Kiedy byłam młodsza i na dworze padał deszcz, to z moich ust bardzo często można było usłyszeć narzekanie: „nudzi mi się!”. Ciągnęło mnie do koleżanek i kolegów, chciałam spędzać czas na świeżym powietrzu i wracać do domu umorusana błotem. Na drzewa raczej się nie wspinałam, bo do dziś jestem trochę „nieporadna” w takich kwestiach, ale zawsze znalazło się coś innego do roboty. Kiedy pogody nie było, to jakoś nie potrafiłam znaleźć sobie zajęcia. Jasne, już wtedy lubiłam czytać książki, ale nie było to coś, co chciałam robić cały dzień, z przerwą na posiłek czy toaletę (albo i nie).

Jako nastolatka mogłam godzinami siedzieć zamknięta w pokoju, czytać książki, słuchać muzyki, pisać coś albo oglądać telewizję. Czas się trochę ciągnął, ale generalnie byłam zadowolona z tego, zdawało się, nadmiaru wolnego czasu.

Dziś jestem dorosła, pracuję, wyprowadziłam się od mamy, więc wszystko muszę zrobić sama, począwszy od zakupów, przez ugotowanie sobie obiadu, po pozmywanie po tym obiedzie czy jakimkolwiek innym posiłku. Dodatkowo muszę zrobić pranie, bo przecież nie będę chodzić brudna, posprzątać w mieszkaniu, bo denerwuje mnie, jeżeli coś nie leży na swoim miejscu, a w tym wszystkim wypadałoby znaleźć czas na życie osobiste, no i ewentualne małe (duże też) przyjemności.

Przyznam szczerze, że jest trudno, bo doba ma tylko 24 godziny, z czego jedną trzecią (minimum) przesypiam, a drugie tyle spędzam w pracy albo robiąc coś do pracy. Nie chcę sobie wyobrażać, jak moje życie będzie wyglądało, kiedy założę rodzinę, wtedy chyba nie będę spała, żeby to wszystko ogarnąć.

Jestem osobą dosyć dobrze zorganizowaną. Lubię planować różne rzeczy i zazwyczaj całkiem sprawnie mi to wychodzi. Często narzekam, że coś zajmie mi dużo czasu, a kiedy już się za to wezmę, okazuje się, że uwinęłam się w mgnieniu oka. Do niedawna sądziłam, że moje życie nie może być jeszcze bardziej poukładane, a jednak tak się stało. Wszystko za sprawą książki „Potęga KIEDY. Żyj w zgodzie ze swoim naturalnym rytmem” autorstwa Michaela Breusa.

Szczerze mówiąc, za każdym razem jak miałam okazję czytać artykuły o tym, jak usprawnić swoje życie i „co zrobić, żeby się ze wszystkim wyrobić?”, to odnosiłam wrażenie, że są to bujdy na resorach. Tym razem też popukałam się w czoło i podeszłam do tej pozycji ze sporym dystansem, ale w końcu się przekonałam. Dlaczego?

Autor jest psychologiem i w swojej pracy zajmuje się pojęciem czasu. Już we wstępie do „Potęgi KIEDY…” zanegował dotychczasowy podział na skowronki (ranne ptaszki) i sowy (nocne marki). Zaproponował za to inny podział. Jaki? Na delfiny, lwy, niedźwiedzie i wilki. Brzmi interesująco, to musisz przyznać.

Książka jest podzielona na trzy części:

  1. Chronotypy.
  2. Najlepsza pora na…
  3. Potęga „kiedy” w życiu.

W pierwszej części Breus proponuje czytelnikom dosyć wnikliwy psychotest, po rozwiązaniu którego powinno się rozpoznać swój chronotyp. Pytania są stosunkowo proste, ale jest ich sporo, a sam test składa się z dwóch etapów, więc można to zrobić dosyć sprawnie. Jeżeli po tym nadal nie jest się pewnym co do tego, którym „zwierzakiem” się jest, to jest jeszcze szybkie zadanie uzupełniające, które powinno rozwiać wszelkie wątpliwości.

Kiedy już czytelnik został zdiagnozowany, może przejść dalej – do przeczytania dosyć klarownej, wnikliwej, ale przystępnie napisanej charakterystyki swojego chronotypu i opisu swojego modelowego dnia.

Ja jestem niedźwiedziem, ten podobno jest najpopularniejszy. Co to oznacza? Że mogłabym spać całymi dniami, a i tak obudzę się zmęczona i będę chciała jeszcze. Że najbardziej efektywna jestem godzinę – dwie po przebudzeniu i po ewentualnej drzemce (gdybym drzemała – nie robię tego, nigdy). Mam tendencję do nadwagi, więc posiłkiem, który powinien być najbardziej kalorycznym w mojej diecie jest śniadanie. Molestuję guzik drzemki w telefonie. Nie potrafię siedzieć do rana na imprezach, a jak jestem niewyspana, to bywam rozdrażniona, bardzo. Jak ten niedźwiedź, tylko wściekły.

W drugiej części autor wyodrębnia grupy tematyczne:

  • Związki.
  • Aktywność fizyczna.
  • Zdrowie.
  • Sen.
  • Jedzenie i picie.
  • Praca.
  • Kreatywność.
  • Pieniądze.
  • Zabawa.

W każdej z tych grup wyszczególnia zagadnienia, które są obecne w życiu każdego z nas i próbuje odpowiedzieć na pytania, kiedy zrobić „coś”, żeby odniosło skutek, który chcielibyśmy osiągnąć.

I tak na przykład podaje nam wskazówki na temat tego: Kiedy się zakochać (w odpowiedniej osobie)? Kiedy uprawiać seks, a kiedy kłamać ( 😉 ), że boli głowa? Kiedy rozmawiać z dziećmi tak, żeby dotarło to, co do nich mówimy, a nie, że z jakiegoś powodu kłapiemy paszczą? Kiedy biegać, a kiedy lepiej iść na siłownię? O której kłaść się spać, żeby się wyspać? Kiedy najlepiej zjeść śniadanie, obiad, kolację? Kiedy wypić drinka? Kiedy prosić o podwyżkę? Kiedy robić zakupy? Kiedy podróżować? I tak dalej, i tak dalej.

Powiesz, że bujda, że przecież dla każdego to jest inaczej, że nie ma reguły i w ogóle. Też tak myślałam, dopóki nie przeczytałam. Breus rozpatruje te zagadnienia w dosyć szeroki sposób. Bierze pod uwagę konteksty kulturowe, dobre wychowanie, pory roku, pogodę i inne kwestie. Nie podaje Ci dokładnej recepty, nie twierdzi, że: jak pójdziesz do szefa w poniedziałek o 15.17, to na pewno dostaniesz podwyżkę. A co twierdzi? Że według badań, które zostały przeprowadzone ludzie są bardziej chętni na ustępstwa w piątki – rozpościera się przed nimi wizja wolnego weekendu i nie chcą psuć humoru sobie i innym ewentualnymi odmowami.

Breus określa także godziny, kiedy nasze pytanie może odnieść zamierzony sukces, opiera to na obserwacjach i wyliczeniach poziomu zmęczenia u określonych chronotypów. Podpowiada także, w jakich godzinach nasze pytanie może tylko zirytować przełożonego. Jego argumentacja jest spójna, klarowna i wydaje się, że ma sens.

Rozdziałem, który zrobił na mnie największe wrażenie i który odbił się bezpośrednio na moim życiu jest ten o spaniu. Ferie, wakacje, święta i każde dłuższe wolne zawsze sprawia, że moja pora kładzenia się spać się przesuwa. Niby niegroźnie, bo o 10-15 minut, ale w ciągu roku zrobi się z tego godzina. I o ile kładę się o 24, a mam do pracy na 10.45, to nie ma wielkiej tragedii, to jak mam na 8 – robi się problem, bo czuję się jak zombi (i zapewne właśnie tak wyglądam).

Niby wiedziałam, że osiem godzin to optymalna ilość snu na dobę, ale jakoś zawsze trudno mi było się do tego dostosować. Do czasu aż w książce Breusa przeczytałam, że faktycznie, między 7,5 a 8 godzin to jest idealna ilość, więc jeżeli wstaje się o 7 rano, to należy się położyć o 23.10, uwzględniając 20 minut na zaśnięcie. Postanowiłam spróbować i przez tydzień kładłam się spać o 23.10 i wstawałam o 7 rano. Początkowo miałam problem z zaśnięciem, ale wszystko udało się wyprowadzić na prostą w momencie, kiedy wcześniej wyłączyłam komputer i trochę dłużej poczytałam książkę. Kiedy wstawałam o tej 7, byłam rześka, wypoczęta i pełna energii i – co najważniejsze – nie włączałam ŻADNEJ drzemki. Szkoda tylko, że jestem nauczycielką, a więc moje godziny pracy są nieregularne i możliwość pospania do 9, kiedy zaczynam lekcje o 12 wydaje się być całkiem rozsądnym pomysłem… No cóż, może kiedyś będę miała bardziej jednolity plan.

Trzecia część jest niejako podsumowaniem, zebraniem informacji, które zostały przekazane w pierwszej i drugiej. Breus po raz kolejny uświadamia nam, jak ważny w życiu jest czas i jak świadome operowanie nim jest w stanie sprawić, że nasze życie będzie bliskie ideału.

Autor w przystępny sposób, bez typowego dla psychologów owijania w bawełnę podaje nam na tacy bardzo konkretną książkę, która (odpowiednio zinterpretowana) jest w stanie sprawić, że będziemy żyć po prostu… fajnie.

Jasne, że nie można bezkrytycznie wziąć sobie do serca wszystkiego, o czym mówi. Jasne, że nad pewnymi kwestiami trzeba się zastanowić, bo potrzebują odpowiedniego kontekstu i znajomości drugiej osoby, ale jeżeli się zaangażujemy i przeczytamy ze zrozumieniem, to mamy szansę sprawić, że będzie łatwiej. A czy nie tego właśnie chcemy? Ta książka to odpowiedź na teorię małych kroczków, małych sukcesów, które z czasem sprawią, że poczujemy ogromne szczęście.

„Potęga KIEDY…” jest tak ciekawą pozycją, że kiedy opowiedziałam o niej w pracy, to z automatu ustawiła się kolejka chętnych, żeby ją przeczytać. I może nie wiąże się to od razu z chęcią powzięcia daleko idących zmian w życiu, ale z ciekawością po prostu. Bo znów jest to idealna książka dla osób, które lubią wiedzieć WIĘCEJ.

A Ty, kontrolujesz swoje życie?

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu:

Może cię zainteresować

Harem, Klatka i osiem żon, czyli „Prywatne życie sułtanów” J. Freely’ego
Przeczytaj...
I była miłość w czasie wojny… „Czas burzy” Adriana Grzegorzewskiego
Przeczytaj...
Zamień cukier na tłuszcz i chudnij, „Wiecznie głodny?” Davida Ludwiga
Przeczytaj...
Pocałunek o smaku pomarańczy jako początek końca. Ann Patchett „Dziedzictwo”
Przeczytaj...
Sułtan, Czarnoksiężnik, Komornik i zaginione dziecko. Podsumowanie czerwca
Przeczytaj...