O tym, że lista lektur obowiązkowych, właściwie dla każdego etapu edukacji, jest skostniała i trąci myszką, już wielokrotnie wspominałam. Często słyszę jednak, że tak naprawdę trudno jest znaleźć książkę, która byłaby na tyle godna uwagi, żeby mogła zastąpić te, które na chwilę obecną młodzi ludzie zobowiązani są znać.

Przez ostatnie trzy tygodnie, kiedy tak krytykowałam poszczególne pozycje, a inne zachwalałam, przekonując, że akurat te powinny zostać w spisie, zastanawiałam się również, które z nowszych tytułów nadawałyby się (pod każdym względem – podkreślam) na teksty obowiązkowe. Przyznam, że nie było wcale tak łatwo, ale w końcu udało mi się wytypować kilka pozycji i z nimi dzisiaj do Ciebie przychodzę.

Zanim jednak wskażę konkretne książki, powiem Ci, jakie kryteria powinna spełniać „nowsza-lepsza lektura”.

5 przykazań lektury szkolnej

Jam jest lektura – przewodniczka Twoja, która rozjaśni literacką ciemność, odegna zmory i sprawi (duchową) przyjemność!

Będziesz miał zajęcia inne przede mną.

Młody człowiek, jeżeli nie jest przyzwyczajony do czytania, może mieć problemy z wygospodarowaniem wolnego czasu na przeczytanie długiej książki. Dzieciństwo czy lata młodzieńcze to okres w życiu człowieka, kiedy ten chce się bawić, a nie zawsze może, bo w szkole siedzi od 8 do 15, potem trzeba odrobić lekcje, pójść na zajęcia dodatkowe, pobiegać na podwórku czy spotkać się ze znajomymi, dlatego idealna lektura jest umiarkowanej długości.

Nie zabijaj (ciekawości do literatury).

Poza tym, umówmy się: większość uczniów nie czyta, bo nie lubi, nie chce, nie ma czasu albo ma problemy z koncentracją. Nie ma sensu narzucać im książki, która ma 500 stron, bo osiągniemy efekt odwrotny od zamierzonego – zniechęcimy młodego człowieka do czytania. Najpewniej na zawsze.

Nie ograniczaj (dostępu).

Biblioteki szkolne zazwyczaj nie są dobrze zaopatrzone. Takie są fakty. Jeżeli w jednym czasie kilka klas zaczyna omawiać tę samą lekturę, pojawia się problem. Dlatego dobrze też zwrócić uwagę na dostępność. Może w internecie?

Pamiętaj, aby temat aktualny święcić.

Dobra lektura powinna poruszać tematy, które są ważne dla osób w konkretnym wieku. Nie każmy gimnazjaliście czytać o miłości silniejszej niż śmierć, bo on tego nie zrozumie. Ale o pierwszej miłości, o przyjaźni, o relacjach międzyludzkich, o poznawaniu siebie, odkrywaniu świata – dlaczego nie?

Nie potępiaj zainteresowań bliźniego swego.

Popularne nie oznacza złe. Spora grupa polonistów, z którymi kiedykolwiek miałam okazję rozmawiać o czytelnictwie i lekturach, uważa, że teksty popularne są złe, że (szeroko pojęta) popkultura jest zła, a nowości wydawnicze należy rzucić w kąt, bo są bezwartościowe. NIE SĄ.

Poza przykazaniami chciałabym wspomnieć o jeszcze jednej kwestii, która (nie tylko w przypadku lektur szkolnych) ma ogromne znaczenie. Cóż to za kwestia?

Nieznośna lekkość… pióra.

Każdy, kto w swoim życiu przeczytał więcej niż jedną książkę, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie każdy tekst jest tak samo przystępny dla czytelnika. A to wszystko za sprawą języka, którym posługuje się autor. Czasem z topornej historii można zrobić majstersztyk, jeżeli pisarz ma tzw. „lekkie pióro”, bo wtedy przez treść się niejako dryfuje, zupełnie bez wysiłku. Częściej jednak, z całkiem dobrej historii czyni się drogę przez mękę. I po co, pytam się? Uczniom powinno się zatem serwować te lżej strawne kąski. Na początek.

No dobrze, teorię mamy już chyba za sobą, a więc nadszedł ten moment, w którym wytypuję obiecane propozycje lektur szkolnych. Zapraszam!

Claire King „Nocna tęcza”. Książka, którą skończyłam czytać zaledwie kilka dni temu, ale która poruszyła mnie na tyle mocno, że bez chwili wahania dopisałam ją do swoich propozycji.

Pea ma 5 lat. Jej ojciec nie żyje, matka jest w ciąży, a na barkach dźwiga brzemię olbrzymiej depresji po śmierci męża. Z łóżka wstaje albo i nie, zależnie od humoru i zapasu sił, których zazwyczaj jej brakuje. Dziewczynka sama się wychowuje, wykonuje obowiązki domowe, opiekuje się matką, przejmuje się „dzidziusiem” i wydaje się być najbardziej dorosłą i odpowiedzialną osobą w domu. Historia tej rodziny chwyta za serce, wzrusza, jest pretekstem do podjęcia refleksji o roli matki, o depresji, o śmierci bliskiej osoby, o potrzebie pomocy i konieczności wyartykułowania prośby o tę pomoc. Język zadziwiająco lekki, płynny, czytelnik nawet nie czuje, że przewraca kolejne strony. I tak powinno być.

Patrick Süskind „Pachnidło. Historia pewnego mordercy”. Moim zdaniem nie ma lepszej powieści, która poruszyłaby temat psychiki zbrodniarza. Nie ma i już. Pomysł na historię dobry, sposób odtworzenia działań wspomnianego mordercy – świetny, a wszystko to napisane tak, że oddziałuje na zmysły, wszystkie. Nie tylko węch. A poza tym porywa, wciąga, fascynuje i… ma mniej niż 300 stron, niezależnie od wydania.

George R. R. Martin „Gra o tron”. Bo skoro Lewis jest dobry i Tolkien jest dobry, to dlaczego nie wziąć pod uwagę Martina? Poziom równie wysoki, a rok wydania jakoś lepiej przyswajalny. A do tego ogrom motywów, bo przecież losy Neda Starka aż się proszą o zestawienie ze średniowiecznymi ideałami rycerza, z Rolandem choćby. Poza tym motyw władzy, który przeplata się przez całą serię i znów – porównać motyw z „Makbetem” i już będzie ciekawiej. I nie będzie gadania, że polski jest nudny, że stary, że zacofany.

Mitologie. Od podstawówki, przez gimnazjum (jeszcze), szkoły ponadgimnazjalne i studia wyższe (humanistyczne) wałkuje się mitologię grecką. Przywołuje się elementy mitologii rzymskiej i na tym w zasadzie wszystko się kończy. I znów zapytam: dlaczego? Przecież mitologia słowiańska czy nordycka są tak szalenie ciekawe, że aż się prosi, żeby je uwzględnić. Więc może zamiast powtarzać milionowy raz mit o Dedalu i Ikarze albo o Prometeuszu, to zapoznajmy uczniów z naszymi rodzimymi wierzeniami. Jakież wtedy będzie zaskoczenie, kiedy tłukąc potwory w Wiedźminie, przypomną sobie lekcje polskiego. Jaka duma będzie, jaka radość. A jaka motywacja do nauki!

Spotkanie po latach z… bajkami dla dzieci! Na najniższym szczeblu edukacji, często jeszcze w domu, dzieci poznają ocenzurowane wersje bajek najpopularniejszych twórców. Niestety, większość ludzi żyje w niewiedzy, nie zdają sobie bowiem sprawy z tego, że historie, które znają, tak naprawdę nie są oryginalnymi baśniami, a dostosowanymi dla najmłodszego odbiorcy przeróbkami. Dlaczego więc, na przykład w gimnazjum, nie nawiązać do tych tekstów, ale tym razem w wersji pierwotnej? Byłaby ciągłość, byłaby ciekawość, same pozytywy.

Mogłabym tutaj mnożyć tytuły, uzasadniać, kombinować, ale w trakcie pisania nasunął mi się właściwie jeden wniosek, prośba, apel – nazwij jak chcesz. Do kogo? Do polonistów, do nauczycieli, do pracowników Ministerstwa Edukacji.

Pozwólmy uczniom bawić się literaturą. Pokażmy, że nauka może być ciekawa, że mądry człowiek to wszechstronny człowiek, to (w końcu) świadomy odbiorca różnych tekstów, także (a może przede wszystkim) popularnych.

Może cię zainteresować

O historii, miłości i umiłowaniu wolności. Lektury w gimnazjum
Przeczytaj...
Harem, Klatka i osiem żon, czyli „Prywatne życie sułtanów” J. Freely’ego
Przeczytaj...
Nadrabianie kryminalnych zaległości, czyli podsumowanie maja
Przeczytaj...
Pocałunek o smaku pomarańczy jako początek końca. Ann Patchett „Dziedzictwo”
Przeczytaj...
Wielbłądy w ogrodach pełnych orków. O lekturach w szkole podstawowej
Przeczytaj...