Marzec za nami, a wraz z nim odeszła zima i paskudna pogoda. Za oknem ciepło, żeby nie powiedzieć – gorąco, w skrócie: standardowa polska aura, z kurtek zimowych wskakujemy w krótkie rękawy czy nawet ramiączka. Ale! Żeby nie było, nie narzekam, całkiem się z tego cieszę, serio. Tylko ubolewam nad tym, że całe dnie spędzam w pracy i na razie nic nie wskazuje na to, żeby w ciągu najbliższego tygodnia miało się coś zmienić. No nic, wytrzymam, bo innego wyjścia nie ma.

Trzeci miesiąc roku upłynął mi błyskawicznie, przyzwyczajałam się do samodzielnego mieszkania, a co za tym idzie: sprzątania, gotowania, robienia zakupów i całej reszty. Pod względem przeczytanych książek przeszłam swoje najśmielsze oczekiwania, ale widocznie jazda tramwajem 30 minut do pracy i 30 z pracy sprawia, że czytam jeszcze więcej. Narzekać nie będę! Jeżeli chodzi o wpisy na blogu, to też jest lepiej, niż było, chociaż do zamierzonego „ideału” zabrakło odrobinę. Pojawiły się 3 recenzje i podsumowanie, więc jest naprawdę nieźle – idzie ku lepszemu! 🙂

Ile w miesiącu?

Aż sama nie wierzę, że to piszę, ale czternaście. W marcu przeczytałam dokładnie czternaście książek. Mało brakowało, a udałoby się skończyć piętnastą, ale miałam towarzyski weekend i mój zapał do czytania trochę osłabł na ostatniej prostej. A co takiego przyciągnęło moją uwagę tym razem?

Bret Easton Ellis, „American Psycho”. Tytuł, z którym zmagałam się właściwie od stycznia. Drugi e-book, który skończyłam, odkąd posiadam czytnik (wiem, słabo). Początkowo nie byłam przekonana, ba, nawet wydawało mi się, że jest to jakiś wycinek co dowcipniejszego użytkownika internetu, bo książka składała się z suchych opisów tego, co młody mężczyzna robi w poszczególne dni (a robi wszystko, poza chodzeniem do pracy), w co się ubiera, gdzie wychodzi, co je, co kupuje i jakich perfum używa. Dopiero po czasie wchodzi element fabuły, okazuje się, że bohater jest psychopatycznym mordercą, który właściwie nie ma żadnego głębszego motywu, morduje dzieci, dorosłych, starych, kobiety, mężczyzn, prostytutki, żebraków, kobiety, z którymi się umawia, a nawet bogatych mężczyzn. Sposoby ma, muszę przyznać, całkiem wyszukane, ale ze względu na to, że możesz mieć słabe nerwy i/albo żołądek, to daruję Ci co pikantniejsze szczegóły.

Przyznam, że przez większą część powieści czekałam na moment aż morderca zostanie złapany przez policję, a sprawiedliwości stanie się zadość. To chyba jakaś naleciałość po kryminałach. Czy mogę komuś polecić ten tytuł? Na pewno osobom, które lubią eksperymentować z literaturą, nie boją się wyzwań i są odporni na krew, flaki i inne obrzydliwości.

Stieg Larsson, „Zamek z piasku, który runął”. W końcu się zebrałam i dopełniłam część swojego postanowienia noworocznego – przeczytałam ostatnią część sagi „Millenium”. Fabularnie ustępuje miejsca pierwszej i drugiej, ale trzyma poziom do ostatniej strony. Na pewno nie będzie to ostatnia powieść w tym klimacie, którą przeczytałam, chociaż podobnie jak rzesze czytelników – ubolewam nad tym, że od Larssona już nic nie wyjdzie.

James Rebanks, „Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior”. Tę pozycję recenzowałam już (tutaj), więc nie ma sensu powtarzać tego, co zostało powiedziane. W skrócie? Coś nowego, książka, która pokazuje, że czasem warto zwolnić, podjąć refleksję o swoim życiu, zweryfikować priorytety i… być szczęśliwym.

Anna Litwinek, „Czarownica”. Powieść, którą zaliczyłabym do grupy nazywanej przeze mnie „czytadła”. Szybko się czyta, fabularnie jest dosyć prosta, niewymagająca od czytelnika wielkiego skupienia i niestety taka, którą dosyć szybko się zapomina. Mamy kobietę, która ma w sobie geny wiedźmy, aby je aktywować musi przejść rytuał, który inne osoby za wszelką cenę chcą przerwać. Na leniwy weekend można, ale nie trzeba.

Veronica Roth, „Naznaczeni śmiercią”. Dosyć sporo słyszałam od uczennic w szkole o twórczości Roth, ale jakoś długo nie mogłam się przekonać, żeby coś wypożyczyć. Kiedy w nowościach zobaczyłam ten tytuł, postanowiłam dać szansę. I w sumie nie było źle. Przeczytałam coś na kształt „Igrzysk śmierci” z odrobiną „Czerwonej królowej”, więc jeżeli lubisz takie klimaty, to jest to dla Ciebie pozycja obowiązkowa. Dla mnie już niekoniecznie, niemniej tragedii nie było.

Janusz Leon Wiśniewski, „Eksplozje”. Podoba mi się twórczość Wiśniewskiego, ale nie przepadam za opowiadaniami. Może to trochę płytkie, ale do tego tomu przekonała mnie okładka, przepiękna, subtelna, kolory przyciągające wzrok. Zawartość trzyma poziom. Dostajemy zbiór opowiadań Wiśniewskiego, przeplatany odpowiedziami innych autorów na opisane przez niego historie. Ciekawe, czasem zaskakujące, rozwijające, polecam.

Michael Crummey, „Rzeka złodziei”. Książka, która od pierwszych stron kojarzyła mi się ze „Zjawą” (oglądałam tylko film, niestety). Z tą różnicą, że „Zjawa” mi się podobała, a „Rzeka złodziei” już niekoniecznie. Nie było w niej nic złego, ale brakowało mi też dobrych stron, a niestety, często przeciętna książka jest gorsza niż słaba, bo o niej nie można właściwie nic powiedzieć. Dlatego ja więcej nic nie powiem. A szkoda.

Siri Pettersen, „Dziecko Odyna”. Po tym tytule spodziewałam się cudów. Może to dlatego, że jestem wielką fanką serialu „Wikingowie” i staram się nadrabiać wszystko, co z tym tematem związane, w miarę czasu i możliwości. W każdym razie, cudów nie było. Historia ciekawa, ale znów, mamy prosty schemat: bohater(ka), który różni się od innych, ma defekt, jest wyśmiewany, wytykany palcami, w jego życiu przychodzi przełomowy moment, najczęściej połączony z jakimś smutnym wydarzeniem (z przeszłości albo teraźniejszości), które doprowadza do tego, że bohater błyskawicznie dojrzewa i okazuje się, że jest stworzony do wielkich rzeczy. Tutaj mamy to samo, tylko niestety, Harry Potter bardziej do mnie przemawia.

Jojo Moyes, „Dziewczyna, którą kochałeś”. Czytałam kilka innych powieści tej autorki. Były lepsze i gorsze, ale gdybym miała wybrać, to ta podobała mi się najbardziej. I nie tyle chodzi o historię, choć jest równie wzruszająca jak „Zanim się pojawiłeś”, co o sposób napisania, podejścia do tematu. „Dziewczyna, którą kochałeś” to obraz namalowany przez słynnego artystę dla jego żony. Przez zawirowania wojny obraz trafia do pewnego Niemca, później krąży, aż z czasem zostaje wręczony innej kobiecie jako prezent ślubny. Brzmi prozaicznie, wiem. Ale jeżeli dodamy tutaj tło okupowanej przez Niemców Francji, prześladowanych mieszkańców, obozy pracy i wiele, wiele innych, a wszystko to bardzo zgrabnie zebrane, to nie może wyjść z tego zła historia. Polecam, bardzo!

Joseph Knox, „Syreny”. Książka, której recenzja pojawiła się niedawno, więc znów: odsyłam do niej (tutaj) i przypomnę – kawałek niezłej, mocnej, męskiej literatury. Dla fanów mocnych wrażeń i buzujących emocji.

Jean Sasson, „W kręgu księżniczki”. Recenzja tej powieści pojawi się niebawem na blogu, więc jeszcze chwila cierpliwości. A już dziś mogę Cię odesłać do recenzji innej powieści tej autorki („Wybór Jasminy”).

Charlaine Harris, „Świadek ostatniej sceny”. Przepadam za twórczością tej autorki. Podejrzewam, że to z sentymentu po „Sadze o Sookie Stackhouse”, ale Harris ma jakąś lekkość pisania, która sprawia, że chociaż jej teksty nie są wybitne, to chcę je czytać. Poza tym ta seria opowiada o bibliotekarce, która tropi morderstwa. Czy może być coś dziwniejszego?! 😀

Adina Grigore, „Szczęśliwa skóra. Naturalny program domowej ekopielęgnacji”. Lubię czasem zajrzeć do artykułów na temat zdrowia i urody. Zawsze fascynowała mnie kwestia domowej pielęgnacji, peelingi z kawy, maseczki z sody, oczyszczanie porów jajkiem i inne magiczne sztuczki, dlatego zdecydowałam się sięgnąć po tę pozycję. I muszę przyznać, że przeszła moje najśmielsze oczekiwania! Autorka opisuje nam, w jaki sposób funkcjonuje ludzka skóra, namawia do obserwacji i próby diagnozy własnej skóry, podpowiada, od czego zacząć, czego warto spróbować, zamieszcza całą masę przepisów i praktycznych porad, co zrobić, żeby mięć piękną skórę bez pryszczy i innych zanieczyszczeń. Dla mnie rewelacja i zamierzam spróbować.

Magdalena Parys, „Biała Rika”. Historia Niemki, która zakochała się w Polaku, która przez swoje uczucie zmuszona była przeżyć obóz i do końca życia nie była tak szczęśliwa, jak mogłaby być. Poruszająca, ciekawa, pisana z perspektywy wnuczki. Na pewno ambitna, lektura obowiązkowa.

Ile w 2017?

Marcowe 14 przeczytanych tytułów w połączeniu z wcześniejszymi daje razem 36. I muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona, mam nadzieję, że uda mi się utrzymać ten poziom i pobić swój ubiegłoroczny rekord! 🙂

Zaadoptowałam

W kwestii książek, które pojawiły się na mojej półce (i zabawią na stałe) też zadziało się sporo. Przygarnęłam dokładnie dziewięć pozycji. Jakich?

Katarzyna Bonda, „Florystka”, „Tylko martwi kłamią”, „Sprawa Niny Frank”. Ten zestaw dostałam z okazji dnia kobiet. Prezent idealny, bo od dłuższego czasu planuję przeczytać jakąś powieść tej autorki, ale zawsze coś mi wpada w ręce szybciej. Teraz jak już mam je na półce, powinno pójść sprawniej!

Joseph Knox, „Syreny”. Egzemplarz otrzymałam od Wydawnictwa Otwarte(go), podjęłam wyzwanie i w dosyć krótkim czasie przeczytałam, i zrecenzowałam powieść. Było warto! 🙂

Jean Sasson, „W kręgu księżniczki”. Kolejny egzemplarz recenzencki, tym razem od Wydawnictwa Znak Literanova. Książkę już przeczytałam i, tak jak wspomniałam wyżej, już niebawem podzielę się z Tobą wrażeniami.

Marcin Kącki, „Fak maj lajf”. Znów egzemplarz, który otrzymałam w ramach współpracy. Został mi jeszcze kawałek do doczytania, ale już teraz mogę powiedzieć, że książka jest… niebanalna.

Katarzyna Majgier, „Stuletnia gospoda”. Powieść kupiłam w „taniej księgarni” za jakieś 7 złotych. Skusił mnie opis z tyłu, który sugeruje książkę na leniwy niedzielny wieczór, kiedy można się rozłożyć na łóżku z herbatką / kawką i cieszyć świętym spokojem.

Natalka Babina, „Miasto ryb”. Śmieję się, że ta pozycja poważnie nadszarpnęła mój budżet. Zapłaciłam za nią całe 2 złote. Ciekawe, jak treść będzie się miała do ceny…

Dorota Ponińska, „Podróż po miłość. Emilia”. Ostatnia książka, podobnie jak dwie poprzednie, kupiona w taniej księgarni z myślą o… wakacjach. Bo do tych coraz bliżej!

Plany na kwiecień

No cóż, ten trwa już prawie tydzień, więc plany powoli wcielam w życie. Już dzisiaj mogę powiedzieć, że 14 pozycji na pewno nie przeczytam, ale mam nadzieję, że nie będzie źle. Na razie wypożyczyłam z biblioteki 6 cegiełek, w tym osławioną w blogosferze „Szeptuchę”.

A Ty, co czytasz w kwietniu?

Może cię zainteresować

Nadzieja ukryta pod jemiołą, R. P. Evans, „Hotel pod jemiołą”
Przeczytaj...
O dziecku, Hitlerze i psychicznej psycholożce – podsumowanie września
Przeczytaj...
Siedem minut po północy i siedemnaście w miesiącu, podsumowanie listopada
Przeczytaj...
Dwieście procent normy, czyli podsumowanie sierpnia
Przeczytaj...
Cichy wielbiciel, zły sąsiad i morderczy władca, czyli podsumowanie lipca
Przeczytaj...