Powiedzeń o rodzinie w polskiej kulturze funkcjonuje całe mnóstwo. Najpopularniejsze (chociaż negatywne) jest chyba: z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. I trudno się z tym nie zgodzić. Jasne, są osoby (czy właściwie rodziny), które wspierają się we wszystkim, na które można liczyć niezależnie od sytuacji. Są również i takie, dla których to samo nazwisko czy więzy krwi to czysty przypadek.

Matka jest chyba taką osobą / funkcją, z którą rodzina kojarzy się najbardziej. To ona powinna dbać o relacje międzyludzkie, o ciepło, bezpieczeństwo, swobodę. Czasami jednak zdarza się tak, że jakaś kobieta zupełnie nie odnajduje się w tej roli. Wtedy słyszymy w wiadomościach o „matkach Madzi” i jej podobnych.

Dziś przychodzę do Ciebie z książką, której bohaterka nie zabiła swojego dziecka, ale zrobiła coś niewiele mniej ekstremalnego – porzuciła je. Jojo Moyes „Kolory pawich piór”.

Athene była piękną kobietą. Na tyle piękną, że zdołała w bardzo krótkim czasie rozkochać w sobie (i zaciągnąć przed ołtarz) Douglasa – spadkobiercę jednego z większych majątków w okolicy, za którym oglądały się niemal wszystkie kobiety. Jak się z czasem okazało, to nie wygląd zewnętrzny wpłynął tak na mężczyznę, a styl bycia Athene. Była ona osobą bardzo spontaniczną, lubiła łamać konwenanse, nie potrafiła długo usiedzieć w jednym miejscu. Niedługo po ślubie sugerowała mężowi zerwanie kontaktu z rodzicami obojga stron, a to tylko dlatego, że nudziły ją rodzinne spotkania i nie chciała brać w nich udziału. Bardzo często wychodziła z domu, nie lubiła tłumaczyć się z tego, gdzie była i z kim. Snuła plany sprzedaży rodzinnego interesu męża i próbowała przekonać go do przeprowadzki do Włoch. Douglas nie dał się namówić i być może z tego powodu, a być może z przyczyn czysto charakterologicznych, Athene znalazła sobie inny obiekt westchnień i z nim uciekła. Wkrótce potem okazało się, że będzie miała dziecko.

Jej nowy ukochany diametralnie różnił się od męża, przede wszystkim w kwestiach finansowych – był biedny jak mysz kościelna, ale to jej nie przeszkadzało, przynajmniej na początku…

Suzanna Peacock również jest piękną kobietą. Ma męża, jednak w małżeństwie nie dzieje się najlepiej. Przyczyną (przynajmniej częściowo) są niedawne problemy finansowe, które dotknęły ich przez to, że Neil stracił pracę, a Suzanna stres z tym związany próbowała odegnać… zakupami. Z drugiej jednak strony problem wydaje się leżeć głębiej. Neil wierzy, że skoro problemy mają za sobą, to jest to odpowiedni moment na to, aby postarać się o potomstwo, jednak jego żona jest innego zdania. Seks z mężem jest dla niej przykrym obowiązkiem. Ma za to inny plan: chce otworzyć sklep – wierzy, że posiadanie własnego miejsca pozwoli jej na poukładanie myśli i ustabilizowanie emocji. Obiecuje, że za rok wrócą do rozmowy o dziecku.

Czy faktycznie Pawi Zakątek (bo tak nazwie sklep) sprawi, że jej życie stanie się lepsze? Czy niechęć do ludzi nie będzie przeszkodą w prowadzeniu biznesu? Jak potoczą się losy Suzanny i Neila? W końcu: co łączy Athene i Suzannę? Na te pytania odpowiedzi znajdziesz w książce.

A czy warto?

Nie jest to książka, która rzuca na kolana i sprawia, że myślisz o niej jeszcze długo po tym jak skończysz czytać. Historia jest ciekawa, jednak momentami zbyt zagmatwana. Moyes opowiada historie kilku bohaterów, dzięki czemu jesteśmy w stanie zapoznać się z ich losami z wielu różnych perspektyw – i to jest świetne. Z drugiej jednak strony tym, co mi przeszkadzało był brak oznaczenia przejść od jednej osoby do drugiej. Być może to czepialstwo, ale jeżeli ktoś (tak jak ja) czyta w autobusie i nie jest maksymalnie skupiony przez całą lekturę, to w pewnym momencie może dojść do wniosku, że nie wie, kogo dotyczyło jakieś wydarzenie. I tutaj wkradnie się chaos informacyjny.

Jest to powieść bardzo emocjonalna – dostajemy to, do czego autorka przyzwyczaiła nas w swoich pozostałych tytułach, jednak gdybym miała porównać „Kolory pawich piór” ze „Srebrną zatoką” (recenzja tutaj) albo bestsellerowym „Zanim się pojawiłeś” (recenzja tutaj), to najnowsza (przynajmniej na polskim rynku wydawniczym” książka Moyes wypadłaby na ich tle bardzo blado. Nie jest zła. Ale zdecydowanie gorsza od tamtych. A uwierz mi – mam za sobą WSZYSTKIE książki tej autorki, które zostały wydane w Polsce.

Komu zatem mogłabym ją polecić?

Osobom, które nie lubią angażować się w czytaną historię. Takim, które czytają dla zabicia czasu, niekoniecznie dla przyjemności. I raczej tym, którzy czytają dużo, bo jeżeli czytasz mało, to zwyczajnie lepiej sięgnąć po coś lepszego – szkoda czasu.

Za możliwość przeczytania dziękuję

Może cię zainteresować

Jojo Moyes – Zanim się pojawiłeś
Przeczytaj...
Owady rządzą światem. A. Sverdrup – Thygeson „Terra insecta. Planeta owadów”
Przeczytaj...
Wino zamiast zupy i autoutylizacja alkoholu, czyli E. Winnicka „Zbuntowany Nowy Jork”
Przeczytaj...
Współczesna Pocahontas, czyli Jojo Moyes „Srebrna Zatoka”
Przeczytaj...
Ognisty temperament i anielski głos. PRZEDPREMIEROWO: K. Droga „Hanka. Pierwsza powieść o Ordonównie”
Przeczytaj...