Rozstanie z partnerem to bardzo trudne wydarzenie, które (niestety) większość ludzi kiedyś przeżyło. Wiadomo, że uczucia, które temu towarzyszą są różne, w zależności od tego, którą ze stron jesteśmy (zrywającą, czy „kochającą”), jakie jest / było nasze podejście do tej relacji, ile czasu minęło od rozstania, ile czasu trwał zakończony związek, jaka była przyczyna wspomnianego „zakończenia” i tak dalej, i tak dalej.

Każdy radzi sobie z zastaną sytuacją najlepiej jak umie: jedni zamykają się w pokoju, zakopują pod kołdrą i rozpamiętują dobre chwile, których „było tak dużo”, czasem smutki topią w alkoholu albo zagryzają milionem kalorii, inni molestują swoich znajomych i przyjaciół opowieściami i żalami, a jeszcze inni zwyczajnie zajmują sobie czas. Znajdują hobby, bo teraz wreszcie uda im się wygospodarować te 2 godziny w tygodniu (albo więcej), poprawiają kondycję fizyczną albo / i wygląd swojego ciała (żeby wzbudzić zainteresowanie innych przedstawicieli płci przeciwnej, ewentualnie sprawić, żeby ten, kto zostawił „zobaczył, co stracił”), rzucają się w wir pracy, nauki albo imprez i spotkań towarzyskich.

Jest też grupa osób, które nie radzą sobie wcale. Popadają w nałogi (najczęściej alkoholizm), w depresję, a w skrajnych przypadkach – popełniają samobójstwo.

Samotność wśród ludzi jest dziś chyba czynnikiem cywilizacyjnym, ale co zrobić, kiedy to zjawisko jeszcze niedawno było nam zupełnie obce, a nagle – z dnia na dzień – staje się częścią naszej codzienności?

Odpowiedzi na to pytanie raczej nie powinniśmy szukać w głośnej powieści „Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins. Co zatem można tam znaleźć? O czym właściwie jest ta książka i czy warto ją przeczytać? Chodź, opowiem Ci.

Rachel Watson uwielbia pociągi. Podróżuje niemal codziennie (z wyjątkiem weekendów) tą samą trasą. Dokładnie wie, w którym momencie pojazd się zatrzyma na kolejnym przystanku, potrafi przewidzieć spóźnienia, kojarzy (z widzenia) zdecydowaną większość pasażerów i wydaje jej się, że zna ludzi, którzy mieszkają w domach nieopodal torów. Obserwuje ich przez szybę, nadaje im imiona, wydaje jej się, że wie o nich wszystko: czym się zajmują, co do siebie mówią, jakie żywią uczucia, jak wygląda ich codzienność. Początkowo nie wie, że z czasem będzie miała możliwość zweryfikowania swoich obserwacji, domysłów i pobieżnych ustaleń. Okaże się, że „nie wszystko jest tym, na co wygląda”.

Z każdą kolejną stroną zyskujemy nowe informacje na temat głównej bohaterki. Z czasem przestaje być tylko zafascynowaną pociągami podróżniczką, a staje się niezrównoważoną rozwódką, alkoholiczką czy w końcu smutną (może nawet trochę żałosną) kobietą, którą mąż zostawił dla młodszej i bardziej atrakcyjnej kochanki. W końcu mamy do czynienia z kobietą, która nie radzi sobie ze swoim życiem, z samotnością i problemami, z którymi przyszło jej się zmierzyć.

Smutki próbuje topić w morzu wszelakich trunków, co skutkuje jeszcze większymi problemami, ponieważ zostaje wyrzucona z pracy, a za każdym razem, kiedy przesadzi z alkoholem, dzwoni do swojego byłego męża, jeżeli ten nie odbiera to wysyła mu maile, a w skrajnych przypadkach nawet odwiedza go (i jego nową rodzinę) w domu. Ponadto nie ma pieniędzy na utrzymanie i wstydzi się tego, że jej życie wydaje się być równią pochyłą, po której sukcesywnie się zsuwa. Czy ostatecznie osiągnie dno? Tego Ci nie powiem.

Pewnego dnia w gazecie codziennej pojawia się informacja o tym, że zaginęła kobieta. Atrakcyjna, wykształcona, jednak z lekką depresją i (jak się później okaże) dosyć sporym bagażem negatywnych doświadczeń z przeszłości. Podejrzewa się niemal wszystkich z jej otoczenia. Na pierwszy ogień idzie, oczywiście, mąż jako najbliższa osoba, później cień spada na psychologa, do którego uczęszcza i bliżej nieokreślonego kochanka.

Po jakimś czasie znalezione zostają zwłoki kobiety. Nie od razu można je zidentyfikować, ponieważ przez jakiś czas leżały w lesie, a aura była deszczowa. Po przeprowadzeniu dokładniejszych badań okazuje się, że zwłoki należą do zaginionej kobiety, bonusowa informacja jest taka, że była ona w ciąży, a werdykt brzmiał jednoznacznie: ojcem nie był jej mąż. Kto był? Znów – dowiesz się jak przeczytasz, ewentualnie obejrzysz film (premiera w Polsce 7 października).

Gdybym miała wskazać słowa, które nadawałyby się na motto tej książki, to nie miałabym z tym żadnych kłopotów. Zdanie, które przyszło mi do głowy, kiedy mętna historia zaczęła się oczyszczać, towarzyszy mi do dziś i padło już wcześniej w tej recenzji. O które zdanie mi chodzi?

Nie wszystko jest tym, na co wygląda, (a ludzie nie zawsze są tymi, za których się podają).

Od kilku dni niemal bez przerwy próbuję sobie przypomnieć bajkę, w której konający mężczyzna wypowiedział te słowa, zanim wyzionął ducha, ale nijak nie mogę sobie przypomnieć. (Może Ty pamiętasz?) Tak czy inaczej zdanie wydaje się być całkowicie adekwatne.

A co mogę Ci powiedzieć o „Dziewczynie z pociągu” w ogólności? Przyznam szczerze, że długo się zastanawiałam nad tym, czy faktycznie chcę tę książkę przeczytać. Opinie były dosyć mieszane. Znakomita większość ludzi zachwycała się tą historią i tytuł długo utrzymywał (utrzymuje się?) na listach bestsellerów, ale co jakiś czas przez tę mgłę zachwytu przedzierały się mocne sygnały o tym, że książka nie jest niczym zachwycającym, na jednym z popularniejszych blogów książkowych wyczytałam nawet, że jest literacką „padliną” i zwątpiłam, bo wydawało mi się, że wspomniana blogerka ma podobne podejście do książek jak ja i raczej rzadko wyraża się aż tak krytycznie o jakiejkolwiek historii.

Niemniej jednak książkę zamówiłam (w bibliotece), początkowo byłam osiemnasta w kolejce i myślałam, że przyjdzie mi czekać półtora roku, jednak trafiła do mnie po pół (o ile nie krócej) i tak sobie myślę, że chyba nie żałuję.

Nie jest to książka z gatunku tych prostych, łatwych i przyjemnych, które czyta się w jeden wieczór. To historia, która wymaga od czytelnika pewnego skupienia, zapamiętywania detali, niemalże czynnego udziału w wydarzeniach, które są opisywane, przez co może się wydawać trochę mętna i męcząca. Jeżeli jednak przebrniesz przez pierwsze kilka(naście) rozdziałów i zdecydujesz nie rzucać książki w kąt, okaże się, że wypłyną całkiem nowe informacje, które zafascynują Cię do tego stopnia, że popularne powiedzenie „jeszcze tylko jeden rozdział i idę spać” zupełnie mimochodem wprowadzisz w życie.

„Dziewczyna z pociągu” jest klasyfikowana jako połączenie thrilleru (psychologicznego, pozwolę sobie dodać), sensacji i kryminału. Faktycznie, mamy tutaj wątki, które można dopasować do tych trzech (pod)gatunków. Gdybym miała określić, co dominuje, powiedziałabym, że zdecydowanie thriller psychologiczny i jeżeli lubisz takie książki, jeżeli podoba Ci się budowane stopniowo napięcie i nie przeszkadza Ci to, że fabuła rozwija się dosyć powoli, a rozwiązanie poznajesz niemalże na ostatniej stronie, to zdecydowanie jest to książka dla Ciebie. Jeżeli nie, myślę, że możesz sobie darować, ewentualnie przeczytać wtedy, kiedy zaczniesz cierpieć na nadmiar wolnego czasu.

Ja w ciągu ostatnich kilku miesięcy miałam okazję przeczytać kilka książek o zbliżonej tematyce, czyli:

  • „Zaginioną dziewczynę” Gillian Flynn,
  • „Prawdę o dziewczynie” T. R. Richmond,
  • „W cieniu” A. S. A. Harrison,
  • „Idealną” Magdy Stachuli (recenzja)

i omawianą dzisiaj „Dziewczynę z pociągu” Pauli Hawkins. Gdybym miała te tytuły ułożyć w kolejności, rozpoczynając od tej, którą musisz przeczytać, a kończąc na tej, którą powinieneś / powinnaś sobie darować, wyglądałoby to następująco:

  1. „Idealna”
  2. „Zaginiona dziewczyna”
  3. „Dziewczyna z pociągu”
  4. „W cieniu”
  5. „Prawda o dziewczynie”

To jak, po którą sięgniesz? A może wszystkie już znasz?

Może cię zainteresować

Lipowo, Czarna Madonna i czytanie w myślach, czyli podsumowanie października
Przeczytaj...
Teksty Kultury i przeklęty brak czasu, czyli podsumowanie października
Przeczytaj...
Wampiry, sado-maso i piromania, czyli współczesne postrzeganie miłości
Przeczytaj...
Książki w wersji hard, czyli co czytać w wakacje?
Przeczytaj...