Pierwszy tydzień szkoły już za nami, jak to mówią: pierwsze koty za płoty, zawsze to 7 dni mniej do najbliższego święta, długiego weekendu, ferii czy wakacji. Uczniowie jęczą z rozpaczy, bo powoli godzą się z myślą, że zamiast spać do południa, a resztę dnia spędzać na rozrywkach, teraz będą wstawać bladym świtem, całe dnie spędzać w ławkach, a wieczorami zawisną nad zeszytami, żeby przygotować się (albo i nie?) do nadchodzących sprawdzianów, kartkówek i innych narzędzi tortur, którymi dysponują nauczyciele. Ja natomiast tonę w papierach, ale mam w zwyczaju dotrzymywać słowa, więc skoro obiecałam, że dzisiaj na blogu pojawi się kolejna porcja lektur, to niech tak się stanie, zaczynamy!

Gimnazjum (a już niedługo 7 i 8 klasa szkoły podstawowej) to dziwny czas w życiu młodego człowieka. To okres dojrzewania, a co za tym idzie – wszelkiego rodzaju buntu. Wszystko jest wtedy nie takie, jak być powinno. Na dworze jest zbyt zimno albo zbyt gorąco, nigdy idealnie. Ma się ochotę na słodkie albo słone, ale nagle okazuje się, że słodkie jest za słodkie, a słone za słone. Morze jest zbyt mokre, góry zbyt górzyste, a słońce zbyt gorące i jeszcze razi w oczy. Na dodatek wszyscy się czepiają, nikt nie rozumie, nie chce (a może nie potrafi?) pomóc. Młody człowiek zostaje więc ze wszystkim sam jak palec, a na dodatek w szkole chcą, żeby czytać te cholerne książki. A jakie to są książki?

Gwóźdź programu

Podstawa programowa przewiduje dla młodych buntowników takie „rarytasy” jak między innymi:

  • William Szekspir „Romeo i Julia”,
  • Molier „Skąpiec” lub „Świętoszek”,
  • Aleksander Fredro „Zemsta”,
  • Adam Mickiewicz „Dziady cz. II”,
  • Henryk Sienkiewicz „Quo vadis”lub „Krzyżacy”, ewentualnie „Potop”,
  • Aleksander Kamiński „Kamienie na szaniec”,
  • Arkady Fiedler „Dywizjon 303”,
  • Antoine de Saint-Exupéry „Mały książę”,
  • Homer – „Iliada”, „Odyseja”,
  • Juliusz Słowacki – „Balladyna”,
  • Miron Białoszewski – „Pamiętnik z powstania warszawskiego”.

Oczywiście nie są to wszystkie tytuły, które przewidziano dla gimnazjalistów, pominęłam krótkie formy i poezję, bo ta zawsze się pojawia.

Tym, co daje pewną nadzieję dla młodszych pokoleń jest pewna mnogość sformułowań typu:

decyzja należy do nauczyciela / wskazane przez nauczyciela / wybrane (…)

Na ile nauczyciele korzystają z przywileju decydowania o tym, z czym przyjdzie się zmierzyć ich uczniom – nie wiem, ale zapewne w niewielkim stopniu. A szkoda.

Temu panu dziękujemy

Henryk Sienkiewicz – „Quo vadis” / „Krzyżacy” / „Potop”. Przyznam się szczerze, że tak dawno nie zerkałam do treści podstawy programowej na poziomie gimnazjum, że jak teraz zobaczyłam w spisie lektur dowolność w zakresie twórczości Sienkiewicza, to prawie oplułam się kawą. Pamiętam jak te „naście” lat temu dowiedziałam się, że mam przeczytać „Krzyżaków” – myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Ile razy bym nie zaczynała, tak za każdym razem zasypiałam, jeszcze zanim dobrnęłam do dwudziestej strony. Z czasem historię tę doceniłam, ale znów – podobnie jak w przypadku „Hobbita”, do tej opinii musiałam dojrzeć. Tym bardziej nie rozumiem toku rozumowania osoby, która daje wolność wyboru pomiędzy wspomnianymi trzema tytułami. Skoro niewiele osób jest w stanie (na tym etapie edukacji – podkreślmy) przebrnąć przez „Krzyżaków”, to skąd pomysł, żeby zaproponować „Quo vadis” i „Potop”?! Nie będę nawet komentować gabarytów, jakie osiągają te tytuły. Jedyne, co ciśnie mi się na usta to pytanie: jak tutaj krzewić czytelnictwo wśród młodzieży, skoro „specjaliści w oświacie” tak bardzo chcą je zdusić w zarodku?

William Szekspir – „Romeo i Julia”. I znów ten sam problem. Historia najtragiczniejszych kochanków w literaturze, którą (choćby z tytułu) zna każdy człowiek, wydaje mi się tekstem, który przekracza możliwości przeciętnego gimnazjalisty. Należy mieć w pamięci wspomniany wcześniej bunt przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Na tym etapie rozwoju bardzo dużą rolę odgrywa indywidualność, jednostkowość. Dopiero z czasem pojawia się potrzeba łączenia się w pary, wchodzenia w bliższe relacje z innymi ludźmi. Pamiętam, że jak moja klasa miała omówić tę lekturę, to nikt nie potrafił zrozumieć uczuć, które targały bohaterami, a to z tej prostej przyczyny, że 12 czy 13 lat to jeszcze zbyt mało, żeby wiedzieć, jak to jest kochać kogoś bardziej niż własne życie. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że bliższym tekstem mógłby być dla nich „Makbet” i opisane w nim dylematy władzy czy psychika mordercy, a nie prawdziwa miłość, na którą jeszcze przyjdzie czas, a z czasem – zrozumienie.

Na zawsze w mojej pamięci

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”. Gdybym miała wytypować trzy swoje ulubione lektury, niezależnie od etapu edukacji, na którym były one omawiane, w tej trójce na pewno znalazłaby się ta książka. W gimnazjum trochę się buntowałam i niekoniecznie chciałam czytać, a już zwłaszcza nie chciałam czytać tego, co mi kazali. „Kamieni…” w pierwszej chwili nie wzięłam do ręki, ale kiedy zaczęliśmy omawiać tę powieść na lekcji, tak bardzo się nią zainteresowałam, że postanowiłam jednak się zapoznać i w żadnym razie nie żałuję. To cudowna historia o młodych ludziach, którzy nie bali się poświęcić tego, co w życiu najważniejsze dla dobra ogółu, dla wolności. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie jest to książka przesadnie optymistyczna, jest prawdziwa. A w gimnazjum właśnie tego potrzeba: prawdziwości, braku fałszu.

Juliusz Słowacki – „Balladyna”. Wieść gminna głosi, że wszystkie polonistki uwielbiają wiersze i romantyzm. Jeżeli faktycznie tak jest (w co wątpię), to jestem wyjątkiem od reguły. Na romantyzm jako epokę mam swego rodzaju uczulenie. Lubię tylko dwa utwory, które się wtedy ukazały, no i jeszcze 1/3 trzeciego. Pierwszy z nich to „Ballady i romanse” Mickiewicza – niby wiersze, ale jakieś takie przyjemne. 1/3 to „Dziady cz. II”, a drugi z nich to „Balladyna”. Niby prosta historia, a jednak ma w sobie pełen urok. Zawarta jest tam znaczna większość sztandarowych założeń romantyzmu, do tego wszystko napisane poetyckim językiem i podane w przystępny sposób, idealny dla tej grupy wiekowej. I jeszcze elementy fantastyki przecież. Dla mnie w sam raz! Nie wspomnę nawet o tym, że można to traktować jako kontekst, bo w jednej z najpopularniejszych gier komputerowych (zgadniesz, jakiej?) mamy nawiązanie do „Balladyny”. Podsumowując? Trzeba tę pozycję znać, o!

Homer – „Odyseja”. Wielka szkoda, że nie czyta się tej książki w całości. Omawia się za to na każdym poziomie „Mitologię Greków i Rzymian” Parandowskiego, natomiast o pozostałych kwestiach zaledwie się wspomina, wzmiankuje, a potem przeciętny człowiek nie ma na ten temat zielonego pojęcia. Ja „Odyseję” przeczytałam w całości na studiach i się w niej zakochałam. Z pełną świadomością mogę powiedzieć, że nadaje się dla tej grupy wiekowej – z pewnością bardziej niż „Potop” czy „Quo vadis”.

Na koniec książka, którą uwielbia chyba każdy i jak w bliskim otoczeniu padają słowa „lektury” i „gimnazjum”, to do głowy przychodzi tylko jeden tytuł: „Mały książę”. Ja też czytałam, lubię, więc się zgadzam – pozycja potrzebna na liście lektur.

A jakie lektury Ty pamiętasz z gimnazjum?

Może cię zainteresować

Wielbłądy w ogrodach pełnych orków. O lekturach w szkole podstawowej
Przeczytaj...
Miłość, pieniądze i wielka sława. „Nie zapomnij mnie” Anna Bellon
Przeczytaj...
Sułtan, Czarnoksiężnik, Komornik i zaginione dziecko. Podsumowanie czerwca
Przeczytaj...
Zamień cukier na tłuszcz i chudnij, „Wiecznie głodny?” Davida Ludwiga
Przeczytaj...
Top 5 lektur, które przydadzą się na maturze ustnej z polskiego
Przeczytaj...