Przyznam szczerze, że kiedy pomyślę, że jeszcze niedawno był luty, a teraz usiadłam do tego, żeby napisać podsumowanie września (więc jest już PAŹDZIERNIK), to robi mi się słabo. Pomyśl tylko: jeszcze jakieś 3 tygodnie i będzie Wszystkich Świętych, jeszcze niecałe 2 miesiące i Boże Narodzenie! I chociaż jakoś tam je lubię, chociaż cieszę się jak dziecko, bo będę miała wolne, zjem sernik z kokosem mojej mamy i barszcz z uszkami, to jednak niezmiennie przeraża mnie to, jak ten czas leci!

Ale no nic… Wrzesień minął szybko, a to wszystko za sprawą powrotu do pracy, który wiązał się z powrotem do starych obowiązków, pojawieniem się nowych i ograniczoną ilością wolnego czasu. Nie wspomnę już nawet o wstawaniu bladym świtem! Nie przeszkodziło mi to jednak w czytaniu, w pisaniu też nie, bo chociaż idealnego wyniku nie było, to jednak pojawiły się na blogu trzy recenzje i podsumowanie poprzedniego miesiąca, więc całkiem nieźle.

Ale, zwyczajowo, koniec biadolenia, przechodzę do konkretów!

Ile w miesiącu?

Tym razem mniej niż ostatnio, ale wciąż sporo. Czternaście – po raz kolejny w tym roku pojawia się ta liczba 🙂 A co konkretnie przeczytałam?

Charlotte Roche, „Dziewczyna do wszystkiego”. Jeden z gorszych tytułów w tym roku. Stała w bibliotece na półce, opis w jakiś sposób mnie zainteresował, ale z każdą stroną było gorzej. Kobieta, która przeżywa kryzys wieku średniego i z tego powodu postanawia uwieść niańkę swojego dziecka. Okropne, obrzydliwe. Miało być chyba odważne, kontrowersyjne, a było zwyczajnie obleśne, nic więcej.

Martha Stout, „Socjopaci są wśród nas”. Tę książkę recenzowałam (tutaj), także pozostaje mi tylko przypomnieć, że wartościowa, podaje na tacy garść informacji, które powinien posiadać każdy, kto chce wieść względnie spokojne życie, którego nie zakłóci sąsiad z dziwnymi skłonnościami.

Emma Donoghue, „Cud”. Dziewczynka, która nie je i żyje. Cud? Przekleństwo czy wielki przekręt? Koniec XIX wieku, mała wioska, a w niej dziewczynka, która chce okazać swoje oddanie Bogu poprzez głodówkę. Nie przyjmuje pokarmów od wielu dni, a jednak funkcjonuje, a jej organizm ma się całkiem dobrze. Lekarze, którzy przyjechali z daleka, aby ją obserwować są zdumieni, ponieważ jej ciało nie wykazuje żadnych oznak głodu, a jednak Anna nie je. Ale czy na pewno? Książka, która początkowo nie porywa, którą czyta się powoli, aż w którymś momencie wiesz, że MUSISZ dowiedzieć się, co będzie dalej.

Tomek Tomczyk, „Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj”. Sięgnęłam po tę pozycję, ponieważ od jakiegoś czasu zastanawiałam się, co jeszcze mogłabym zrobić, żeby przyciągnąć tutaj więcej czytelników. Czy mi pomogła? W jakiś sposób na pewno, ale nie tak, jak się spodziewałam.

John Boyne, „Chłopiec na szczycie góry”. Chłopiec, który w krótkim czasie traci wszystko. Jego ojciec popełnia samobójstwo, matka powoli umiera na suchoty. Najpierw trafia do sierocińca, po jakimś czasie zgłasza się po niego siostra ojca, która mieszkała w Niemczech, a z którą po zakończeniu I wojny światowej nie utrzymywali kontaktu. Jedzie więc do Niemiec, gdzie mieszka w domu, w którym służy jego ciotka. Poznaje tam Adolfa Hitlera i przyswaja filozofię nazistowską. Do czego go to doprowadzi? Sprawdź, bo książka naprawdę niezła!

Katarzyna Wągrowska, „Życie zero waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej”. Tytuł, który recenzowałam (tutaj). Filozofia zero waste w (całkiem sporej!) pigułce. Jeżeli nie wierzysz, że rocznie można produkować mniej, niż jeden kubeł śmieci, to jest to książka idealna dla Ciebie, serio!

Magdalena Knedler, „Pan Darcy nie żyje”. Nie porwał mnie ten tytuł. Tak bardzo obojętnie przeszłam obok tej książki, że w tej chwili trudno mi sobie przypomnieć, o czym właściwie była. Zdecydowanie nijaka, według mnie nie warto.

Michael Murray, „Księga soków”. Jak wiesz, od czasu do czasu sięgam po poradniki związane z urodą lub zdrowym odżywianiem. Kiedy zobaczyłam tę książkę na półce w bibliotece, od razu wzięłam „do wypożyczenia”. Autor wyczerpująco wyjaśnia, dlaczego warto pić soki, w czym jest to lepsze od jedzenia owoców, sałatek czy zup. Duuużo teorii i sporo przepisów.

Olga Rudnicka, „Życie na wynos”. Uwielbiam tę autorkę i podkreślałam to wielokrotnie. Czytam każdą książkę, którą wyda, chociaż już jakiś czas temu zorientowałam się, że raczej nie zaskoczy czytelników niczym nowym. Mnóstwo humoru, fajtłapowata bohaterka i dzieciaki, które wygrywają wszystko!

Magda Stachula, „Trzecia”. O debiucie tej autorki pisałam w zeszłym roku (tutaj). Chociaż pisałam to dosyć słabo powiedziane. Ja się tą książką zachwycałam. I zachwycam się do dziś, bo jest naprawdę dobra! Dlatego jak tylko zobaczyłam, że ukazała się kolejna pozycja Stachuli, to nie mogłam jej nie przeczytać. I w żadnym razie nie żałuję. Mamy tutaj zupełnie inną historię napisaną w znajomy sposób. Bohaterka jest psychologiem, leczy innych, chociaż sama jeszcze do niedawna potrzebowała pomocy. Ktoś ją śledzi. Niedługo potem poznaje mężczyznę, który wprowadza trochę spokoju i stabilizacji do jej życia. Ale czy na pewno?

Abbi Waxman, „Ogród małych kroków”. Kobieta, której mąż zginął w wypadku. Z zawodu jest grafikiem / ilustratorem książek. Pewnego dnia dostaje nietypowe zlecenie – musi stworzyć ilustracje do książki o ogrodnictwie, dlatego też jest zmuszona uczęszczać na kurs. Jak pewnie się domyślasz, w znaczącym stopniu wpłynie on na jej życie. 🙂 Szału nie ma, ale początki rozdziałów są świetne!

David Nicholls, „Jeden dzień”. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Ta książka miała być dobra. Na lubimyczytac.pl ma wysoką średnią, na grupach książkowych się nią zachwycają, a tu taka klapa! Treściowo kojarzyła mi się z „Love, Rosie”, ale nawet w ¼ nie była tak interesująca jak tamta. Szkoda!

Katarzyna Michalak, „Błękitne sny”. Niebawem na blogu pojawi się recenzja tej książki, więc zaglądaj – zapraszam!

Michał Witkowski, „Wymazane”. Tę z kolei recenzowałam (tutaj). Kontrowersyjna, ciekawa, całe mnóstwo sarkazmu i czarnego humoru. Dla ludzi, którzy potrafią zachować dystans i lubią podejmować refleksję.

Ile w 2017?

Niewiele brakowało, a już we wrześniu osiągnęłabym swój zeszłoroczny rekord. Sto dwadzieścia. Tyle książek udało mi się przeczytać przez dziewięć miesięcy 2017 roku. To prawie jak duże dziecko 🙂

Zaadoptowałam

Jako część prezentu urodzinowego dostałam książkę Pauli Hawkins, „Zapisane w wodzie”.

W ramach współpracy z wydawnictwem Znak Literanova trafiły do mnie:

  • Katarzyna Michalak, „Błękitne sny”,
  • Michał Witkowski, „Wymazane”,
  • Augusta Docher, „Najlepszy powód, by żyć”,
  • John Douglas, „Mindhunter”.

Plany na październik

Dziesiąty miesiąc roku zaczęłam z Remigiuszem Mrozem i jego „Czarną Madonną”, a w kolejce czeka kilka kolejnych bestsellerów, także zapowiada się dobrze!

Może cię zainteresować

Niewybredne zaloty do starych babć, czyli „Wymazane” M. Witkowskiego
Przeczytaj...
Harem, Klatka i osiem żon, czyli „Prywatne życie sułtanów” J. Freely’ego
Przeczytaj...
Brak sumienia, socjopatia i głodny pies, czyli „Socjopaci są wśród nas” dr M. Stout
Przeczytaj...
Cichy wielbiciel, zły sąsiad i morderczy władca, czyli podsumowanie lipca
Przeczytaj...
Pranie w kasztanach i sodowy szampon, czyli „Życie zero waste” K. Wągrowskiej
Przeczytaj...