2018 rok zaczął się dosyć intensywnie. Zaraz po Nowym Roku trzeba było iść do pracy, kończył się semestr, więc wszelkie poprawy, zaliczenia i zaległe sprawdziany zalewały moje biurko i zaprzątały moją głowę praktycznie całymi dniami. Potem papierologia związana z rozliczeniem mojej klasy, inne obowiązki służbowe i nie tylko. Kiedy w połowie miesiąca przyszły ferie, byłam tak padnięta (chociaż dwa tygodnie wcześniej miałam wolne!), że nie miałam na nic siły.

Mijały dni, trochę odpoczęłam, trochę poczytałam i (sama nie wiem, kiedy!) okazało się, że trzeba wracać do pracy. Chociaż zajęć nie ubywa, to liczę, że kolejne miesiące będą przynajmniej tak samo obfite w książki jak styczeń. Mam nadzieję, że uda mi się zwiększyć ilość wpisów na blogu, bo naprawdę chciałabym tu częściej zaglądać, ale zwyczajnie: nie ma czasu.

No nic, jak to było w styczniu?

W poprzednim miesiącu

J. P. Delaney, „Lokatorka”. Książka, o której krążą mieszane opinie. Jedni się zachwycają, inni mówią, że w morzu „Dziewczyn z pociągu” i jej podobnych, „Lokatorka” jest kolejnym tytułem, który wpisuje się w schemat. Trochę tak jest, niemniej jednak sama koncepcja inteligentnego domu jest bardzo ciekawa J Nie żałuję, że przeczytałam.

Andy Weir, „Artemis”. Czytałam (i oglądałam) „Marsjanina”. Mówiąc ściślej, zachwycałam się zarówno książką, jak i filmem. I z tegoż właśnie powodu wypożyczyłam z biblioteki „Artemis”. Perspektywa ciekawa, bez dwóch zdań, jednak sama historia trochę mniej wciągająca.

Nathan Hill, „Niksy”. Kobyłka, która pochłonęła mi ładnych kilka wieczorów, bo ze względu na jej gabaryty, zrezygnowałam z zabierania jej do pracy i czytania w tramwaju. Historia pełna, rozwinięta, interesująca. Pisarz, który ma problemy z napisaniem swojego dzieła, chociaż od lat ma na nie pomysł. Matka, która porzuciła go w dzieciństwie, a wiele lat później dokonała zamachu na ważnym polityku, a to wszystko okraszone mitologią. Super!

Alex Marwood, „Dziewczyny, które zabiły Chloe”. Tytuł, który zapowiadał się świetnie, jeżeli brać pod uwagę cytaty z okładki. Czytałam długo i naprawdę starałam się znaleźć to, czym inni tak bardzo się zachwycali. Nie udało mi się.

Peter Wohlleben, „Nieznane więzi natury”. Od jakiegoś czasu na mojej tablicy przewijają się książki tegoż autora: o drzewach, zwierzętach, krowach. Kiedy zobaczyłam ten tytuł w bibliotece, stwierdziłam, że dam szansę. I teraz wiem, że po pozostałe tytuły nie sięgnę, bo fauna i flora aż tak bardzo mnie nie interesuje.

Bożena Społowicz, „Skin coach. Twoja droga do pięknej i zdrowej skóry”. Jeżeli zaglądasz tu częściej, to wiesz, że chociaż do blogerki urodowej mi daleko, to jednak zdarza mi się sięgnąć po tytuł, który podpowiada (przynajmniej z założenia), jak o siebie zadbać. Bożena Społowicz jako pierwsza nazwała zjawisko skin coachingu, a w tej książce podpowiada, jak poprawnie zdiagnozować swoją skórę, a jak już to zrobimy, to krok po kroku pomaga o nią zadbać, pozbywając się niepotrzebnych kosmetyków i złych nawyków. (Nie czuję, że rymuję!)

Anna Kamińska, „Białowieża szeptem. Historie z Puszczy Białowieskiej”. Znów tytuł, który zalewał mojego instagrama, a w bibliotece leżał na półce, więc aż szkoda byłoby go zostawić. Zbiór opowiadań osadzonych w Puszczy Białowieskiej. Niektóre świetne, fascynujące, inne po prostu prawdziwe, a niektóre zwyczajnie nudne.

Aleksandra Zaprutko-Janicka, „Piękno bez konserwantów. Sekrety urody naszych prababek”. Książka napisana z „jajem”, podzielona na działy, które wyróżniają pielęgnację skóry, włosów i innych. Mnóstwo w niej przepisów, dobrych rad i zdjęć. Przyznam jednak, że myślałam, że załączone receptury będą zdecydowanie prostsze, a składniki znajdziemy w domu. Niestety nie 🙂

Lucy Ribchester, „Sufrażystki”. Książka, która zapowiadała się dobrze. Czasy, kiedy kobiety walczyły o swoje prawa, przez co były zamykane w więzieniach, karmione przez rurkę, a ich działania tłamszone w zarodku. Mężczyźni, którzy przebierają się w gorsety. I główna bohaterka – dziennikarka, która chce zaimponować przełożonemu dobrym materiałem. Tyle wystarczyło, żeby mnie przyciągnąć. A po przeczytaniu zostałam skutecznie odepchnięta.

C. J. Tudor, „Kredziarz”. Tytuł, który recenzowałam (tutaj). Ktoś brutalnie zabawił się grupą chłopców. Używając ich sekretnego kodu ustalił miejsce zbiórki w lesie, nieopodal ciała zamordowanej dziewczyny. 20 lat później sprawa nadal nie jest do końca rozwiązana. Polecam!

Steven Pinker, „Piękny styl. Przewodnik człowieka myślącego po sztuce pisania XXI wieku”. Autor już na wstępie zapowiada, że nie jest to poradnik dla osób, które nie potrafią pisać i chciałyby się tego nauczyć. To pozycja dla tych, którzy z pisaniem mają styczność w życiu codziennym i chcieliby robić to lepiej. Sporo przykładów i wskazówek.

Robin Dunbar, „Pchły, plotki a ewolucja języka”. Rozmowy, relacje między ludźmi i historia języka począwszy od sposobu porozumiewania się małp. Ciekawa.

Remigiusz Mróz, „Kasacja”. Chyłka to bardzo charyzmatyczna pani adwokat. Zordon, a właściwie Kordian to aplikant, który został jej przydzielony. Sprawa, którą się zajmują też jest niecodzienna: mają obronić mężczyznę, który podobno zabił dwoje ludzi, a następnie przez dziesięć dni siedział zamknięty w mieszkaniu razem z rozkładającymi się zwłokami. Dodatkowym problemem jest to, że ich klient nie chce rozmawiać. Sprawia wrażenie osoby, która się boi. Czy na pewno? Polecam sprawdzić!

Ulubieńcy miesiąca

Nie mogę powiedzieć, żeby ten miesiąc był obfity w dobre książki. Większość z nich była przeciętna albo po prostu słaba. Trzy tytuły, które zasługują na uwagę to:

  • J. Tudor, „Kredziarz”,
  • Remigiusz Mróz, „Kasacja”,
  • Nathan Hill, „Niksy”.

Najgorsi w miesiącu

Nie są to książki tak złe jak „Trzy metry nad niebem” (recenzja), ale tak się wynudziłam, kiedy je czytałam, że nie sposób ich tutaj nie wymienić:

  • Alex Marwood, „Dziewczyny, które zabiły Chloe”,
  • Lucy Ribchester, „Sufrażystki”.

Ile w 2018?

Nie pobiłam swojego rekordu, ale nie jest tajemnicą, że kiedy nie chodzę do pracy, to czytam mniej, bo nie jeżdżę tramwajem, a to tam pochłaniam najwięcej książek. Trzynaście. Tyle pozycji przypadło na styczeń, a co za tym idzie – na 2018 rok.

Zaadoptowałam

Styczeń wzbogacił moją biblioteczkę o dwie pozycje.

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarna Owca trafiła do mnie książka C. J. Tudor, „Kredziarz”.

W ramach współpracy z wydawnictwem Znak Literanova otrzymałam Luke Dittrich, „Eksperyment”.

Plany na luty

Luty zaczęłam z kilkoma ostatnimi rozdziałami wspomnianego wyżej „Eksperymentu”, a następnie zabrałam się za „Chemię śmierci” Simona Becketta.

A co Ty czytasz? 🙂

 

Może cię zainteresować

Poślizg (nie)kontrolowany. Podsumowanie sierpnia… w połowie września.
Przeczytaj...
Zabójstwa, zdrady, seks i gra o tron, czyli podsumowanie czerwca
Przeczytaj...
Zostań diwą PCOS, Amy Medling „Wylecz PCOS”
Przeczytaj...
O zachwycie wojną i rozczarowaniu magią, czyli podsumowanie października
Przeczytaj...
Jak cuda, to tylko pod jemiołą! R. P. Evans, „Tajemnica pod jemiołą”
Przeczytaj...