Maj był dla mnie złym miesiącem. W życiu osobistym miało miejsce wiele zawirowań, które jeszcze nie zdążyły się unormować i pewnie minie trochę czasu, zanim do tego dojdzie. Co za tym idzie, mój czas i zdolność do przetwarzania informacji jest nieco ograniczony, za to przepraszam i obiecuję, że jak tylko będzie lepiej, to będę tutaj zaglądała z dotychczasową regularnością. Na razie jednak musisz mi wybaczyć i będzie mi miło, jeżeli potrzymasz kciuki – to zawsze się przyda.

Pomijając wspomniane kwestie, piąty miesiąc roku obfitował w matury ustne, o których trochę wspominałam Ci w poprzednim tekście (tutaj), sporo też jeździłam tramwajem, więc kilka ( 😉 ) książek przeczytałam, ale żadna nie porwała ani nie odrzuciła mnie na tyle, żebym postanowiła ją zrecenzować. Może czerwiec pod tym względem będzie ciekawszy.

Ale do rzeczy.

Ile w miesiącu?

Trzynaście. To o jedną mniej, niż w kwietniu, ale tytuły, na które zdecydowałam się tym razem, liczą sobie więcej stron, niż te z zeszłego miesiąca 🙂 A co dokładnie wybrałam?

Katarzyna Berenika Miszczuk, Kwiat Paproci. Jest to druga część kultowej już „Szeptuchy”, jednak przyznam szczerze, że trochę od niej gorsza. Nie tak wciągająca, ale wciąż ciekawa. Być może dlatego, że na rynku wydawniczym wciąż jest zbyt mało pozycji, które odwołują się do mitologii słowiańskiej. A szkoda.

Katarzyna Bonda, Sprawa Niny Frank. Pierwsza część cyklu, który dostałam w prezencie z okazji dnia kobiet. Przyznam, że dosyć długo zabierałam się za czytanie, ale powszechnie wiadomo, że pierwszeństwo mają książki wypożyczone z biblioteki, a te, które ma się na własność, mogą leżeć i leżeć, bo przecież nigdzie się bez naszej wiedzy nie ruszą. A przynajmniej nie powinny. W każdym razie, było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Bondy. Zaintrygowało mnie wprowadzenie psychologa śledczego jako bohatera literackiego, sama fabuła pierwszej części też była interesująca. Przeczytałam i z chęcią sięgnęłam po drugą część, od razu…

Katarzyna Bonda, Tylko martwi nie kłamią. No i właśnie. Znów, druga część i lekki spadek poziomu. Niby wciąż ciekawa historia, ale jednak nie tak bardzo jak poprzednia. Przeczytałam, owszem, ale ekscytacji nie było. Została ostatnia.

Katarzyna Bonda, Florystka. Trzecia jest chyba moją ulubioną częścią. Mamy tutaj wątek mistyczno – psychologiczny, który determinuje zachowanie jednej z głównych bohaterek i wprowadza nieco zamieszania do treści. Do tego dochodzą problemy osobiste naszego profilera, co daje całkiem przyzwoitą powieść, ale znów – bez zachwytów.

Remigiusz Mróz, Ekspozycja. Autor – legenda. Na każdym blogu, w biblioteczce każdego (niemal) mola książkowego znajduje się przynajmniej jedna pozycja tegoż autora. A ja – po raz kolejny – podchodziłam do tak rozreklamowanej twórczości z dystansem. Dopiero kiedy byłam na otwarciu nowej biblioteki we Wrocławiu i zobaczyłam tę książkę na półce, sprawdziłam, że jest to pierwsza część cyklu, to postanowiłam dać szansę. I w sumie nie mogę powiedzieć, że żałuję. Historia przeciętna, ale główny bohater tak wyrazisty, że chcę jeszcze! 😉

Leonie Swann, Sprawiedliwość owiec. Któregoś razu na jakiejś promocji kupiłam drugą część tej powieści i obiecałam sobie, że pewnego dnia sięgnę po pierwszą. Od tej pory minął rok albo i więcej, a okazja się nie pojawiła. Do czasu wspomnianego otwarcia biblioteki, wtedy też wepchnięto mi ją jako pozycję obowiązkową i przeczytałam. A po fakcie nie mogę powiedzieć, żeby owce były moimi ulubionymi bohaterami literackimi.

Robert Galbraith, Jedwabnik. Druga część cyklu o Cormoranie Strike’u autorstwa J. K. Rowling, która ukrywa się pod pseudonimem. „Wołanie kukułki” czytałam niespełna dwa lata temu i mnie nie porwało, ale też nie odrzuciło, a że twórczość tej autorki sobie cenię, postanowiłam kontynuować czytanie i nie żałuję. Całkiem przyzwoity kryminał, moim zdaniem warto.

Remigiusz Mróz, Turkusowe szale. Jak nie czytam, to nie czytam, a jak zacznę, to idzie taśmowo. Tę książkę wypożyczyłam z myślą o moim chłopaku, który interesuje się wojną i polskim lotnictwem z tamtego okresu. Samej też zdarza mi się zagłębić w pokrewne tematy, więc postanowiłam przeczytać. I nie dałam rady. Koszmarne, nijakie, słabe. Nie potrafię docenić.

Marek Krajewski, Mock. Moja gafa. Obiecuję sobie od lat, że przeczytam w końcu książki Krajewskiego. I znów, zobaczyłam tę, skojarzyłam okładkę jako nowość, przeczytałam, całkiem mi się spodobała – akcja dzieje się we Wrocławiu, z pewną przyjemnością lokalizowałam opisywane miejsca i wyobrażałam sobie zdarzenia, które zostały wykreowane. A kiedy przyszło do oceny na lubimy czytać, okazało się, że jest to 7 czy tam nawet 8 tom w serii.

Robert Galbraith, Żniwa zła. Trzecia (i najlepsza!) część cyklu o Cormoranie Strike’u. Rozbudowany wątek dotyczący przeszłości głównego bohatera i jego asystentki, brutalne zbrodnie, które wymykają się policji, zagadka, którą trzeba błyskawicznie rozwiązać, a w której podpowiedzi stanowią przysyłane do biura detektywistycznego… części ciała. Brzmi ciekawie? Dla mnie tak!

Tess Gerritsen, Żniwo. Autorka, którą polecało mi sporo osób, a której w bibliotece szukać próżno – wszystko wypożyczone. Na ratunek przyszedł ebook. Powieść rewelacyjna – klimaty medyczne, rzecz krąży wokół przeszczepów i prób omijania kolejek w oczekiwaniu na nowe serce. Bohaterką jest młoda lekarka, która chciałaby wierzyć w ludzką uczciwość, ale coś jej nie pasuje. Czy słusznie? Podobało mi się, polecam!

Mary Shelley, Frankenstein. Historia kultowa, do której lubię wracać od czasu do czasu, zwłaszcza w tak ciekawym wydaniu jak to od Vesper. Nic dodać, nic ująć.

Marc Elsberg, Helisa. Uwielbiam tego autora. Zachwycałam się już jego poprzednimi powieściami: Black out (tutaj) i ZERO (tutaj), więc kiedy tylko dowiedziałam się, że na rynku jest już kolejna książka, musiałam ją przeczytać. Tym razem Elsberg snuje wyobrażenie o tym, co by się stało, gdyby człowiek zaczął eksperymentować z kodem genetycznym i gdybyśmy mogli, w ramach zapłodnienia in vitro, zaprogramować sobie dziecko, które nam się urodzi. Zdecydować o tym, jakie będzie miało zdolności, jak będzie wyglądało i tak dalej, i tak dalej. Przyznam, że (jeżeli wierzyć autorowi) skutki takich praktyk mogłyby być opłakane.

Ile w 2017?

Jeżeli do puli książek, które przeczytałam do kwietnia, doliczyć mój majowy wynik, wyjdzie 61, czyli jestem daleko za połową, jeżeli wziąć pod uwagę moje postanowienie na 2017 rok. Zapowiada się mały rekord! 🙂

Zaadoptowałam

W maju na mojej półce nie pojawiło się zbyt wiele nowości, ponieważ czas ograniczał moje wizyty w sklepach i księgarniach. Na szczęście jednak coś tam się pojawiło 😉

John Freely, Prywatne życie sułtanów – tę książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak Literanova, więc już niebawem możesz spodziewać się nowej recenzji.

Na początku maja w Biedronce znów odbył się festiwal książek, większość tytułów można było nabyć za 9,99, ja skusiłam się na:

  1. Jonas Jonasson, Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął.
  2. Jakub Żulczyk, Ślepnąc od świateł.
  3. Alexandra Burt, Gdzie jest Mia?
  4. Alice Munro, Coś, o czym chciałam Ci powiedzieć.

Kai Meyer, Przebudzenie Arkadii – tę książkę kupiłam na kolejnej biedronkowej promocji za całe 4,99 🙂 Chciałam wybrać jeszcze jakieś tytuły, ale niestety, książki były wrzucone do kosza i w większości zniszczone, więc sobie odpuściłam. Szkoda.

Plany na czerwiec

Kolejny miesiąc zaczęłam od lektury wspomnianego egzemplarza recenzenckiego, potem pojawiło się coś o języku i dobieraniu odpowiednich słów, a w kolejce czeka już kryminał i coś Gołkowskiego. Będzie ciekawie!

Może cię zainteresować

Książki w wersji hard, czyli co czytać w wakacje?
Przeczytaj...
Harem, Klatka i osiem żon, czyli „Prywatne życie sułtanów” J. Freely’ego
Przeczytaj...
Rak, gejsze, Gra o tron i 101 procent normy, czyli podsumowanie grudnia
Przeczytaj...
Top 5 lektur, które przydadzą się na maturze ustnej z polskiego
Przeczytaj...