Luty to miesiąc, który kojarzy się przede wszystkim z walentynkami i tym, że jest stosunkowo krótki. Niby tylko 2-3 dni mniej, ale zawsze. Mniej czasu na czytanie, na wrzucanie postów, to zbliżający się wielkimi krokami deadline, ale też wiosna i wakacje (coraz bliżej, oczywiście).

U mnie w tym roku (podobnie jak w zeszłym) na luty przypadły dwutygodniowe ferie. Teoretycznie miałam się obijać, czytać książki i pisać posty, żeby mieć „zapas”, praktycznie wyszło tak, że znowu piszę je na ostatnią chwilę, o odpoczywaniu nie było mowy, zmieniłam tylko miejsce, z którego publikuję na blogu. Niewątpliwy pozytyw jest taki, że teraz, jadąc tramwajem do pracy, pochłaniam całkiem sporo tytułów, a zapowiada się jeszcze więcej! Dodatkowo, nieśmiało wygląda do nas wiosna, a to sprzyja mobilizacji, więc może niedługo faktycznie napiszę kilka postów na zapas. No właśnie, może.

Dzisiaj jednak przychodzę do Ciebie z podsumowaniem lutego i już na wstępie mogę powiedzieć, że był nieco lepszy niż styczeń. Dlaczego? A dlatego, że pojawiły się trzy posty (a w styczniu dwa). Do planowanych czterech w miesiącu jeszcze trochę brakuje, ale jestem na dobrej drodze. No dobra, zaczynamy!

Ile w miesiącu?

Pod względem ilości przeczytanych książek luty wypadł odrobinę słabiej niż styczeń, bo przeczytałam równo 10 tytułów. Zaczęłam również dwa inne (jeden w formie papierowej, drugi w formie e-booka), jeden z nich ma niespełna 800 stron, więc masochizmem byłoby wożenie go do pracy, także leży sobie i łapię się za niego „z doskoku”. Tak czy inaczej – dziesięć. Jakich?

Gail Carriger, „Bezzmienna” i „Bezgrzeszna”, czyli druga i trzecia część z cyklu „Protektorat parasola”. Z tego, co widziałam na lubimyczytać są też kolejne, ale w najbliższym czasie specjalnie rzucać się na nie nie będę. Książki nie były porywające, beznadziejne też w sumie nie, ale jest tyle ciekawszych tytułów, że kontynuację tej serii zostawię sobie na bliżej nieokreśloną przyszłość. Lubię wilkołaki, kocham wampiry, ale tutaj jest ich jednak zbyt mało. Szkoda.

Katarzyna Puzyńska, „Dom czwarty”. Kolejna część cyklu „Lipowo”, w którym zaczytuję się od jakiegoś czasu. Tym razem również mamy morderstwo, martwe ptaki, podejrzane miasteczko, nawiedzony dom i zaginioną Klementynę. Autorka trzyma poziom, oby tak dalej. Mam wrażenie, że jest to jedna z ciekawszych części w całej serii. Chociaż przyznam, że wątek Daniela Podgórskiego nieco mnie męczy i najchętniej ominęłabym jego alkoholowo-miłosne perypetie szerokim łukiem.

Jo Nesbø, „Syn”. Autor, którego nazwisko widuję niemalże na każdym blogu, na każdej stronie, na tablicy na Facebooku i na reklamach, kiedy idę ulicą. Długo nie mogłam się zmobilizować, żeby sięgnąć po jakąś książkę jego autorstwa, ale w końcu się przemogłam. I w sumie żałuję, bo spodziewałam się pozycji, która powali mnie na kolana, której akcję będę rozpamiętywać i analizować na długo po tym jak skończę czytać, a wyszło na to, że przeczytałam zupełnie przeciętną historię, która zachwytu we mnie nie wzbudziła. Dlatego w najbliższym czasie (a kto wie, może w dalszym też…) na pewno nie sięgnę po kolejne książki Nesbø.

Saroo Brierley, „Lion. Droga do domu”. Zanim zetknęłam się z książką, zobaczyłam plakat filmowy, który mnie zaciekawił. Potem dostałam propozycję zrecenzowania tej książki w ramach współpracy z wydawnictwem, ale przeszła mi koło nosa, bo poprzednią przesyłkę listonosz sobie przywłaszczył. Ale no nic, ostatecznie trafiłam na tę książkę w bibliotece, przeczytałam i się cieszę. Nie jest w sumie zachwycająca, jeżeli chodzi o sposób, w jaki została napisana, ale sama historia małego chłopca, który gubi się i nie może znaleźć swojego brata, trafia więc do domu dziecka, a potem do rodziny zastępczej na innym kontynencie, ażeby potem przez większość życia szukać swojej rodzinnej miejscowości – to już mnie porusza. Zwłaszcza, że jest to opowieść oparta na faktach, ba! W książce zamieszczone są zdjęcia autora – głównego bohatera. Warto.

Amanda Michalopoulou, „Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę?”. Przyznam szczerze, że po tym tytule spodziewałam się powieści dla nastolatek. Nie przeczytałam opisu, który znajduje się na odwrocie okładki, więc mam za swoje. Ale z drugiej strony, to aż tak źle nie było. Jest to historia dwóch dziewczynek (później kobiet), które poznały się (i polubiły) w szkole, a które pochodzą z zupełnie różnych domów. To tak, jakby dzisiaj zaprzyjaźniły się ze sobą: córka zagorzałych wyznawców Prawa i Sprawiedliwości z córką działaczy KODu. Widzisz? Masakra. Ale sama książka niezła. Pokazuje, jak bardzo poglądy są w stanie wpłynąć na relacje międzyludzkie, jak bardzo potrafią być destrukcyjne i do czego potrafią doprowadzić.

Alek Rogoziński, „Do trzech razy śmierć” z cyklu „Róża Krull na tropie”. Druga książka tego autora, którą miałam okazję czytać. (Pierwszą recenzowałam tutaj.) I muszę przyznać, że jest dużo lepiej! Róża Krull jest polską pisarką, która zostaje zaproszona na kilkudniowy event za miastem. Nie pała zachwytem, ale zostaje niemalże zmuszona przez swojego menadżera / agenta i takim cudem trafia w sam środek swojego kryminału. Dlaczego? A dlatego, że w krótkich odstępach czasu zostają zamordowane inne uczestniczki przedsięwzięcia, również pisarki. Mało tego, zostają zamordowane w taki sposób jak bohaterki jednej z powieści Róży, a przy zwłokach każdorazowo znaleziony zostaje kwiat. Jaki? Domyśl się, trudno nie będzie. Ciekawie, z humorem, intryga też jakaś bardziej wyrazista. Wyrabia się ten Rogoziński, polecam!

Carin Bondar „Dziki seks. Niesamowite, zaskakujące i absolutnie porażające fakty z życia intymnego zwierząt”. Książka, o której opowiadałam Ci już tutaj, dlatego nie będę się powtarzać. Ciekawa, na pewno przyda się każdemu, kto lubi wiedzieć więcej, niż inni, każdemu, kto lubi zwierzęta albo interesuje się seksem, nie tylko w wariancie praktycznym.

Tomasz Marzec, Joanna Kryńska, „Onkolodzy. Walka na śmierć i życie”. Kiedy wypożyczałam tę książkę z biblioteki, spodziewałam się powieści o onkologach, którzy zmagają się ze swoim zawodem, powieści fabularyzowanej, coś jak „Ostry dyżur” na przykład. Okazało się, że jest to zbiór wywiadów z onkologami, którzy na co dzień pracują w szpitalach i mają styczność z ludźmi chorymi na raka. Odpowiadają na szereg pytań, które nie zawsze są łatwe. Dowiadujemy się, że chociaż od wielu lat są prowadzone badania, to jednak często człowiek – lekarz w starciu z chorobą jest bezradny. Dowiadujemy, że cuda czasem się zdarzają, ale nie osiągają tak wielkich rozmiarów jak w filmach. Dowiadujemy się, że lekarzowi też ciężko jest odmówić pacjentowi leczenia, ale czasami po prostu nie da się inaczej, czasami nie ma ratunku.
Nie jest to pozycja prosta i przyjemna. Jest przygnębiająca, dołująca, ale do bólu prawdziwa i dlatego warto ją przeczytać.

Michael Breus, „Potęga KIEDY. Żyj w zgodzie ze swoim naturalnym rytmem”. Recenzja tej książki pojawi się już niebawem na blogu, więc nie będę się tutaj rozpisywać. Powiem tylko tyle: jak opowiedziałam o niej w pracy, to nagle zrobiła się kolejka osób, które chcą ją pożyczyć. Fajnie 🙂

Ile w 2017?

Jedenaście książek w styczniu i dziesięć w lutym daje dwadzieścia jeden przeczytanych pozycji w 2017 roku. Mam nadzieję, że dalej pójdzie przynajmniej tak dobrze jak teraz, a wtedy kto wie: może pobiję ubiegłoroczny rekord?

Zaadoptowałam

W lutym znowu nie popisałam się z książkami, które przygarnęłam, ale na mojej półce pojawiły się cztery nowe tytuły.

Wspominana już i recenzowana pozycja Carin Bondar „Dziki seks…”, którą dostałam w ramach współpracy recenzenckiej z wydawnictwem Znak Literanova.

Podobnie dwie inne książki: Michael Breus „Potęga KIEDY…” I Jamesa Rebanksa „Życie pasterza”, która swoją premierę ma dopiero 29 marca, więc niecierpliwie wyczekuj na recenzję, na pewno niebawem się pojawi! 🙂

Czwarty tytuł kupiłam na festiwalu książki w Biedronce, tytuł zachęcający, opis też, okładka przyjemna dla oka, a i cena (9,99) przystępna, więc wzięłam, czy pożałuję – zobaczymy. A co to za tytuł? Uzupełnię w najbliższym czasie, bo zostawiłam go u mamy i nie pamiętam, Wiem, wstyd!

Plany na marzec

Na pewno mam zamiar dokończyć zaczętą ostatnią część trylogii „Millenium” oraz „American Psycho”. Poza tym mój stosik książek, które przytaszczyłam ze sobą (z biblioteki!) sukcesywnie rośnie, zamierzam go opanować 🙂

Może cię zainteresować

Rak, gejsze, Gra o tron i 101 procent normy, czyli podsumowanie grudnia
Przeczytaj...
Tematyczny miszmasz w zimowej aurze, czyli podsumowanie listopada
Przeczytaj...
Miłość, pieniądze i wielka sława. „Nie zapomnij mnie” Anna Bellon
Przeczytaj...
Sułtan, Czarnoksiężnik, Komornik i zaginione dziecko. Podsumowanie czerwca
Przeczytaj...
Lepiej mało, ale dobrze czy dużo, ale kiepsko? Podsumowanie stycznia
Przeczytaj...