Październik jest specyficznym miesiącem. Czasem uprzyjemnia nam życie pięknym słońcem i kaskadą kolorowych liści, które zdobią chodniki i parki (góry też, ale nie we Wrocławiu 🙁 ). Jednak zdecydowanie częściej dobija nas deszczem, zimnem i wszechobecną niemocą. W tym roku trochę było jednego i drugiego, z przewagą (niestety) deszczu, zdarzyło się też, że postraszyło śniegiem, ale tylko przez moment. Żeby nie było, że tylko narzekam, to powiem, że udało się też skorzystać z pięknej pogody i podziwiać kolorowe liście. Mam nadzieję, że listopad jeszcze uraczy mnie takimi chwilami.

A w kwestii książkowej, październik był obfity w utrudnienia. Zdarzyły się służbowe wyjazdy, w czasie których nie czytałam, bo zorganizowano nam inne zajęcia. Dodatkowo w pracy całkiem sporo rzeczy do zrobienia i tak dalej, i tak dalej.

Na blogu pojawiło się podsumowanie września i trzy recenzje, więc mogę śmiało powiedzieć, że trzymam się wyznaczonego kursu 😉 Ale, ale, do rzeczy!

Ile w miesiącu?

Aż dziw bierze, ale szesnaście. Nie wiem, jakim cudem mi się to udało, ale kiedy zabrałam się za pisanie tego podsumowania, przeliczyłam wszystko na goodreads, to właśnie taka ilość się zebrała. Oby tak dalej! <3

A co przeczytałam?

Remigiusz Mróz, „Czarna Madonna”. Uwielbiam filmy o katastrofach samolotów i atakach terrorystycznych na te latające maszyny (nie ma powtórzenia! 😀 ). Interesuję się demonami, trochę kręci mnie motyw egzorcyzmów. Z religią bywa różnie, ale to nie przeszkodziło mi w sięgnięciu po tę pozycję. Książka, którą zachwyciłam się od pierwszego rozdziału. Dlaczego? Otóż było to coś innego, niż to, z czym do tej pory się stykałam. Świetna historia, która jednak pozostawia pewien niedosyt, bo początek był absolutnie GENIALNY, a reszta utrzymywała poziom, ale już bez początkowych zachwytów. Niemniej, polecam!

Emily Robbins, „Język miłości”. Po zachwytach przyszedł czas na rozczarowanie. Do tego tytułu przyciągnęła mnie okładka, która była całkiem przyjemna dla oka. Niestety, treść już niezbyt. Nudna, takim słowem bym ją określiła.

Gillian Flynn, „Ostre przedmioty”. Po tym jak przeczytałam „Zaginioną dziewczynę” (recenzja) i „Mroczny zakątek” (wspominałam o nim tutaj), powzięłam mocne postanowienie, że przeczytam pozostałe książki tej autorki. „Ostre przedmioty” nie powalają na kolana, czyta się je trochę topornie, ale sam pomysł na historię trzeba docenić, bo przyznam, że zakończenie odjęło mi mowę. Mamy tutaj zamordowane dziewczynki. Media się tym nie interesują, bo zbrodnie wydają się nie być powiązane. Redaktor naczelny wysyła swoją dziennikarkę do pewnej małej miejscowości, żeby przeprowadziła śledztwo na ten temat. Bohaterka pochodzi z tej miejscowości, więc wydaje się być idealną kandydatką. Zagadka zostanie rozwiązana, ale to, kto zabił spowoduje, że nigdy nie spojrzysz na ludzi tak samo.

John E. Douglas, „Mindhunter”. Pozycja, którą recenzowałam (tutaj), dlatego zwyczajowo nie będę się rozpisywać. Powiem tylko, że z niecierpliwością czekam aż będę mogła obejrzeć serial Netflixa na podstawie tej książki!

Jojo Moyes, „We wspólnym rytmie”. Siłą rozpędu sięgam po kolejne tytuły tej autorki. Poza „Dziewczyną, którą kochałeś” żadna mnie nie zachwyciła, ale wszystkie mają w sobie coś, co sprawia, że chce się je czytać. Ta jednak sprawiła, że trochę się znudziłam. Od początku wiedziałam, jak potoczą się losy głównej bohaterki. Nie było tutaj zwrotów akcji ani wielkich zaskoczeń, a szkoda. W sam raz dla starszych pań?

Kinga Rusin, „Jak zdrowo i pięknie żyć, czyli ekoporadnik”. Przyznam szczerze, że sama NIGDY W ŻYCIU nie sięgnęłabym po tę książkę. Nie przepadam za Kingą Rusin. Ale pani w jednej z bibliotek, które odwiedzam za każdym razem podsuwa mi jakąś pozycję, sugerując się tym, co danego dnia oddaję. „Księga soków” natchnęła ją do polecenia mi tejże książki. Przeczytałam i w sumie nie wiem, co myśleć. Bo właściwie jest to zbiór haseł z pozycji o zdrowym odżywianiu, sowicie okraszony cytatami z wypowiedzi autorki i dosłownie zalany jej zdjęciami. Niefajnie.

Becca Fitzpatrick, „Niebezpieczne kłamstwa”. Cykl „Szeptem” swego czasu połknęłam w bardzo krótkim czasie, dlatego też postanowiłam zapoznać się z książką tej pisarki, która (dla odmiany) nie opowiada o upadłych aniołach. Mamy dziewczynę, której matka jest narkomanką, ona zeznaje jako świadek przeciwko pewnemu dilerowi, zostaje jej przyznany status świadka koronnego, dlatego też wyjeżdża do innego miasta, zmienia imię, trafia pod opiekę pewnej emerytowanej policjantki i zaczyna nowe życie. Można przeczytać, ale bez szału. Dla młodzieży w sam raz 🙂

Raphael Montes, „Sekretna kolacja”. Mięso mewy. Brzmi niewinnie, ot, ptak kojarzony z terenami nadmorskimi, na którego zawsze spoglądałam z pewnym niepokojem, obawiając się tego, że narobi mi na głowę albo (o zgrozo!) na książkę. Okazuje się jednak, że nie jest to jednak mięso tegoż ptaka, a chodzi o mięso ludzkie. Grupa przyjaciół wpada w kłopoty finansowe. Nie są w stanie szybko wymyślić, jak szybko i legalnie wyjść z tarapatów. W internecie popularne są tzw. sekretne kolacje – na stronie zamieszcza się menu i koszt uczestnictwa w wydarzeniu, chętni przelewają pieniądze, a potem otrzymują informacje na temat miejsca spotkania. Jeden z przyjaciół wpada na pomysł, żeby za 3 tysiące dolarów zaserwować kolację, na której podane zostanie właśnie „mięso mewy”. Jakby tego było mało, chętnych nie brakuje i jednorazowa kolacja przeradza się w całkiem dochodowy biznes. Co z tego wyniknie? Polecam przeczytać!

Sally Andrew, „Przepisy na miłość i zbrodnię”. Idąc za ciosem, sięgnęłam po kolejną książkę związaną z jedzeniem 😀 Tym razem bohaterką jest kobieta w kwiecie wieku, której mąż nie żyje, ale ona sama specjalnie nad tym nie ubolewa, ponieważ niemiłosiernie ją tłukł. Trudni się za to gotowaniem, pisuje do gazety – oczywiście o gotowaniu, ale do czasu. Do czasu, kiedy w redakcji słychać o cięciach w budżecie i zamiast publikować przepisy, nasza bohaterka ma zająć się kącikiem porad. I zajmuje się, poleca potrawy, które mają rozwiązać problemy. Wszystko się zmienia, kiedy trafia do niej list od kobiety, która jest bita przez męża. Potencjał jest, ale wyszło średnio. Szkoda!

Pani Bukowa, „Wielki Ogarniacz Życia, czyli jak być szczęśliwym nie robiąc niczego”. Znów, tytuł, który na blogu się pojawił (tutaj), więc nie będę się powtarzać. Ale warto, bo pośmiać się można i pomyśleć można.

Katarzyna Puzyńska, „Czarne narcyzy”. Uwielbiam cykl o Lipowie. A to jest ósma część tegoż. Podgórski dalej pije i nie ma odznaki. Weronika i Emilia nadal go kochają, a w okolicach dalej mordowani są ludzie. Ktoś wychodzi z więzienia, ktoś ukrywa zwłoki niemowląt, a jeszcze inni sprzedają (cnotę?) za 1500 złotych. Jest intrygująco, zabawnie, swojsko. Jak zawsze!

Connie Willis, „Pojedynek na słowa”. Co powiesz na to, żeby słyszeć myśli swojej drugiej połówki? Żeby porozumiewać się bez słów? Jak Edward w „Zmierzchu”, tylko w obie strony? W tej książce jest to możliwe. Główna bohaterka wraz ze swoim chłopakiem chcą poddać się zabiegowi o wdzięcznej nazwie EED. Wszyscy jej to odradzają, jednak ona decyzję już podjęła i robi to w tajemnicy przed najbliższymi. Tuż po zabiegu pojawia się problem: okazuje się, że słyszy myśli innego mężczyzny, a ukochanego nie. Postanawia zachować sprawę w tajemnicy i czekać na to aż połączy się z właściwą osobą. Po drodze ma całe mnóstwo przygód. Pomysł na historię fajny, ale z wykonaniem gorzej. Trochę się nudziłam jak czytałam.

Cynthia D’Aprix Sweeney, „Gniazdo”. Książka ta swego czasu przewijała się dosyć często przez moją tablicę na facebooku. Potem wpadła mi w oko w bibliotece i tak postanowiłam ją przeczytać. Ale okazała się tak nudna, że chociaż minęły raptem dwa tygodnie (zaokrąglając!), to pamiętam z niej tylko tyle, że jakiś facet (bogaty) obiecał kelnerce, że załatwi jej kontrakt płytowy, a ona za to robiła mu dobrze w samochodzie, co prawdopodobnie skończyło się wypadkiem. Nie polecam. Ani wspomnianych czynności w zaciszu samochodu, ani książki.

Nina George, „Księga snów”. Mężczyzna, który śpieszy się na spotkanie z synem, dziecko, które się topi i kilkoro gapiów. Oczywiście tylko ten, który czasu ma najmniej, postanawia pomóc i skacze z mostu, żeby uratować dziecko. Kiedy wychodzi z wody, na moście zostaje potrącony przez samochód i zapada w śpiączkę. Codziennie odwiedza go syn oraz kobiety, które w jego życiu pełniły większą lub mniejszą rolę. A on śni. Można przeczytać.

Marta Szarejko, „Odwaga jest kobietą”. Zbiór krótkich opowiadań, które pokazują, jak wiele jest różnych przejawów odwagi w życiu codziennym. Łamią stereotyp tego, że odwaga to pokonywanie potworów i ratowanie z płonących budynków. Polecam.

Elizabeth Chadwick, „Serce królowej”. Jeżeli znamy się dłużej, to pewnie wiesz, że mam lekką słabość do historii. Chociaż nienawidzę się jej uczyć, to smaczki zawarte w filmach, serialach i OCZYWIŚCIE książkach są dla mnie czymś niezwykle fascynującym. Jakiś czas temu trafiłam na pierwszą część tej serii, tym razem przeczytałam drugą. Dalsze losy Eleonory Akwitańskiej, dalsze intrygi i przepychanki w walce o tron. Super!

Ile w 2017?

Doliczając szesnaście nazbieranych w październiku, 2017 rok przyniósł 136 przeczytanych pozycji. To (już) o 15 więcej, niż w 2016 roku, także idę jak burza! 🙂

Zaadoptowałam

W ramach współpracy z wydawnictwem Znak Literanova otrzymałam:

  • Pani Bukowa, „Wielki Ogarniacz Życia…”.

Przygarnęłam od wyjeżdżającej pani inżynier (;*):

  • Tanith Lee, „Piratika”,
  • Ian Rankin, „Czarna księga”,
  • Doris Lessing, „Dzieci przemocy”.

Plany na listopad

Listopad zaczęłam z pewnym gangsterem oraz gronem całkiem sympatycznych przyszłych rozwódek 🙂

Może cię zainteresować

Sułtan, Czarnoksiężnik, Komornik i zaginione dziecko. Podsumowanie czerwca
Przeczytaj...
Pizza, wino i święty spokój, czyli „Wielki Ogarniacz Życia…” Pani Bukowej
Przeczytaj...
Błękitne koszmary? Katarzyna Michalak, „Błękitne sny”
Przeczytaj...
O psycholu, piasku i rzece złodziei, czyli podsumowanie marca
Przeczytaj...
Cichy wielbiciel, zły sąsiad i morderczy władca, czyli podsumowanie lipca
Przeczytaj...