Tydzień temu wspominałam Ci o kobietach, które są w stanie poświęcić wiele (albo i wszystko) dla osoby, którą darzą szczególnym uczuciem.

Dziś jest ich raczej niewiele, bo kobiety kreują się na silne i niezależne, na samowystarczalne, wyzwolone i świadome samych siebie oraz wszystkiego tego, co je otacza. Dawniej takie objawy wyemancypowania były zjawiskiem sporadycznym, zwłaszcza w niektórych kulturach.

O zjawisku usamodzielniania się kobiet na szerszą skalę zaczęło być głośno w epoce pozytywizmu, która w Polsce przypadała na lata 1863 – 1890. (Dla zainteresowanych tematem, polecam świetną powieść tendencyjną Elizy Orzeszkowej „Marta”.) Działania mające na celu emancypację kobiet od tamtego okresu ewoluowały i dziś w większości kultur nie ma mowy o tym, żeby kobieta nie pracowała i poświęcała się wyłącznie rodzinie i szczęściu męża. Czy dawniej było gorzej, każdy odpowie sobie we własnym sumieniu, ale stwierdzić trzeba jedno: na pewno było po prostu INACZEJ.

Zanim (dobra 😉 ) zmiana dotarła do etapu, który mamy dzisiaj, musiało upłynąć wiele czasu, ale na pewno warto mieć świadomość, że istniały takie jednostki jak Beryl Markham – pierwsza na świecie licencjonowana treserka koni i pierwsza na świecie kobieta – pilot, która w 1936 roku ustanowiła nowy rekord lotu przez Atlantyk. Brzmi imponująco? No pewnie! A dlaczego akurat o niej Ci dziś wspominam? Otóż dlatego, że przychodzę do Ciebie z obiecaną recenzją książki Pauli McLain „Okrążyć słońce”. Zapraszam do czytania.

Afryka, lata 20. XX wieku. Raptem kilka lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej, ludzie znów zaczynają tęsknić za niebezpieczeństwem, za tym, co nieznane, niepewne. Przyjeżdżają do Afryki w poszukiwaniu przygody, pieniędzy, marzą o słońcu, lepszym życiu, nowym początku. Motywacje są różne, zależnie od człowieka.

Beryl mieszka z ojcem w Kenii od czwartego roku życia. Jej matka wróciła do „normalnego świata”, do poszukiwania szczęścia u boku kogoś innego. Bohaterka dorasta więc nie tylko w trudnych warunkach klimatycznych, ale także w rozbitej rodzinie. Ojciec zajmuje się hodowlą koni, które dziewczynka uwielbia i zna się na nich lepiej niż niejeden dorosły. Dzieciństwo spędza z Kibiim – chłopcem, który mieszka niedaleko, a który później okaże się odpowiedzialny za jej duszę wojowniczki i wewnętrzny upór, który objawia się od najmłodszych lat i w każdej (tak naprawdę) sytuacji. Pierwsze jego objawy można zaobserwować już, kiedy zostajemy wprowadzeni w jej relacje z (początkowo) gosposią, a później towarzyszką życia ojca. Później przykłady buntu mamy już właściwie na każdym kroku.

Beryl jest typową „swojską” dziewczyną. Nie lubi poezji, nie chce chodzić do szkoły, nie czuje potrzeby przebywania w towarzystwie, nie niecierpliwi się na myśl o swoim „debiucie”, nie marzy o ślubie i księciu z bajki. Najlepiej czuje się w towarzystwie koni, na farmie i z Kibiim. Afryka jest jej domem i to tam chce mieszkać.

Pewnego dnia jej dotychczasowe życie staje pod ogromnym znakiem zapytania. Okazuje się, że ojciec jest zmuszony sprzedać hodowlę i zmienić miejsce zamieszkania. Beryl ma wybór: może wyjechać z nim i na zawsze stracić to, co kocha albo wyjść za mąż za zupełnie obcego człowieka i (przynajmniej przez jakiś czas) mieć szansę na spełnienie dziecięcych marzeń.

Przez swoją wrodzoną odwagę i, towarzyszący jej od najmłodszych lat, upór, postanawia spróbować i bierze ślub. Wydawać by się mogło, że to małżeństwo z góry jest skazane na niepowodzenie: duża różnica wieku, ogromna różnica w zasobności portfela, obie strony wiedziały na swój temat tyle, co nic. Kolejne rozczarowania pojawiają się szybko, bo już w czasie nocy poślubnej: okazuje się, że mąż ma problemy z erekcją i nie jest w stanie spełnić swojej „powinności”. Chociaż Beryl doświadczenia w kwestiach łóżkowych nie ma, usilnie próbuje pomóc, jednak na nic się to nie zdaje i każde podejście (przez najbliższe kilka tygodni) kończy się fiaskiem, co skutecznie psuje atmosferę w domu.

Jak na kobietę wyzwoloną przystało, główna bohaterka szybko odkrywa, że ma swoje potrzeby, ale początkowo odganiaa myśli o zdradzie, próbuje skupić się na czymś innym – jak zrobienie licencji na tresera koni. Uprasza męża, żeby pozwolił jej na wyjazd, żeby mogła rozpocząć kurs i tam spotyka „pewnego przystojnego mężczyznę” 😉 Po jakimś czasie rozpoczyna się płomienny romans, o którym dowiaduje się zazdrosny mąż i przyjeżdża, żeby „zrobić z tym porządek” i tak w życiu Beryl rozpoczyna się całkiem nowy rozdział. Co konkretniej się działo? O tym, już tradycyjnie, Ci nie opowiem, ale polecam przeczytać.

Po przeczytaniu „Paryskiej żony” nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do twórczości Pauli McLain. Jak już wspominałam poprzednim razem, naprawdę męczyła mnie lektura tej książki i z niecierpliwością wyczekiwałam końca. Po „Okrążyć słońce” sięgnęłam z pewną ostrożnością i postanowieniem, że jeżeli do setnej strony będzie tak samo słaba jak poprzednia, to odejdę od swoich przyzwyczajeń i nie skończę tego, co zaczęłam. Na szczęście było lepiej.

Być może to kwestia bohaterki, która wydawała się mniej męcząca niż poprzednia, być może to kwestia historii, która była o wiele bardziej fascynująca, trudno stwierdzić, ale tym razem czytało mi się o niebo lepiej. Miałam wrażenie, że sunę przez strony, a w miarę kolejnych zdań historia wydaje się być ciekawsza.

Poznawałam historię Beryl od lat najmłodszych, przez okres dojrzewania, aż po dorosłość. Towarzyszyłam jej w młodzieńczych kłótniach, podczas wielkiego debiutu, w czasie pierwszego kontaktu z poezją i przy podejmowaniu wielu kluczowych dla jej życia decyzji. W miarę jak poznawałam bohaterkę, potrafiłam przewidzieć, jaką decyzję podejmie, ale często i tak zaskakiwała mnie swoją nietuzinkowością, jeżeli wziąć pod uwagę czasy, w których przyszło jej żyć.

Często zastanawiałam się, jak postąpiłabym na jej miejscu i czy podjęte przez nią decyzje dziś również miałyby tak dotkliwe skutki. A kiedy dotarłam do zakończenia, to… no cóż, nadal głęboko je przeżywam.

Utwierdziłam się w przekonaniu, że biografie (czy fabularyzowane biografie, jeżeli być dokładniejszym) to nie jest mój ulubiony gatunek. Książka musi być naprawdę dobra, żeby mnie zainteresowała. „Paryska żona” wywołała u mnie lekką reakcję alergiczną, ale „Okrążyć słońce”, okazało się być całkiem dobrym lekarstwem. Z chęcią obejrzałabym ekranizację, bo jak przekonuje wydawca, jest to:

Napisana z filmowym rozmachem powieść dla tych, którzy pokochali „Pożegnanie z Afryką”.

I tym razem się zgodzę.

To jak, przeczytasz? 🙂

Może cię zainteresować

Wino, skrzypce i rodzinna tajemnica… „Melodia zapomnianych miłości” D. Gąsiorowska
Przeczytaj...
Agnès Martin-Lugand – Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę
Przeczytaj...
Pocałunek o smaku pomarańczy jako początek końca. Ann Patchett „Dziedzictwo”
Przeczytaj...