Mówią, że po pierwszym listopada do świąt już przysłowiowy „rzut beretem”. I właściwie sporo w tym prawdy, bo jeszcze chwilę temu był pierwszy października, a tu się nie obejrzę i zaraz połowa listopada. No nic, pora się uzbroić w cierpliwość, odłożyć miliony na prezenty i z niecierpliwością wyczekiwać tych kilku dni pełnych obżarstwa i błogiego lenistwa.

Tymczasem, korzystając z wyrwanej chwili wolnego, przychodzę do Ciebie z czytelniczym podsumowaniem dziesiątego miesiąca 2018 roku. Nie był on szczególnie obfity w nowe pozycje, ale tym razem przeszkodą stała się aura za oknem. Otóż okazało się, że wychodzę z domu, kiedy jeszcze jest ciemno, a kiedy wracam – już robi się szaro, a kierowcy w PKSie nie zapalają światła. Tak więc, dopóki nie zaopatrzę się w latarkę, którą zamontuję sobie na środku czoła, J to moje możliwości będą mocno ograniczone.

W poprzednim miesiącu…

Traci Mann, „Bzdiety. Czego nie powie ci dietetyk”. Kolejny tytuł, po który sięgnęłam w ramach poszerzania wiedzy na temat zdrowego odżywiania. I chociaż nie dowiedziałam się niczego odkrywczego, to jest to pozycja, która zebrała informacje z kilku innych książek i omówiła je konkretnie, choć „w pigułce”, dlatego jeżeli zaczynasz swoją przygodę z dbaniem o zdrowie, to warto po nią sięgnąć.

Remigiusz Mróz, „Rewizja” i „Immunitet”. Lubię twórczość tego autora i przepadam za przygodami Chyłki i Zordona, dlatego nie mogłam sobie odpuścić kolejnych części tej serii. Dzieje się w nich całkiem sporo i jedyne, czego mogę się przyczepić, to brak realizmu, bo naprawdę trudno mi uwierzyć, że nawet najbardziej wzięty prawnik, który wpadnie w alkoholowy cug, nie zostanie w żaden sposób ukarany. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach to się zmieni.

Allen Eskens, „Niebiosa mogą runąć”. Kiedy czytałam tę książkę, to w miarę mi się podobała, ale teraz przyłapałam się na tym, że nie potrafię (bez spojrzenia na opis) powiedzieć, o czym konkretnie była, dlatego nie jest to tytuł, który zapada w pamięć, nad którym trzeba się pochylić, zastanowić. Można przeczytać, ale raczej dla zabicia czasu.

Rebecca Lieb, „Content. Elementarna cząstka marketingu”. Po tę książkę sięgnęłam z racji wspominanego już kilka razy przedmiotu, który prowadzę. Podstawy marketingu, reklamy są obecne w programie, dlatego staram się uzupełniać swoją wiedzę na ten temat. Tutaj jednak jest ona bardzo specjalistyczna i przeznaczona dla osób, które głębiej „siedzą” w temacie.

David Airey, „Logo. Design. Love”. Podobnie jak wyżej – temat poświęcony projektowaniu logo również mieści się w programie tegoż przedmiotu. Pozycja ciekawa, bardzo barwna, jednak przeznaczona raczej dla profesjonalnych grafików, którzy znajdą w niej zarówno porady dotyczące samego projektowania, jak i podejmowania współpracy z klientem.

Remigiusz Mróz, „Hashtag”. Książka, która w gronie moli książkowych budzi sporo kontrowersji i raczej nie wzbudza wielu zachwytów. Pomysł na fabułę był naprawdę dobry, akcja początkowo rozwijała się równomiernie, tylko pod koniec jakoś tak niezrozumiale zaczęła galopować. Historia dziewczyny, której cechą charakterystyczną było to, że była zwyczajnie gruba. Uwielbiała siedzieć w domu, oglądać seriale i… jeść. Miała męża i tajemniczą relację ze swoim profesorem. Pewnego dnia otrzymuje wiadomość o przesyłce, która czeka na nią w paczkomacie. Nie spodziewa się niczego, ponieważ nie robiła zakupów przez internet. Zaintrygowana udaje się do punktu odbioru, otwiera kartonik i wtedy się zaczyna. Tajemniczy hashtag #apsyda, którego używały na Twitterze wyłącznie osoby uznane za zaginione. O co w tym wszystkim chodzi? Ja wiem, a Ty możesz się dowiedzieć 🙂

Frances Hardinge, „Drzewo kłamstw”. Zdecydowanie nie polecam tej książki. Od jakiegoś czasu zauważam u siebie delikatną awersję do literatury młodzieżowej. Dostrzegam w niej schematy i ogromne pokłady nudy. Staram się jednak przełamywać negatywne emocje i próbować. Tutaj zdecydowanie żałuję zmarnowanego czasu.

Heather Morris, „Tatuażysta z Auschwitz”. Prezent – niespodzianka od mojego narzeczonego ( <3 ), który doskonale wie, że przepadam za tematyką wojenną. Tak się składa, że akurat w październiku miałam okazję zwiedzić Auschwitz – Birkenau, więc książka zrobiła na mnie podwójne wrażenie. Historia mężczyzny, którego wychowywała głównie matka. Został nauczony szacunku do kobiet, nie bał się swoich uczuć. Trafił do obozu i tam właśnie spotkał miłość swojego życia. Jak potoczyły się ich losy w tak makabrycznych okolicznościach?

Ewelina Matuszkiewicz, „Biały latawiec”. Ten tytuł swego czasu wygrałam w konkursie na innym blogu. Leżał i czekał na swoją kolej, a tak się złożyło jakiś czas temu, że zapasy książek z biblioteki się skończyły, a na drogę trzeba było coś wziąć. I tak padło na tę opowieść. Nieskomplikowana, przyjemna, ale i bez zachwytów.

Aleksandra Chrobak, „Fashionistki zrzucają czadory. Moje odkrywanie Iranu”. Pozycja, o której więcej pisałam tutaj, dlatego zwyczajowo nie będę się powtarzać. Przyjemna, przedstawiająca Iran od zupełnie innej strony – takiej, której nie znajdziesz w przewodnikach i nie usłyszysz od przeciętnego turysty.

Amy Medling, „Wylecz PCOS”. Poradnik, w którym autorka opowiada o tym, jak w 21 dni poradziła sobie z objawami PCOS. Więcej pisałam o nim tutaj, dlatego odsyłam. A jeżeli chorujesz albo chociaż podejrzewasz u siebie zespół policystycznych jajników, to jest to dla Ciebie pozycja obowiązkowa!

Katerina Diamond, „Belfer”. Książka, która do dzisiaj budzi we mnie sporo skrajnych emocji. Pomysł na historię jest, bez wątpienia, ciekawy. Sposób przedstawienia jest w porządku, ale nie porywa. Tytuł sprawia, że zaczynam się zastanawiać, bo nauczyciel nie jest tutaj tematem, czy raczej – bohaterem, wiodącym. Ale może tak właśnie miało być. Niemniej – dla samej historii warto przeczytać.

Ulubieńcy miesiąca

Chociaż pojawiło się sporo tytułów, które były różne zarówno w kwestii tematu, jak i (pod)gatunku, to jednak tylko jeden tytuł sprawił, że zostałam z nim na dłużej, a był to „Tatuażysta z Auschwitz”.

Najgorsi w miesiącu

Podobnie jak trudno mi było wymienić więcej niż jedną dobrą książkę spośród wymienionych, tak nie jestem  w stanie podać więcej niż jednej złej. Może to i dobrze J W każdym razie tytułem, którego nigdy w życiu nikomu nie polecę jest „Drzewo kłamstw”.

Ile w 2018?

Na dwa miesiące przed końcem roku zostało mi do pochłonięcia pięć książek, żeby zrealizować postanowienie noworoczne. Właściwie nie ma szans, żeby się nie udało! Zatem 145 przeczytanych pozycji zanotowałam ostatniego października.

Zaadoptowałam

W ramach współpracy z wydawnictwem Znak Literanova trafiły do mnie dwa tytuły: „Fashionistki zrzucają czadory” i „Wylecz PCOS”.

Na jesiennym festiwalu książek w Biedronce zaopatrzyłam się w kolejne trzy: Konrad Gaca „Kuchnia fit 2”, Marisa de los Santos, „Jedyna” i Simon Toyne, „Salomon Creed”.

Plany na listopad

Przez ostatnie kilka dni towarzyszyła mi książka „Zapach prawdy”, a na półce czekają kolejne dwie części cyklu o Chyłce i Zordonie 🙂

I wielkimi krokami zbliżają się Targi Dobrych Książek we Wrocławiu! <3 Do zobaczenia? 🙂

Może cię zainteresować

Tematyczny misz-masz, czyli podsumowanie maja
Przeczytaj...
Zabójstwa, zdrady, seks i gra o tron, czyli podsumowanie czerwca
Przeczytaj...
W świecie ryczącej czterdziestki? T. Perrota, „Pani Fletcher”
Przeczytaj...
Diabły, szaleńcy i słowiańscy bogowie, czyli spóźnione podsumowanie lipca
Przeczytaj...
Poślizg (nie)kontrolowany. Podsumowanie sierpnia… w połowie września.
Przeczytaj...