Podróże to dziedzina życia, która fascynuje wiele osób. Nic dziwnego, bo jest w niej mnóstwo niewiadomych, świadomość tego, że czekają na nas przygody i tego, że choćbyśmy jechali kilka razy w to samo miejsce, to i tak najpewniej nie będzie tak samo jak poprzednim razem. Coś na pewno się zmieni.

Wyjazdy kojarzą nam się z odpoczynkiem. I znowu – nic dziwnego, ponieważ zdecydowana większość z nas tylko raz w roku może sobie pozwolić na to, żeby gdzieś pojechać. Bo tylko wtedy jest urlop. Bo ograniczone fundusze i wiele innych kwestii.

Mnie zawsze fascynowali ludzie, dla których sensem życia jest podróżowanie. Słuchałam z zapartym tchem opowieści Arkadiusza Pawełka, który pewnego razu pojawił się na spotkaniu z uczniami w mojej szkole. Często nie chciało się wierzyć, że to, co widać na zdjęciach może być prawdziwe. A jednak.

Podróże są również bardzo chodliwym motywem literackim. Właściwie w każdej książce bohater gdzieś się przemieszcza (tak, to też można podciągnąć pod podróż), w innych dokądś zmierza, a jeszcze w innych sama podróż jest celem samym w sobie. Mamy nawet osobny nurt nazwany „powieścią drogi”. Dziś przychodzę do Ciebie z książką, w której ta droga jest dosyć umowna. Bo morska. Mateusz Janiszewski „Ortodroma”.

Przyznam, że dla mnie jako podróżniczego laika tytuł był bardzo enigmatyczny, więc czytanie rozpoczęłam od sprawdzenia, czym właściwie jest ortodroma. Daleko szukać nie musiałam, bo odpowiedź znajduje się na odwrocie książki 🙂 Czego się dowiedziałam?

Ortodroma – najkrótsza droga pomiędzy dwoma punktami na powierzchni kuli biegnąca po jej powierzchni.

Janiszewski opisuje podróż, która ma powtórzyć trasę wyprawy z 1914 roku, kiedy to Ernest Shackleton na pokładzie Endurance wyruszył w kierunku Antarktydy. Niestety, do celu nie dotarł, ponieważ na ostatniej prostej – dosłownie dzień drogi przed końcem – statek został uwięziony w lodzie. Czy po tylu latach ta sama podróż okaże się łatwiejsza? Na to pytanie odpowiada ta książka.

Niewiele ponad dwieście stron, wydawać by się mogło, że godzina, maksimum dwie czytania, a treści tyle, że żeby odpowiednio przetworzyć całość, każde zdanie wypadałoby przeczytać kilka razy, a i tak nie będzie pewności, że udało nam się wyłuskać wszystko to, co autor chciał przekazać.

Trzy główne części, dwadzieścia jeden rozdziałów. Tak Janiszewski podzielił swoją książkę. Każda z nich opowiada o czymś innym, a wszystkie razem tworzą świetną całość. Ale czy każdemu się spodoba? Otóż nie. To tytuł, który przypadnie do gustu wielbicielom „Jądra ciemności” Conrada. Nie jest to typowa powieść podróżnicza, a tekst, który od czytelnika wymaga trochę więcej, który przekazuje więcej, o ile tylko zechcemy otworzyć się na przekaz.

Reasumując? Czytelnikowi wymagającemu polecam. Niedzielnych czytelników odsyłam do innych tytułów 🙂

PS Dzisiaj krótko, bo i książka niedługa, więc co tu się rozpisywać!

Za możliwość przeczytania dziękuję:

 

Może cię zainteresować

Filozoficzne rozważania przy naprawie motocykla, „Zen i sztuka obsługi motocykla”
Przeczytaj...
O zachwycie wojną i rozczarowaniu magią, czyli podsumowanie października
Przeczytaj...
Pizza, moda i mafia, PRZEDPREMIEROWO: A. Perry, „Dobre matki…”
Przeczytaj...
Tym straszniejsze, że prawdziwe… M. Wójcik „Treblinka ’43. Bunt w fabryce śmierci”
Przeczytaj...
Emancypacja w czasie II wojny? J. Egan „Manhattan Beach”
Przeczytaj...