Wrzesień to dla nauczycieli naprawdę trudny miesiąc. I wbrew pozorom ma to niewiele wspólnego z samym faktem, że po dwóch miesiącach (chciałoby się!) urlopu wracamy do pracy. Bardziej chodzi o natłok obowiązków, który z tym końcem wolnego się wiąże. Bo nowy rok szkolny to papierologia i milion spraw, które muszą być zrobione na wczoraj. U mnie w tym roku do tego doszła kwestia dojazdów. Jak już wiesz, od sierpnia mieszkam na wsi, a pracuję (nadal) we Wrocławiu. Wydawało mi się, że nie będzie żadnych problemów, bo to tylko 30 kilometrów, dobre połączenie, a od września przecież zwiększą ilość autobusów. Jasne. Chciałoby się. Największym problemem jest wydostanie się z wioski i dotarcie do miasta, które jest oddalone o jakieś 8, no może 10 kilometrów, a więc 15 minut drogi. Tam przesiadam się w autobus, który do Wrocławia ma jechać 40 minut. Wydawałoby się, że nic prostszego – godzina i już! Otóż nie. Dojazd do pracy zajmuje mi przynajmniej dwie godziny. W jedną stronę. Jeżeli dodać do tego mój plan lekcji, to wychodzi na to, że minimum trzy razy w tygodniu wychodzę z domu o 6 rano, a wracam po 19. I nawet na czytanie mam jakoś mniej czasu i siły, wyobrażasz sobie? Ale!

Nie będę już marudzić, uznaj ten przydługi wstęp za usprawiedliwienie mojej nieobecności na blogu, przyjmij przeprosiny i lecimy dalej, bo jednak coś tam udało mi się przeczytać w ciągu mojej niekończącej się podróży autobusem 🙂

W poprzednim miesiącu…

Jojo Moyes, „Kiedy odszedłeś”. Dosyć dawno temu przeczytałam pierwszą część tego cyklu (tutaj znajdziesz recenzję). Wywołała sporo emocji i wiele rozmyślań, dlatego kontynuację zostawiłam sobie na później. Przeczytałam i właściwie nie powiem nic, czego nie mówiłabym już wcześniej: druga część jest gorsza. Wydaje się być naciągana, przekombinowana i zwyczajnie mniej interesująca.

John Edward Douglas, „Mindhunter. Podróż w ciemność”. Tytuł, który recenzowałam (tutaj), dlatego zwyczajowo już nie będę się powtarzać. Kulisy pracy najwybitniejszych policyjnych profilerów. Pozycja obowiązkowa dla miłośników kryminałów.

Pani Bukowa, Pan Buk, „Wielki Ogarniacz Życia we dwoje, czyli jak kochać i się nie pozabijać”. Pozycja, którą rewelacyjnie czyta się w podróży. Nie jest wymagająca – raczej życiowa, okraszona mnóstwem świetnych grafik, przy których buzia sama się cieszy!

Karolina Cwalina, „Wszystko zaczyna się w głowie. Planuj, działaj, nie marudź!”. Zostałam uszczęśliwiona prowadzeniem przedmiotu, który ma wspierać rozwój kreatywności u uczniów. Wymyśliłam sobie, że w kolejnej klasie zadbam o ich rozwój osobisty. I tak oto dotarłam do tej książki. Siostra mi ją poleciła, a ja teraz mogę powiedzieć, że grzmotnęłabym ją tą książką w głowę. Bo chciałam podręcznik, na którym mogłabym bazować, a dostałam historię kobiety, która trochę schudła. Fajnie. Ja swego czasu też schudłam ponad 30 kilogramów, a jakoś nie piszę o tym poradników. Przydało mi się tylko jedno ćwiczenie. Dobre i to.

Seth Godin, „Najmocniejsze ogniwo”. Kolejna pozycja, którą przeczytałam, żeby móc przygotować sobie tematy do pracy z uczniami. Nieco lepsza, ale jednak przestarzała, dzisiaj już większość opisywanych kwestii wygląda zupełnie inaczej. Ale interesująca!

Maia Sobczak, „Qmam kasze, czyli powrót do korzeni”. Uwielbiam kasze, kiedy kilka lat temu trafiłam z (obecnym) narzeczonym do restauracji w Krakowie, która specjalizowała się w kaszach, doznałam szoku, że jest tyle różnych rodzajów, a ja rozróżniałam może cztery. I chociaż śmieszy mnie nazwa kaszotto, to lubię je robić. Dlatego jak zobaczyłam tę książkę, to wiedziałam, że muszę ją przejrzeć. Jest trochę ciekawych przepisów, kilka porad co do przyrządzania oraz ogólny podział kasz. Fajna.

Katarzyna Nosowska, „A ja żem jej powiedziała…”. Przyznam szczerze, że nigdy nie byłam wielką fanką Kasi Nosowskiej. Do czasu… Kiedy przeczytałam tę książkę, to wpadłam! Uwielbiam jej podejście do życia i komentarze na temat rzeczywistości. Mogłabym czytać raz za razem. Genialna!

Emily Giffin, „Wszystko, czego pragnęliśmy”. Jak już wspominałam kilka razy, w kwestii powieści obyczajowych bardzo cenię sobie twórczość Emily Giffin, dlatego staram się sięgać po każdą książkę, którą wypuści. Wydawca reklamuje ją słowami „nikt nie zrozumie kobiet tak jak Emily Giffin” i pewnie ma trochę racji. Tym razem mamy powieść o kobiecie, której syn robi pijanej koleżance dwuznaczne zdjęcie, a następnie udostępnia je na snapchacie. Nie byłoby w tym pewnie nic nie zwykłego, gdyby nie to, że główna bohaterka jest żoną bogatego męża – należą do elity, a tam takie występki nie umkną niezauważone. Okazuje się nagle, że pozornie idealna rodzina… gnije od środka. Polecam.

Philippa Gregory, „Władczyni rzek” i „Biała królowa”. Swego czasu z zapartym tchem oglądałam seriale „Biała królowa” i „Biała księżniczka”, postanowiłam uzupełnić wiedzę i doczytać książki. Jeżeli ktoś lubi powieści historyczne, to zdecydowanie warto.

Colleen Hoover, „Maybe someday”. Czytałam zdecydowaną większość książek tej autorki. Niektóre są lepsze, inne gorsze – wiadomo, jednak każdorazowo Hoover porusza bardzo ciekawe tematy. Tym razem mamy dziewczynę, która każdego niemal wieczoru wymyka się na balkon, żeby posłuchać jak chłopak z bloku naprzeciwko gra na gitarze. Po pewnym czasie los sprawi, że ich ścieżki się skrzyżują, a sytuacja skomplikuje, bo oto okaże się, że on jest niewidomy i ma dziewczynę, a uczucia, które się między nimi pojawią zaczną wymykać się spod kontroli.

Zatem jedenaście. Przyznam, że to i tak sporo, zważywszy na to, że w autobusie zazwyczaj śpię. Ale nie chrapię… chyba.

Ulubieńcy miesiąca

Biorąc pod uwagę fakt, że w tym miesiącu lista nie jest jakoś wybitnie długa, to i tytułów, które jakoś szczególnie mi się spodobały, nie będzie zbyt wiele.

Nosowska, „A ja żem jej powiedziała…” i E. Giffin, „Wszystko, czego pragnęliśmy”.

Najgorsi w miesiącu

Nie mogę powiedzieć, że któraś z tych książek bardzo mi się nie podobała. Są za to dwie, które jakoś mnie do siebie nie przekonały:

K. Cwalina, „Wszystko zaczyna się w głowie…” i C. Hoover, „Maybe someday”.

Ile w 2018?

Sto trzydzieści dwie. Jest nieźle, myślę, że postanowienie zostanie zrealizowane!

Zaadoptowałam

W czasie wizyty w Dedalusie wzbogaciłam się o:

  • Luca D’Andrea, „Istota zła”,
  • Mariusz Czubaj, „21.37”, „Kołysanka dla mordercy”, „Zanim znowu zabiję”, „Piąty Beatles”.

Plany na październik

Październik zaczęłam z „Bzdiety” i Remigiuszem Mrozem po raz kolejny! 🙂

Może cię zainteresować

W świecie ryczącej czterdziestki? T. Perrota, „Pani Fletcher”
Przeczytaj...
Jak cuda, to tylko pod jemiołą! R. P. Evans, „Tajemnica pod jemiołą”
Przeczytaj...
Diabły, szaleńcy i słowiańscy bogowie, czyli spóźnione podsumowanie lipca
Przeczytaj...
Tematyczny misz-masz, czyli podsumowanie maja
Przeczytaj...
Poślizg (nie)kontrolowany. Podsumowanie sierpnia… w połowie września.
Przeczytaj...