O kobiecie z przymrużeniem oka rozwodziłam się przy okazji recenzji książki „Furia mać” (tutaj), dzisiaj temat poruszę już bardziej „na serio”. W otchłani internetu krąży wiele różnych opinii, plotek, hipotez i przemyśleń na temat kobiet i kobiecości. Cytatem, który najczęściej rzuca mi się w oczy jest ten Williama Goldinga:

„Myślę, że to głupie ze strony kobiet by udawać, że są równe mężczyznom. One są znacznie lepsze. I zawsze były. Cokolwiek dasz kobiecie, ona uczyni to jeszcze lepszym. Jeśli dasz jej spermę, ona da Ci dziecko. Dasz jej zakupy, ona da Ci posiłek. Dasz jej uśmiech, ona da Ci swoje serce. Mnoży i powiększa wszystko, co jej się da. Więc jeśli gówno jej dasz, spodziewaj się wielkiego gówna.”

i jakiś milion jego przekształceń.

Zastanawiające jest jednak ostatnie zdanie. Chociaż żyjemy w czasach, kiedy „płeć piękna” uznaje się za wyzwoloną, kiedy feminizm czyha na nas za każdym zakrętem i paruje (mniej lub bardziej ostentacyjnie) z różnych książek, artykułów i wypowiedzi, kiedy pozytywistyczna emancypacja jest u nas czymś, co ma miejsce na porządku dziennym, to i tak znajdą się jednostki, które nie wpisują się w ten schemat. Tuż obok kobiet, które wojują o równouprawnienie, o jednakowe urlopy dla obu płci (tacierzyński, który jakiś czas temu stał się faktem) i takie same zarobki, spotkać możemy takie, dla których to, o czym wspomniałam wcześniej, nie liczy się ani trochę. One mają ambicje, aby służyć miłości, rodzinie, aby poświęcać się dla tych, których kochają i robić wszystko, żeby bliscy byli szczęśliwi, nawet kosztem własnego szczęścia, własnych marzeń i zdrowia. Czują się spełnione wtedy, kiedy najbliżsi są zadowoleni, zaś kiedy im się nie wiedzie i są nieszczęśliwi, to one czują się winne i stają na uszach, żeby wszystko naprawić.

Powiesz, że to syndrom ofiary, niewolnicy? Pewnie masz trochę racji.

Bohaterka powieści, którą niedawno czytałam ma w sobie coś z takiej kobiety. Bardzo dużo „tego czegoś”. O jakiej powieści mowa? „Paryska żona” Pauli McLain – mówi Ci to coś?

Autorka przytacza nam historię małżeństwa Ernesta Hemingwaya – laureata nagrody Nobla i autora lektury szkolnej „Stary człowiek i morze”. Jak sama mówi:

“Choć Hadley Richardson, Ernest Hemingway i inni pojawiają się w tej książce jako postaci powieściowe, to jednak faktycznie istnieli i musiałam z jak największą dokładnością, zgodnie z istniejącymi dokumentami, oddać szczegóły ich biografii. Prawdziwa historia małżeństwa Hemingwayów, bardzo dramatyczna i wzruszająca, została przepięknie przedstawiona przez samego Ernesta Hemingwaya w Ruchomym święcie, a ja postanowiłam sięgnąć głębiej, do emocji bohaterów, i dać nowe spojrzenie na wydarzenia historyczne, pozostając jednocześnie wierna faktom.”

Paryż lat 20. XX wieku to czas, który obfituje we wszelkiego rodzaju imprezy o charakterze towarzyskim. Alkohol teoretycznie jest zakazany, ale kwitnie domowa produkcja bimbru, w większości lokali „pod ladą” znajduje się absynt i inne używki. Większość ludzi codziennie jest na haju, a upojenie alkoholowe to stan permanentny. Najważniejsza jest dobra zabawa i szeroko pojęte uciechy cielesne. A tych nie brakuje, bo oprócz wspomnianego wachlarza używek, kwitnie także życie erotyczne, szczególnie w trójkącie – dla tych bardziej „nowoczesnych” par. Oczywiście najczęściej płcią „zdublowaną” jest kobieta. W końcu czego się nie robi dla mężczyzny.

Hadley Richardson ma za sobą trudne wydarzenia z dzieciństwa. Jej ojciec popełnił samobójstwo, ona sama była bardzo krucha i chorowita, przez co matka wiecznie się o nią martwiła. Wyjechała na studia, ale potem z nich zrezygnowała. W Paryżu poznała mężczyznę, który:

Kiedy się spotkali, pachniał burbonem, mydłem, tytoniem i wilgotną bawełną.

Wydał się jej niezmiernie absorbujący. Wymykali się z imprez na kolacje, dyskutowali na różne tematy, zafascynowani sobą. Chociaż koleżanki ostrzegały ją przed nim, a ona zaprzeczała, jakoby angażowała się emocjonalnie w relację ze wspomnianym mężczyzną, to w głębi serca czuła zupełnie coś innego. Kiedy wyjechała, z niecierpliwością wyczekiwała kolejnego listu od niego, a potem przez kilka godzin siedziała nad kartką i układała odpowiedź. Starała się, żeby była równie tajemnicza i fascynująca jak list od niego.

Po kilku miesiącach znajomości Hadley i Ernest (bo o nim mowa) postanowili wziąć ślub. Początkowo ich małżeństwo było udane, zapewne za sprawą tego, że ona poświęcała się dla niego bez reszty. Rozumiała jego wahania nastroju, przymykała oko na to, że musiał pracować w samotności, że zostawiał ją samą, że często musieli wyjeżdżać, że czasem traktował ją gorzej niż na to zasługiwała i w zasadzie nie brał pod uwagę tego, co ma do powiedzenia. Kochał ją i to było dla niej najważniejsze, bo i ona kochała jego. Wydawało jej się, że się dopełniają.

Tak było do czasu. Pierwsza sprzeczka przyszła w momencie, kiedy obudził się w niej instynkt macierzyński, a on stwierdził, że nie ma czasu na dziecko, bo musi zająć się karierą i pisać teksty, bo teraz jest na to najlepszy moment. Nie zadawała więcej pytań, nie dyskutowała, pomyślała swoje i pogodziła się z losem. Ale ten bywa kapryśny i niedługo potem okazało się, że stosowana metoda antykoncepcyjna zawiodła i Hadley była w ciąży. Ernest specjalnie zachwycony nie był, ale z czasem pogodził się ze świadomością, że zostanie ojcem. Ich małżeństwo znów wróciło na właściwe tory, ale tylko po to, żeby znów z nich wypaść. Czy tym razem na stałe? Przekonaj się – przeczytaj.

Kiedy zobaczyłam, że „Paryska żona” jest dostępna w mojej bibliotece „od ręki”, następnego dnia pobiegłam na otwarcie, żeby przypadkiem ktoś nie sprzątnął mi jej sprzed nosa. Przy okazji zaopatrzyłam się też w drugą książkę tej samej autorki, czyli „Okrążyć słońce” (recenzja za tydzień). Oba tomy były dosyć dobrze reklamowane i całkiem regularnie przewijały się przez moją tablicę na facebooku, więc przyznam, że po obu historiach spodziewałam się całkiem sporo. A dostałam tylko trochę. W przypadku „Paryskiej żony” zdecydowanie za mało, żeby się zachwycić.

Może z racji wykształcenia wymagam trochę więcej. Może przeczytałam już tyle, że nie fascynuje mnie deklaracja, że autorka opisała prawdziwą historię małżeństwa słynnego pisarza. Może przebija przeze mnie brak romantyzmu. Nie wiem. Dla mnie ta historia była miałka. Nie porwała mnie ani na moment. Męczyłam się, kiedy czytałam i co rusz sprawdzałam, ile stron zostało do końca. Było mi szkoda głównej bohaterki, że była tak naiwna i dała się stłamsić. Jedyne, co zwróciło moją uwagę to w miarę zgodne z historią literatury ukazanie tematu paryskiej bohemy i zakończenie, które (jak na tak słabą powieść) było całkiem przyzwoite. Tylko co z tego, skoro żeby do niego dotrzeć, trzeba było przebrnąć przez niemal 400 stron, które sprawiały, że powieki stają się ciężkie, a w głowie kołatało radosne pytanie: jaka książka będzie następna, kiedy ta wreszcie się skończy?

Nie zniechęcaj się na zapas, jeżeli masz chęć – przeczytaj, a jeżeli nie na tę, to poczekaj, bo już dziś Ci zdradzę, że druga książka tej autorki jest lepsza. Czy rewelacyjna? Powiem Ci za tydzień.

Może cię zainteresować

Dorota Gąsiorowska – Obietnica Łucji
Przeczytaj...
Pocałunek o smaku pomarańczy jako początek końca. Ann Patchett „Dziedzictwo”
Przeczytaj...
Zamień cukier na tłuszcz i chudnij, „Wiecznie głodny?” Davida Ludwiga
Przeczytaj...
Harem, Klatka i osiem żon, czyli „Prywatne życie sułtanów” J. Freely’ego
Przeczytaj...