lubię powtarzać swoją tezę, że osoba, która mówi, że nie lubi czytać, po prostu nie znalazła jeszcze swojego gatunku, który ją wciągnie, porwie i sprawi, że „załapie bakcyla”.

Często spotykam się ze stwierdzeniem, że w moim przypadku książka nie będzie dobrym prezentem, bo czytam tyle, że:

A) zapewne znam już ten tytuł;

B) możliwe, że mam już ten tytuł w domu.

Jest przynajmniej jeden prosty sposób, żeby to sprawdzić: regularnie uzupełniam swój profil na lubimyczytac.pl, dlatego jeżeli spojrzysz na półkę o sugestywnej nazwie „Posiadam”, ewentualnie „Przeczytane”, to już masz odpowiedź na swoje wątpliwości.

Także widzisz: książka jest najlepszym prezentem. No dobra, o ile nie jest słownikiem.

Jestem literaturoznawcą. To zobowiązuje

Kiedy zaczynałam studia drugiego stopnia, dowiedziałam się, że muszę się zdeklarować: czy chcę po ukończeniu magisterki zostać szumnie nazwana „językoznawcą”, czy też „literaturoznawcą”. I chociaż kwestie językowe nie sprawiają mi trudności, to lepiej zawsze czułam się w towarzystwie książek o tematyce bynajmniej nie naukowej.

Niestety (albo i stety) w związku z tym mam poczucie, że są tytuły, które jako osoba z wykształceniem wyższym w tej dziedzinie, powinnam znać. I chociaż często zdarza się, że opinia daleko wyprzedza stan faktyczny treści danej książki, to jednak wyrzuty sumienia nakazują mi „zawrzeć gębę” i wziąć się do czytania. Ostatnio taka sytuacja spotkała mnie przy okazji opowiadań Edgara Alana Poego i „Dumy i uprzedzenia”, ale książki znam i więcej nie będę się wstydzić.

Ojciec – autor

Ostatnią kwestią, jaką się kieruję jest autor. Są takie nazwiska, że z góry wiesz, że co by nie wyszło spod pióra tej osoby, to na pewno będzie dobre i trochę na oślep zamawiasz kolejne tytuły. Dla mnie takimi autorami (współcześnie) są przede wszystkim Olga Rudnicka (mówiłam, że jeszcze wiele razy o niej napiszę? :)), Emily Giffin (jeżeli chodzi o literaturę romansowo – obyczajową), Gillian Flynn i Kasia Puzyńska. Kto jeszcze? Zobaczę z czasem!

Zdaję sobie, oczywiście, sprawę z tego, że oprócz wymienionych wyżej kwestii można przytoczyć jakieś dwieście innych, począwszy od tego czy książkę chcesz tylko przeczytać, czy też kupić i przeczytać, poprzez ilość stron, humor, na czcionce i zasobach wolnego czasu skończywszy, ale ja ograniczę się do tych, które wymieniłam, bo wydaje mi się, że w moim życiu (czytelniczym) odgrywają największą rolę.

A Ty, czym kierujesz się przy wyborze książek?

Może cię zainteresować

Harem, Klatka i osiem żon, czyli „Prywatne życie sułtanów” J. Freely’ego
Przeczytaj...
Janusz Leon Wiśniewski – S@motność w sieci
Przeczytaj...
Gillian Flynn – Zaginiona dziewczyna
Przeczytaj...
Zamień cukier na tłuszcz i chudnij, „Wiecznie głodny?” Davida Ludwiga
Przeczytaj...
I była miłość w czasie wojny… „Czas burzy” Adriana Grzegorzewskiego
Przeczytaj...