Dane osobowe to kwestia co najmniej drażliwa. Jedni bronią ich jak lwice swoich młodych, inni szastają nimi na prawo i lewo. Niewiele osób potrafi zachować ten, tak bardzo potrzebny, złoty środek. W Polsce obowiązuje ustawa o ochronie danych osobowych, która co rusz jest nowelizowana, ostatni raz chyba rok temu. (Boleśnie przekonałam się o tym, kiedy musiałam poświęcić swój cenny czas na szkolenie w tym zakresie :))

Informacji na nasz temat wymaga się niemal wszędzie. Kiedy robimy zakupy w internecie (i nie tylko, przecież często kasjerzy w Ikei klepią formułkę: czy mogę prosić o kod pocztowy?), kiedy rejestrujemy się na jakiejś stronie, zakładamy konto w banku, podpisujemy umowę na telefon czy internet. Podobnych sytuacji mogłabym wymienić jeszcze całe mnóstwo, ale w sumie po co? Wiadomo, do czego zmierzam.

Irytują Cię reklamy, które zapychają Twoją skrzynkę mailową czy smsową? Możemy sobie podać rękę – mnie też. Dostajesz białej gorączki, kiedy milionowy raz (albo wersja hard – raz a porządnie: o 7 rano w dzień wolny) dzwoni do Ciebie pani z Plusa / Playa* (*niepotrzebne skreślić), żeby zaproponować ofertę, bez której nie przeżyjesz ani minuty i nie będziesz mógł w nocy spać spokojnie? Fajnie, ja też dostaję i każdorazowo resztkami sił powstrzymuję się od puszczenia pokaźnej wiązki słów niecenzuralnych. Ale gdybyś nie zaznaczył, że wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych w celach marketingowych, to pewnie telefonów byłoby mniej. Widzisz, Twoja wina. Następnym razem nie zaznaczysz.

No nic, skoro już / jeszcze nie śpisz (bo nie chcesz albo Cię obudzili), to weź coś do picia i chodź – opowiem Ci o drugiej książce Marka Elsberga, czyli „Zero”.

Na samym wstępie autor informuje nas, że książka może wydawać się utopią, ale wszystkie technologie, które zostały w niej opisane, są już stosowane na mniejszą lub większą skalę.

Cynthia Bonsanth – dziennikarka, która trudni się pisaniem artykułów do gazet, która z ogromną ostrożnością podchodzi do nowinek technologicznych, dostaje do wypróbowania inteligentne okulary. Na czym polega ich niezwykłość? Otóż kiedy założymy je na nos, większość ludzi się przed nami nie ukryje. Automatycznie dowiadujemy się, jak ktoś ma na imię, na nazwisko, ile ma lat, czy jest poszukiwany przez policję i tak dalej, i tak dalej.

Kobieta na początku jest mocno zdezorientowana, żeby nie powiedzieć – przerażona, możliwościami, które okulary dają użytkownikom i tym, jak bardzo pozbawiają innych ich komfortowej anonimowości. Kiedy wraca do domu i opowiada swojej nastoletniej córce o tym, co będzie testować, dziewczyna jest zachwycona. Po krótkich namowach Cynthia decyduje się na udostępnienie gadżetu Vi (bo tak ma na imię wspomniana dziewczyna). Dziennikarka nie wie jednak, jak szybko przyjdzie jej żałować powziętej decyzji. Vi wraz z kolegami wychodzi z domu, żeby przetestować wynalazek. Kiedy jeden z chłopców „poznaje” ludzi za pomocą okularów, trafia na mężczyznę, który jest poszukiwany przez policję za różne (mniejsze i większe) przestępstwa. Niewiele myśląc, rusza za nim w pościg i chociaż jest ostrzegany, że powinien się zatrzymać, że policja już jedzie – tak bardzo chce zostać bohaterem, że kontynuuje pościg. Decyzja ta okazuje się być tragiczna w skutkach. Okazuje się, że wspomniany przestępca ma ze sobą broń palną i kiedy dociera do niego, że może zostać złapany przez nastolatka, bez wahania jej używa, a postrzelonemu chłopcu nie udaje się przeżyć.

Po jego śmierci ludzie zaczynają analizować zmianę zachowania, która zaszła u nastolatka w ciągu stosunkowo krótkiego czasu. Od nieśmiałego i zamkniętego w sobie, stał się duszą towarzystwa. Wcześniej wyśmiewany przez kobiety, później okazał się jednym z popularniejszych chłopców w szkole. A to wszystko za sprawą pewnej aplikacji. Jakiej? Freemee.

Kiedy użytkownik odpowie na całe mnóstwo różnych pytań, program zacznie generowanie porad, które mają za zadanie podniesienie jego wartości w społeczeństwie. I tak nagle dowiadujemy się, że lepiej wyglądamy w czerwonej sukience, a nie zielonej. Że nie powinniśmy jeść tyle słodyczy, bo grubi ludzie nie są lubiani; że powinniśmy pójść spać o 22, a nie o 1 w nocy, bo nasza produktywność następnego dnia będzie znacznie bardziej osłabiona; że żeby zaliczyć sprawdzian z matematyki, powinniśmy już teraz wziąć się za naukę, a nie dopiero za pół godziny. Aplikacja jest również w stanie przewidzieć, jakie szanse mamy u osoby płci przeciwnej. Brzmi nieźle? Chyba tak, ale czy na pewno?

Jeżeli zastanowimy się głębiej, to jasne – świetnie, że jest program, który pomaga nam w rozwoju osobistym, bo dzięki niemu będziemy o krok bliżej do bycia szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Ale jeżeli podejdziemy do tego w pełni świadomie, to przecież okaże się, że udostępniając swoje dane osobowe, niejako sami prosimy się o to, żeby nas wykorzystać i nami manipulować. I teraz trzeba postawić sobie pytanie: czy warto? Takim sceptycznym podejściem charakteryzuje się ugrupowanie o tajemniczej nazwie „Zero”. Czym konkretniej się zajmują? Sam sprawdź!

„Zero” to książka, która znacząco różni się od „Blackoutu”. Na pewno jest bardziej przystępnie napisana (mniej opisów technicznych i różnych specyfikacji, więcej fabuły), z drugiej strony mamy wspólne cechy (choćby podział na dni, nie rozdziały), a z trzeciej druga książka Elsberga pozostawia pewien niedosyt. Brak prądu i konsekwencje, które z tego faktu wynikają sprawiają, że dużo łatwiej jest nam wczuć się w emocje bohaterów. Manipulacja za pomocą naszych danych osobowych wydaje się być nieodłącznym elementem współczesnego świata. Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego problemu, bo i nie każdy chce być tego świadomy. Przyzwyczailiśmy się do pewnej życiowej beztroski. Nauczyliśmy się wypierać to, co nam zagraża. Nie potrafimy stawić temu czoła. Bo przecież większość z nas korzysta z endomondo, instagrama, snapchata i całej reszty.

A teraz zastanów się: czy robisz to świadomie?

Myślę, że „Zero” to obowiązkowa pozycja na półce każdego człowieka, niezależnie od stopnia zaawansowania w dziedzinie nowinek technologicznych. Może nie jest to książka wybitna, ale na pewno taka, która daje do myślenia, która pobudza do dyskusji, stymuluje szare komórki, a o to przecież w tym wszystkim chodzi. Nie jest sztuką czytać, a uczynić z tego, co przeczytałeś punkt wyjścia do dalszych rozważań, do dzielenia się z innymi swoimi opiniami i przemyśleniami.

Z tym Cię zostawiam, podejmiesz wyzwanie? Przeczytasz?

Może cię zainteresować

J. K. Rowling, J. Thorne, J. Tiffany – Harry Potter i przeklęte dziecko
Przeczytaj...
O tym jak ojciec podpalił córkę, „Najlepszy powód, by żyć” Augusta Docher
Przeczytaj...
Pizza, wino i święty spokój, czyli „Wielki Ogarniacz Życia…” Pani Bukowej
Przeczytaj...
Nadrabianie kryminalnych zaległości, czyli podsumowanie maja
Przeczytaj...
Siedem minut po północy i siedemnaście w miesiącu, podsumowanie listopada
Przeczytaj...