Kiedy w pracy powtarzam z uczniami epoki literackie, to niemal zawsze moich uszu dobiega jęk rozpaczy. Bo ileż można? W sumie racja, ale prawda jest taka, że ile razy by się tego nie zrobiło, to i tak oni tego nie potrafią. Historia literatury to, umówmy się, nie jest wcale łatwy i przyjemny temat, ale z drugiej strony nie znam chyba osoby (przynajmniej z grona tych, którzy choć trochę w literaturze się odnajdują), która nie miałaby swojej ulubionej epoki. Albo przeciwnie. Takiego okresu w dziejach, który darzy szczerą nienawiścią. Ja najbardziej lubię pozytywizm – nie przeszkadzają mi opasłe tomiska, bo przecież chodzi o treść. A ta mnie wciąga. Równie wielkim sentymentem darzę wojnę i okupację – do dziś głos mi drży, kiedy czytam fragmenty „Medialionów” czy „Innego świata”. Nie przepadam natomiast za średniowieczem i romantyzmem. Mistyczne uniesienia i ślepa wiara w Boga nie jest dla mnie, chociaż nie mogę powiedzieć, żeby żaden z powstałych wówczas utworów do mnie nie przemawiał, ale jednak jest to zdecydowana mniejszość.

Epoką, która jest dla mnie w pewien sposób skrajna, jest Młoda Polska. Pod kątem utworów – zupełnie nieciekawa, przyznam, że z takich podstawowych, które każdy powinien znać, bo należą do kanonu lektur obowiązkowych, to nie jestem w stanie wymienić ani jednej, która by mi się spodobała. Z drugiej strony jednak jest to epoka tak barwna i fascynująca, tak inna od pozostałych, że temat, w którym wprowadzam uczniów w te czasy, jest jednym z moich ulubionych.

Ale dlaczego właściwie o tym piszę? Otóż dlatego, że dziś przychodzę do Ciebie z książką, w której klimat modernizmu został tak dobrze zarysowany, że czułam, jakbym stała tuż obok opisanych wydarzeń. A były one… niecodzienne. Maryla Szymiczkowa „Seans w Domu Egipskim”. Jest to trzecia część cyklu „Profesorowa Szczupaczyńska Zofia”. I już na początku musisz wiedzieć, że Szymiczkowa to tylko pseudonim, pod którym kryje się Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński.

Mamy rok 1898, zbliża się 1900, według ówcześnie żyjących – świat dąży do nieuchronnej katastrofy. Apogeum dekadencji. Ludzie uciekają się do wszelkich możliwych środków, żeby się pobudzić, nieobce im są wszelkiego rodzaju środki odurzające, ale również nadprzyrodzone moce.

Główna bohaterka wraz z mężem zostaje zaproszona na spotkanie do państwa Beringerów. Profesor wymawia się jednak tym, że otrzymał propozycję spędzenia czasu w nieco innym (lepszym dla niego) towarzystwie, dlatego Zofia idzie sama. Na spotkaniu pojawia się naczelny artysta epoki – Stanisław „Szatan” Przybyszewski, a także Olga Ryczywolska, która ma odpowiadać za kontakty z zaświatami. Zapowiada się ciekawie, nieprawdaż?

Za pośrednictwem medium uczestnicy spotkania mają nawiązać kontakt ze zmarłymi. Ale jakie będzie ich zdziwienie, kiedy wyjdzie na jaw, że to jeden z nich przejdzie na drugą stronę. I już stamtąd nie wróci. Pan Beringer, bowiem, w czasie seansu zostanie otruty. A profesorowa Szczupaczyńska zagadkę tegoż morderstwa rozwiąże. Podejrzanych, jak zwykle, jest mnóstwo. Wskazówek – jak na lekarstwo. Ale błyskotliwy umysł i kobieca intuicja, a także… niewielki podstęp, okażą się niezawodne. Kto zabił? Tego dowiesz się jak przeczytasz.

A co ja mogę powiedzieć o tej książce?

Od samego początku byłam nią zachwycona. Przyznam, że nie czytałam poprzednich dwóch części – znów nie sprawdziłam i dałam się podejść 😉 ale znajomość ich treści nie była konieczna dla rozumienia fabuły „Seansu w Domu Egipskim”, wydaje mi się, że w pełni zrozumiałam, o co chodzi i ani razu nie zastanawiałam się, dlaczego tak, a nie inaczej. W każdym razie: do „Tajemnicy domu Helclów” i „Rozdartej zasłony” na pewno wrócę, bo klimat jest rewelacyjny!

Na dzień dobry, moją uwagę przyciągnął spis treści, który jest napisany w sposób niecodzienny. Rozdziały bowiem są nie tylko zatytułowane, ale również pokrótce opisane, na przykład:

Rozdział XII – W którym dorożka krąży po mieście jak zaczarowana, w sprawie zwłok nie da się dłużej grać na zwłokę, profesorowa odwiedza cieplarnię na Sławkowskiej, słucha o skandalu z kuzynką cesarza (choć nie tego, co trzeba) i wreszcie nie może się nadziwić geniuszowi pewnej osóbki.

Później było już tylko lepiej. Oprócz wspomnianego wyżej, po mistrzowsku oddanego, klimatu Młodej Polski, mamy ogromną porcję humoru i intrygę, która powoli, acz konsekwentnie zaczyna mieć ręce i nogi. Dla osób, które są trochę lepiej obeznane z historią literatury, mamy tutaj całe mnóstwo nawiązań do życiorysu Przybyszewskiego oraz życia kulturalnego tamtych czasów. Z drugiej strony, jeżeli ktoś nie lubi czytać podręczników, a chciałby wiedzieć trochę więcej na temat ostatniej dekady dziewiętnastego wieku, myślę, że ten tytuł w bardzo przyjemny sposób i niejako mimochodem, oprowadza czytelnika po ulicach modernistycznego Krakowa.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Ja już palę się, żeby nadrobić zaległości, a Tobie gorąco polecam ten tytuł!

Za możliwość przeczytania dziękuję

Może cię zainteresować

Trynkiewicz dawniej i dziś, czyli E. Żarska „Łowca. Sprawa Trynkiewicza”
Przeczytaj...
Po Conradowsku o podróży, PRZEDPREMIEROWO: M. Janiszewski „Ortodroma”
Przeczytaj...
Z pejczem do powstania, czyli „Baronówna…” Michała Wójcika
Przeczytaj...
PRZEDPREMIEROWO o łowcy przestępców, J. Douglas, M. Olshaker, „Mindhunter”
Przeczytaj...
Babi i Step po latach, F. Moccia „Trzy razy ty”
Przeczytaj...