Posiadanie potomstwa to kwestia, wydawałoby się, naturalna. Zdecydowana większość kobiet ma dzieci. Wśród nich zdarzają się, oczywiście, takie, które mieć ich nie chciały, a przynajmniej nie w tym momencie. Zdarzają się też takie, które dzieci oddają czy mordują. Większość jednak dzieci kocha. Albo przynajmniej bardzo dobrze udaje, że tak jest.

Dziś zajmiemy się mniejszością. Kobietami, które chciałyby mieć dziecko, ale z jakiegoś powodu nie mogą. Jakie mają wyjścia? Ekstremalne – pogodzić się z losem i kupić psa / kota. Standardowe – wziąć pod uwagę adopcję. Albo nietuzinkowe – rozważyć znalezienie surogatki, która urodzi i odda im dziecko, pobierając za to odpowiednią opłatę.

Bohaterka książki, o której Ci dzisiaj opowiem próbowała właściwie wszystkiego, no może poza kupnem zwierzaka. Przeszła przez etap intensywnych starań o potomstwo: seksu zgodnie z kalendarzykiem dni płodnych, wizytami u lekarza i tak dalej. Dwukrotnie starała się o adopcję dzieci z biednych krajów. Niestety, za każdym razem otrzymywała odpowiedź odmowną. Jak sam tytuł sugeruje, ostatecznie zdecyduje się na opcję nietuzinkową. Jakie konsekwencje to za sobą pociągnie? Louise Jensen i „Surogatka”. Zapraszam!

Kat poznajemy w momencie, kiedy udaje się do kawiarni po swoją ulubioną gorącą czekoladę, a na miejscu spotyka swoją dawną najlepszą przyjaciółkę. Nie widziała jej od lat i chociaż bardzo za nią tęskniła, to jednak bije się z myślami i rozważa możliwość ucieczki od rozmowy z nią. Lisa  (bo tak ma na imię wspomniana eks-przyjaciółka) jednak ją zauważa i zaczynają rozmawiać. Początkowo wymieniają kilka grzecznościowych zdań, po chwili dosyć ogólnikowo rozmawiają o tym, co zaszło między nimi w przeszłości i obie przyznają, że bardzo za sobą tęskniły. Postanawiają wybaczyć sobie lata rozłąki i odnowić znajomość.

Kat ma męża, który całkiem nieźle zarabia, ona prowadzi fundację, a prywatnie od kilku lat bezskutecznie starają się o dziecko. Lisa nie może pochwalić się tak poukładanym życiem, jednak w jednym jest lepsza od dawnej przyjaciółki. Okazuje się, że ona ma dziecko: zdecydowała się być surogatką dla koleżanki z pracy, która najlepsze lata na bycie matką miała już za sobą, a natura nie była dla niej zbyt łaskawa. Chociaż dziewczynka trafiła już do innej rodziny, Lisa pokazuje Kat jej zdjęcia i opowiada o tym, że bardzo chętnie jeszcze raz zostałaby surogatką dla kogoś innego.

Jak na zawołanie, po tym spotkaniu Kat otrzymuje informację o odmowie adopcji, o którą się starali. Kobieta jest załamana, ale w jej głowie kiełkuje pewna myśl… A gdyby tak zdecydować się na wynajęcie surogatki? Bardzo konkretnej surogatki?

Po długich rozmowach z mężem, konsultacjach z prawnikiem i sprawdzaniem wszelkich ewentualności, małżeństwo decyduje się na podjęcie takiego kroku. Omawiają kwestie finansowe i prawne takiego przedsięwzięcia, w końcu mężczyzna przekazuje Lisie pojemniczek z nasieniem, a po kilku tygodniach otrzymują zdjęcie testu ciążowego, którego wynik jest pozytywny. Wydaje się, że teraz będzie tylko lepiej, ale niezupełnie.

Kat nawiedzają demony przeszłości. Wydaje jej się, że ktoś czyha na jej życie, na domiar złego Lisa upada na brzuch i traci dziecko. Jedno z dwójki. Jakby tego było mało, mąż podejrzanie często bywa u sąsiadki, nie nocuje w domu, chociaż zarzeka się, że właśnie leży w łóżku i przeogromnie tęskni za żoną. Ktoś depcze grządki, podrzuca wieniec pogrzebowy i książkę o tym, jak poradzić sobie ze śmiercią. Brzmi jak paranoja? Możliwe. A czy nią jest? Warto sprawdzić.

Gdybym miała porównać „Surogatkę” do jakiejś książki, to chyba najbliżej jej do „Idealnej” Magdy Stachuli. Sekret, o którym nie wie właściwie nikt, a który drąży bohaterkę od środka. Problemy, które nawarstwiają się powoli, ale sukcesywnie, tworząc mur właściwie nie do przebicia. Ludzie, którzy mieli być przyjaciółmi, a okazują się… no właśnie, kim?

Autorka od pierwszych stron powoli wciąga czytelnika w wir wydarzeń, w którymś momencie dochodzi do tego, że nie można się oderwać od czytania. Zaczynasz się zastanawiać, o co chodzi, co będzie dalej, co właściwie wydarzyło się kilka lat wcześniej? Interesujące, lekko zaskakujące, a zakończenie naprawdę dobre!

Tym, co od strony technicznej podobało mi się w tej książce najbardziej, była narracja prowadzona z perspektywy jednej osoby. Zmieniał się jedynie czas (teraz i wtedy), ponieważ autorka odwoływała się do bieżących wydarzeń i wracała do tych z przeszłości, które ukształtowały życie głównej bohaterki. W większości powieści tego typu autorzy prowadzą narrację z perspektywy dwóch, czasem i trzech osób. Nie twierdzę, że to źle, ale jest to tak powszechne, że miło było trafić na coś innego i… klasycznego.

Jeżeli lubisz thrillery, to polecam!

A za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu

 

Może cię zainteresować

O niewierności we współczesności, E. Perel „Kocha, lubi, zdradza”
Przeczytaj...
„Love, Rosie” po polsku? Anna Płowiec, „W cieniu magnolii”
Przeczytaj...
Więc chodź, pomaluj mój świat, czyli R. Figura „Magda M. Ciąg dalszy nastąpił”
Przeczytaj...
Po Conradowsku o podróży, PRZEDPREMIEROWO: M. Janiszewski „Ortodroma”
Przeczytaj...
Zabójstwa, zdrady, seks i gra o tron, czyli podsumowanie czerwca
Przeczytaj...