Zdecydowana większość powieści obyczajowych traktuje o kobietach. To one są głównymi bohaterkami, to o ich uczuciach, emocjach, przygodach czytamy. Być może dlatego, że to kobiety czytają więcej książek i idąc tym tropem – pewnie chciałyby czytać o kimś, z kim (w mniej lub bardziej naciągany sposób) mogłyby się utożsamiać.

Po przeczytaniu naprawdę wielu tytułów, mam dosyć kobiecych bohaterek. Zaczynam się czepiać, zauważam schematy w konstrukcji postaci i tak dalej. Dlatego z przyjemnością czytam książki, których głównymi bohaterami są mężczyźni. Tym bardziej, jeżeli autorem także jest mężczyzna. A zwłaszcza mężczyzna pokroju Janusza Leona Wiśniewskiego. Pokochałam jego „S@motność w sieci”, o której więcej pisałam tutaj. Zachwyciły mnie jego „Eksplozje” i sukcesywnie sięgam po kolejne tytuły z jego dorobku. Dziś przychodzę do Ciebie z jego najnowszą powieścią „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie”.

Bohaterem powieści jest mężczyzna: dojrzały, prowadzący barwne życie osobiste, zawodowo wykładowca akademicki i pracownik korporacji, naukowiec. Wydaje się, że jest szczęśliwym człowiekiem, jednak jeden dzień wywraca wszystko do góry nogami. Mężczyzna zapada w śpiączkę. Wybudza się po pół roku. W zagranicznym szpitalu, wśród obcych ludzi i kompletnie nie ma pojęcia, co się właściwie stało.

W miarę jak docierają do niego informacje na temat jego stanu zdrowia (jego mięśnie, mimo usilnych starań lekarzy i fizjoterapeutów, praktycznie zanikły, nie może jeść normalnych posiłków ani patrzeć w światło bez specjalnych okularów), zaczyna wspominać to, co wydarzyło się w jego życiu.

Chociaż z rozmowy z lekarzem i przemyśleń bohatera można wywnioskować, że przed zapadnięciem w śpiączkę miał problemy z wagą i posiadał sporo dodatkowych kilogramów, to nie mógł narzekać na brak powodzenia u kobiet. Nawet w szpitalu przedstawicielki płci pięknej nie potrafią przejść obok niego obojętnie. Leciwa pielęgniarka niemal skacze z radości, kiedy dowiaduje się, że wybudził się ze śpiączki, zagląda do niego tak często jak to możliwe i dokłada wszelkich starań, żeby jak najszybciej wrócił do zdrowia. I to nie dlatego, że tak gorliwie wykonuje swój zawód. Po prostu go lubi. I ma swoje ulubione powiedzonko „No stress, Polones”, które chyba już na zawsze zostanie w mojej pamięci 😉

To od niej bohater dowiaduje się o tym, że jego córka odkąd dowiedziała się, że zapadł w śpiączkę, codziennie do niego dzwoni i „rozmawia” do niego tak, jakby wierzyła, że jeśli bardzo się postara, to on jej odpowie. Dowiaduje się również o całych pielgrzymkach kobiet, które najpierw przewinęły się przez jego życie, a potem przez szpital, bo przyjechały go odwiedzić. To właśnie ona powoduje, że bohater zaczyna wspominać chwile, które spędził z tymi kobietami.

Patrycja była jedną z najważniejszych, to z nią kiedyś wziął ślub i to ona urodziła mu córkę – Cecylkę. W końcu jednak ich drogi się rozeszły. Ona nie mogła znieść jego ciągłej nieobecności. Po rozstaniu jeszcze długo za nim tęskniła, jednak pewnego dnia pojawiła się w jego mieszkaniu i oznajmiła, że teraz właściwie nie myśli o nim wcale i ani trochę nie tęskni. To był definitywny koniec.

Po Patrycji przyszła kolej na Milenę, Darię, Ludmiłę, Natalię, Justynę i Ewę. Poznawał je w różnych miejscach, jedne były jego studentkami, inne rozłożyły ręcznik obok niego, kiedy odpoczywał na plaży. Były w różnym wieku, charaktery miały zupełnie odmienne. Rolę w jego życiu również odegrały różną: jedne bardziej znaczącą, inne mniej. Łączy je jednak to, że on w ich życiu narobił sporego zamieszania.

Wspominając je wszystkie bohater niejako rozlicza się z przeszłością. Zdaje sobie sprawę z tego, że większość z tych kobiet skrzywdził, że nie zachowywał się wobec nich tak, jak powinien się zachować mężczyzna z jego wykształceniem. Czy żałuje? Trudno jednoznacznie stwierdzić, bo nie pojawia się moment, w którym bije się w piersi i błaga o litość, ale z przemyśleń, które snuje można wywnioskować (choć może to być trochę naciągane), że jest mu przykro, bo zdaje sobie sprawę, że często nie zasługiwał na to, co od tych kobiet dostawał.

Mężczyźni są skomplikowani. Był taki czas w moim życiu, kiedy starałam się ich zrozumieć, wyłapać schemat. Teraz już nawet nie próbuję, bo wiem, że to bezcelowe. Niemniej jednak lubię zagłębić się w męską psychikę odmalowaną w powieści. Często po przeczytaniu Wiśniewskiego wydaje mi się, że z tym moim zrozumieniem jest trochę lepiej. Po czasie dochodzę do wniosku, że faktycznie – wydawało mi się. Ale jednego jestem pewna: dlatego właśnie lubię do Wiśniewskiego wracać.

„Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” to historia mężczyzny, który chociaż był otoczony wianuszkiem kobiet, to nieobce było mu pojęcie samotności. Jeden z piękniejszych cytatów z tej powieści o niej (samotności) właśnie traktuje:

Samotność wcale nie zaczyna się od tego, że nagle nikt nie czeka na ciebie w domu. Samotność zaczyna się wówczas, kiedy pierwszy raz odczujesz pragnienie, aby czekał tam na ciebie ktoś zupełnie inny…

Ta opowieść to rozliczenie się z przeszłością i próba rozpoczęcia życia na nowo, z czystą kartą. Jednak czy bohater planuje się diametralnie zmienić, czy po prostu będzie szukał miłości gdzie indziej – tego nie wiadomo i właśnie to jest w tym wszystkim najciekawsze.

Janusz Leon Wiśniewski po raz kolejny daje nam powieść, która poruszy do głębi, momentami zbulwersuje, sprawi, że się zastanowimy i spojrzymy na mężczyzn (ale nie tylko!) nieco inaczej.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Gorąco polecam!

A za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu:

Może cię zainteresować

Wampiry, sado-maso i piromania, czyli współczesne postrzeganie miłości
Przeczytaj...
Miłość, pieniądze i wielka sława. „Nie zapomnij mnie” Anna Bellon
Przeczytaj...
Pizza, wino i święty spokój, czyli „Wielki Ogarniacz Życia…” Pani Bukowej
Przeczytaj...
Nadzieja ukryta pod jemiołą, R. P. Evans, „Hotel pod jemiołą”
Przeczytaj...
Wino, skrzypce i rodzinna tajemnica… „Melodia zapomnianych miłości” D. Gąsiorowska
Przeczytaj...