Kiedy byłam małą dziewczynką, siadałam na dywanie, mama wysypywała mi na podłogę kartonowe książeczki i dzięki temu miała spokój na dłuższy czas. Do momentu aż zrobiłam się głodna, zachciało mi się pić albo pójść do toalety. Żeby nie było, nie pamiętam tego ani trochę, ale co jakiś czas ktoś mi o tym przypomina: albo rodzice, albo dziadkowie.

Do moich ulubionych bajeczek należały: „O rybaku i złotej rybce” (klepałam z pamięci) i „Jaś i Małgosia”.

Kiedy poszłam do szkoły i zaczęłam rozumieć trochę więcej, zaczytywałam się w „Plastusiowym pamiętniku”, „O psie, który jeździł koleją” i „Dzieciach z Bullerbyn”.

Mój pierwszy, w pełni świadomy wybór czytelniczy to był Harry Potter, ale wspominałam o tym już jakieś milion razy, więc pozwól, że nie będę do tego wracać po raz kolejny 😉

W każdym razie, po zapoznaniu się z całą serią przygód młodego czarodzieja, czułam spory niedosyt związany z magią czy fantastyką w ogóle, więc czytałam pokrewne tytuły: przebrnęłam przez serię Lewisa „Opowieści z Narni”, wciągnęłam się w „Serię niefortunnych zdarzeń”, ale to wszystko było na chwilę.

W gimnazjum zwróciłam uwagę na literaturę wojenną, a to wszystko za sprawą „Kamieni na szaniec”. Niestety, w bibliotece nie potrafili mi polecić niczego innego w tym klimacie (co byłoby odpowiednie dla osób w moim wieku), więc szybko przerzuciłam się na kryminały i horrory: zapoznałam się z Koontzem i innymi, trochę mniej znanymi, autorami. Kiedy u mnie w domu na stałe zagościł internet, od czasu do czasu czytałam opowiadania, które pisali fani różnych zespołów muzycznych. (Nie powiem, jakich, bo wstyd!)

W liceum początkowo pochłonęły mnie lektury, ale po pamiętnej zabawie halloweenowej zainteresowałam się motywem wampira w literaturze. I poszło taśmowo: przez „Draculę”, „Wywiad z wampirem”, „Carmillę” i inne klasyki, po „Zmierzch”, który wtedy bił rekordy popularności. Kiedy przyszedł moment wyboru tematu prezentacji na maturę ustną, nie miałam złudzeń, że będą to wampiry. I były.

Kiedy zaczęłam studiować, pojęcie brak czasu na czytanie (dla przyjemności) towarzyszyło mi niemal przez całe 3 lata licencjatu. Czterdzieści, czasem więcej, pozycji do przeczytania w ciągu semestru, spędzało mi sen z powiek. W wakacje nadrabiałam zaległości i tak zabrałam się za Olgę Rudnicką i Emily Giffin, które uwielbiam do dzisiaj. Wampiry nadal były. Zwłaszcza na magisterce.

Dziś, kiedy już pracuję i, paradoksalnie, mam całkiem sporo czasu na czytanie, najczęściej sięgam po kryminały. Lubię ten dreszczyk emocji, który towarzyszy tropieniu mordercy, ten ścisk żołądka, kiedy śledzę opis zbrodni i to uczucie satysfakcji, kiedy uda mi się wytypować „kto zabił”.

Interesujące jest to, jak z wiekiem zmieniają się nasze predyspozycje czytelnicze i jak bardzo nasze wybory mogą się od siebie różnić, chociaż czasu upłynęło stosunkowo niewiele…

No dobrze, ale czemu właściwie ma służyć ten przydługi wstęp?

Otóż niedawno dotarło do mnie, że tak naprawdę, jeżeli nie liczyć wspomnianych opowiadań, to nigdy nie czytałam tak zwanej literatury młodzieżowej. Nie interesował mnie tak rozchwytywany „Buszujący w zbożu”, nie czytałam (do dzisiaj) „Pamiętnika narkomanki”, nie sięgałam po powieści, które poruszały problemy nastolatków. Dlaczego? W sumie to nie wiem, tak wyszło.

Dziś, jako osoba już całkiem dorosła, która pracuje z młodzieżą, od czasu do czasu sięgam po jakiś tytuł, który można zaliczyć do tego nurtu. Przyznam, że do tej pory żaden mnie nie zachwycił, zazwyczaj są po prostu przeciętne, ale zdarzają się takie, które wywołują u mnie grymas i chęć zrobienia popularnego „facepalma” (na przykład „Trzy metry nad niebem”). Ostatnio znów zmierzyłam się z książką, która zalicza się do nurtu literatury młodzieżowej. Jaką?

„Nie zapomnij mnie” Anny Bellon

Jest to kontynuacja „Uratuj mnie”, obie części reklamowane są jako:

Polska sensacja Wattpada.

Dwoje zakochanych w sobie nastolatków, którzy niosą spory bagaż nieprzyjemnych życiowych doświadczeń. Wydaje im się, że skoro mają siebie, to teraz już wszystko będzie dobrze. I było. Do czasu, kiedy Nina (bo tak ma na imię główna bohaterka) bez słowa wyjeżdża i opuszcza Olivera.

Druga część opisuje wydarzenia, które mają miejsce pięć lat później. Oliver gra w zespole The Last Regret, który znajduje się na samym szczycie: wygrywają nagrody, jeżdżą w trasy koncertowe, nagrywają kolejne hity i cieszą się ze swojej sławy. Główny bohater nie może jednak ułożyć sobie życia. Chociaż spotyka się od dłuższego czasu z inną kobietą, to jego serce wciąż należy do Niny.

Kiedy pewnego razu wraz ze znajomymi udaje się do pubu, żeby trochę się rozluźnić, nie spodziewa się, że ten wieczór odmieni jego życie. Przy barze spotyka Ninę. Wymieniają ze sobą kilka zdań i umawiają się na śniadanie następnego dnia.

Oboje czują się skrępowani swoim towarzystwem, chociaż kiedyś byli tak blisko. Pięć lat rozłąki i niedopowiedzenia robią swoje. Zaczynają spędzać ze sobą coraz więcej czasu, przypominają sobie, jak bardzo się kochają i wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze do tego, żeby znowu byli szczęśliwi. Razem. Dziewczyna jednak skrywa pewien sekret, który okaże się sporą plamą na tym idealnym obrazku. Co to za sekret? Tego już Ci nie powiem, ale możesz sprawdzić.

„Nie zapomnij mnie” to książka, która odzwierciedla dwa największe marzenia nastolatków. Każdy w wieku szesnastu lat marzy o tym, żeby zdobyć sławę i wielką miłość. Dla większości ważna jest muzyka, która chociaż trochę pomaga okiełznać tę burzę, która hula w głowie i sercu, a także przejść przez kryzys tożsamości, z którym się młodzi borykają. Znam to, bo sama przez to przeszłam. Ciąg dalszy bywa różny: dla jednych muzyka pozostaje ważnym elementem życia, u innych schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca innym doznaniom.

Główny bohater najpierw ma wielką miłość, później traci miłość, a zyskuje ogromną popularność, na koniec ma szansę na spełnienie obu tych marzeń. Jednak nie jest już nastolatkiem. Ma 21 lat i zaczyna traktować życie poważniej.

Nie mogę powiedzieć, żeby ta książka mnie zachwyciła. Momentami wzdychałam pobłażliwie, kiedy widziałam, jak bardzo naiwne są pewne elementy i jak bardzo autorka chciała uderzyć w utarte i sprawdzone schematy. Nudziły mnie przewidywalne dialogi oraz historia, która nawiązuje do argentyńskich telenoweli. Z drugiej strony jednak, patrząc na doświadczenie z młodzieżą, muszę stwierdzić, że oni faktycznie tak ze sobą rozmawiają. I może faktycznie takich historii oczekują. Może to właśnie do nich trafia i może tego potrzebują w walce z kryzysem tożsamości, dojrzewaniem i burzą hormonów.

A jeżeli nawet nie, to jest to trochę bajkowa historia, którą można przeczytać do poduszki. Może nie wniesie wiele do Twojego życia, ale i niczym Cię nie zgorszy.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu:

Może cię zainteresować

Wino, skrzypce i rodzinna tajemnica… „Melodia zapomnianych miłości” D. Gąsiorowska
Przeczytaj...
Wampiry, sado-maso i piromania, czyli współczesne postrzeganie miłości
Przeczytaj...
Cichy wielbiciel, zły sąsiad i morderczy władca, czyli podsumowanie lipca
Przeczytaj...
Zamień cukier na tłuszcz i chudnij, „Wiecznie głodny?” Davida Ludwiga
Przeczytaj...
Przekręt stulecia, czyli „Jak zrujnować królową…” Jonathana Beckmana
Przeczytaj...