Od urodzenia mieszkam w mieście. Urodziłam się we Wrocławiu, tutaj się wychowałam, skończyłam szkoły (podstawową, gimnazjum, liceum), tutaj studiowałam i tutaj też pracuję. Uzbierało się ćwierć wieku, z małymi przerwami na wakacje i weekendowe wyjazdy.

Trudno po tylu latach wyobrazić sobie życie w innym miejscu.

Nie przeszkadza mi zgiełk na ulicach ani tłum ludzi, którzy wiecznie gdzieś się śpieszą. Czasem drażnią mnie kolejki w sklepach, ale prawdę mówiąc, do nich też już się przyzwyczaiłam. Oswoiłam się z alarmami smogowymi, o których ostatnio jest coraz głośniej, spowszedniał mi widok tłumów, które w niedziele podążają do galerii handlowej, McDonalda albo innego tego typu przybytku, zamiast na spacer do parku czy na wycieczkę do lasu.

Cenię sobie świadomość, że w weekendy (zazwyczaj) mogę pospać tyle, ile zechcę, ewentualnie tyle, ile mój pęcherz będzie w stanie zaakceptować, dopóki nie zacznie wysyłać niepokojących alarmów. Nie wyobrażam sobie tego, że mogłabym codziennie zrywać się bladym świtem i chodzić do pracy (fizycznej). Może jestem zbyt wygodna, może po prostu mam świadomość, że uczyłam się po to, żeby wieść względnie wygodne życie i móc od czasu do czasu się wyspać.

Nie powiem, że nie lubię ciszy i spokoju, obcowania z naturą, szumiących drzew, słońca, które przygrzewa, czy grania świerszczy. Lubię, za komarami jedynie nie przepadam. Ale jest to dla mnie przyjemność zdecydowanie okazyjna.

Jasne, od czasu do czasu puszczam wodze fantazji i wyobrażam sobie, jak by to było, gdybym jak filmowa Judyta („Nigdy w życiu”) zbudowała sobie drewniany domek w samym środku jakiejś wsi, otaczałyby mnie pola i miałabym nieograniczony dostęp do rzeki. Brzmi bajkowo, ale nierealnie. Nie sądzę, żebym w Polsce znalazła sobie taką pracę, która pozwoliłaby mi realizować swoje ambicje, pracować z domu i jeszcze zarabiać godziwe pieniądze. No trudno, może na emeryturze.

Po co właściwie o tym wszystkim piszę?

Otóż ostatnio miałam okazję zapoznać się z książką Jamesa Rebanksa „Życie pasterza”. Autor opowiada historię swojej rodziny, która od sześciuset lat pracuje na farmie, konkretniej – hoduje owce. I chociaż czasy się zmieniają, przychodzą kolejne kryzysy, to rodzinna tradycja się utrzymuje.

James Rebanks jako młody chłopiec nie lubił chodzić do szkoły. Jak pisze, nauczyciele traktowali uczniów z góry, uważali, że życie na wsi i uprawianie pola czy hodowanie zwierząt, to nie są wartościowe zajęcia i otwarcie zachęcali każdego do zmiany. Autor, chociaż lubi czytać książki i nauka (szczególnie historii) wchodzi mu do głowy zadziwiająco łatwo, to postanawia nie podchodzić do egzaminów i nie kończy szkoły, a poświęca się pracy na farmie.

Wstaje o świcie, pomaga dziadkowi i ojcu, zapędza owce, karmi je, przegląda, dba o ich komfort, stwarza sytuacje sprzyjające rozmnażaniu, licytuje, wystawia na sprzedaż i do udziału w konkursach. Wydaje się, że odnalazł swój sposób na życie, że tak właśnie będzie już zawsze – nudno, ale stabilnie. Życie lubi jednak płatać figle i u Rebanksa przychodzi przełomowy moment: kłóci się z ojcem. Nie jest to zwykłe przekomarzanie, nie są to ciche dni ani nic z tych rzeczy, jak sam przyznaje: często miał ochotę ojcu przyłożyć (i zapewne z wzajemnością), postanawia więc skończyć szkołę w trybie zaocznym. Żeby został przyjęty, musi użyć zdolności perswazji, bo nie chcą przyjąć go do kolejnej szkoły, skoro nie zdał egzaminów w poprzedniej. Namawia prowadzącego zajęcia profesora, żeby dał mu szansę i jeżeli jego oceny będą zadowalające, to zostanie, a jeżeli nie, to dyrektor będzie mógł go wyrzucić i zatrzymać wszystkie zapłacone pieniądze. Profesor podejmuje wyzwanie. Okazuje się, że Rebanks ma same piątki, więc zostaje w szkole. Zdaje egzaminy śpiewająco, nauczyciel pyta czy nie zastanawiał się nad studiami w Cambridge. Oszołomiony odpowiada, że nie, ale potem ta myśl pojawia się w jego głowie coraz częściej. Wszyscy namawiają go, żeby spróbował i tak też się dzieje.

Jak sobie poradzi? Tego Ci nie powiem, ale zdradzę jedno: jego przygoda z farmą i Krainą Jezior nigdy się nie skończy.

Podobnie jak nasi rodzimi, reymontowscy „Chłopi” książka została podzielona na 4 części, które odpowiadają porom roku. Kolejno mamy: lato, jesień, zimę i wiosnę. Dowiadujemy się, jak upływa czas na farmie, jakie zajęcia przypadają na poszczególne pory roku, nie brakuje ciekawostek na temat hodowli owiec, a także zachowania psów, kiedy zwęszą potencjalną ofiarę i lokalnego prawa, które tych psów dotyczy (właściciel zagrożonych owiec ma prawo zastrzelić psa, który poluje na jego stado).

Poza tym, Rebanks dzieli się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami na temat życia, rodziny i wartości, którymi on postanowił się kierować. Opowiada też o tym, jak poznał swoją żonę, kogo w życiu uważa za autorytet oraz jakie zwyczaje i przekonania panują w społeczności mieszkańców Krainy Jezior.

Odniosłam wrażenie, że chociaż wstają oni skoro świt, chociaż pracują do ciemnej nocy i tak naprawdę ich praca jest równie stresująca jak większości z nas (w końcu często zależy od nich życie jakiegoś zwierzęcia, które jest równoznaczne z prestiżem farmy i funduszami na jej utrzymanie, bo zwierzęta, które są dobrze wyhodowane – wygrywają konkursy albo po prostu zostają sprzedane za pokaźne sumy), to jednak ich życie płynie wolniej, przyjemniej, a ludzie są bardziej życzliwi, pomocni, konkretni niż ci, których spotykam na co dzień.

Zdaniem, które najbardziej mnie w tej powieści „uderzyło” było stwierdzenie dziadka autora, że tak naprawdę nie wie on, po co ludzie w ramach wakacji czy weekendowych wyjazdów „dla relaksu” wchodzą na góry i podziwiają widoki. Dla niego wspinaczka wiązała się z zaganianiem owiec albo doglądaniem stada. On widoki miał codziennie, na wyciągnięcie ręki. I tego mu pozazdrościłam.

Przyznam szczerze, że kiedy dostałam propozycję zrecenzowania tej książki, kiedy przeczytałam zapowiedzi, że jest to bestseller „New York Timesa”, że międzynarodowy fenomen, że najbardziej zaskakujące wydarzenie literackie ostatnich lat, to spodziewałam się czegoś mocnego. Książka, która wciśnie mnie w fotel, która sprawi, że nie będę się chciała oderwać od lektury, dopóki nie przeczytam ostatniej strony. Ale właściwie niczego takiego nie doznałam. Czy to oznacza, że książka mi się nie podobała?

Zdecydowanie nie oznacza. „Życie pasterza” jest po prostu od początku do końca spójne. Jest to pozycja, która opowiada w spokojny, uporządkowany sposób o spokojnym i przeważnie zaplanowanym (chociaż momentami nieprzewidywalnym) życiu w Krainie Jezior. To książka o zwykłym człowieku, który w życiu spróbował wielu rzeczy, ale do końca pozostał wierny swoim przekonaniom i stylowi życia, który wiódł od najmłodszych lat. To historia mężczyzny, który z pełną świadomością swojego wyboru kontynuuje drogę wyznaczoną przez przodków i potrafi czerpać z niej szczęście, mimo tego, że nie zawsze jest kolorowo. Tym, co w niej urzeka najbardziej jest prawdziwość. Kiedy ją czytasz, nie ma wątpliwości, że to wszystko wydarzyło się, to wszystko DZIEJE SIĘ naprawdę.

Na dodatek mamy jeszcze całkiem przyjemne wiersze, które rozpoczynają kolejne części książki i zdjęcia owiec, które różnią się od tych, które widzimy w internecie.

Dlaczego warto przeczytać tę pozycję?

Choćby dlatego, żeby zobaczyć, jak bardzo inne mogłoby być Twoje życie, gdybyś urodził(a) się w Krainie Jezior. I dlatego, żeby podjąć refleksję o tym, czy tak naprawdę Twoje życie jest takie, jakie być powinno, a może gdzieś po drodze pojawił się jakiś błąd, który należałoby naprawić?

Premiera „Życia pasterza” 29 marca, a ja polecam już dzisiaj!

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu:

Może cię zainteresować

Błękitne koszmary? Katarzyna Michalak, „Błękitne sny”
Przeczytaj...
Rak, gejsze, Gra o tron i 101 procent normy, czyli podsumowanie grudnia
Przeczytaj...
PRZEDPREMIEROWO o łowcy przestępców, J. Douglas, M. Olshaker, „Mindhunter”
Przeczytaj...
Brak sumienia, socjopatia i głodny pies, czyli „Socjopaci są wśród nas” dr M. Stout
Przeczytaj...