Są takie dni w życiu, niby niepozorne, niby zwykłe, a jednak odciskają się piętnem na naszej przyszłości. Czasami jedno słowo potrafi wiele zmienić, podobnie jeden gest, w skrajnych przypadkach – spojrzenie. Przez kolejne dni, tygodnie i lata przewija się obok nas całe mnóstwo ludzi i naprawdę trudno stwierdzić od razu, kto zostanie na dłużej, kto odejdzie i zostanie zapomniany, a kto odejdzie, ale tak naprawdę jego cząstka już zawsze będzie z nami.

Każdy przeżywa życie po swojemu, po drodze poznajemy historie innych ludzi: naszych znajomych, osób im bliskich, ale nam nieznanych, ludzi z naszego otoczenia, czy bohaterów książek, którzy albo mają coś wspólnego z realnością, albo i nie.

Rzadko jednak (jeżeli nie liczyć ciągnących się jak „Moda na sukces” serii wydawniczych) udaje nam się poznać większy fragment historii życia danego bohatera. Zazwyczaj mamy wydarzenie, które staje się osią fabularną powieści i poznajemy, w najlepszym wypadku, kilka lat przed nim i kilka po nim. Niby sporo, ale jednak niekoniecznie, biorąc pod uwagę fakt, że przeciętny człowiek żyje jakieś 70 lat. Powiesz, że w naszym życiu nie ma aż tyle ciekawych historii, żeby opisywać każdy rok po kolei? Pewnie masz rację.

Ostatnio w moje ręce wpadła powieść Ann Patchett „Dziedzictwo”. Przez wydawcę reklamowana jako:

Książka roku według „New York Timesa”, „The Washington Post”.

A w kwestii fabuły:

„Dziedzictwo” to historia konsekwencji przypadkowego spotkania, które zdeterminowało życie całej grupy zupełnie obcych sobie osób.

Powiedziałabym, że samo spotkanie do końca przypadkowe nie było, ponieważ chodzi o chrzciny, jednak przypadkowo zaproszono Berta, który gospodarza zna tylko ze słyszenia, ale żeby nie siedzieć w domu ze swoją żoną, łapie butelkę alkoholu z domowego barku i udaje się na przyjęcie. Żeby zaskarbić sobie przychylność pozostałych gości, zajmuje się wyciskaniem soku z pomarańczy i serwowaniem z niego (i dżinu) drinków.

W pewnym momencie Fix – gospodarz, prosi go o sprawdzenie, gdzie jest jego córeczka, gość wyrusza więc na poszukiwania i znajduje dziewczynkę w ramionach matki. Beverly (bo tak ma na imię matka) jest już trochę pijana, podobnie jak Bert, który od początku przyjęcia uważa, że jest między nimi coś niezwykłego, jakaś chemia. Może ze względu na tę tajemniczą więź między nimi, a może przez alkohol, który wypili w czasie przyjęcia, nagle zaczynają się całować.

Powiesz, że nic takiego, kolejna zdrada w małżeństwie. I znów, pewnie masz trochę racji, ale tutaj ta zdrada odbije się piętnem na życiu dwóch rodzin.

Pocałunek jest początkiem końca dwóch małżeństw, jednakże nie jest to przelotny romans, który wszystko psuje, a nic nie buduje (nawet nie czuję, że rymuję!). Z gruzów, które zostają po tych rodzinach powstaje zupełnie nowa. W zupełnie nowym miejscu. Tylko dzieci pozostają te same, wspólne.

„Dziedzictwo” opowiada historię czwórki rodziców i szóstki dzieci, których łączą wydarzenia z przeszłości. Towarzyszymy bohaterom przez pięćdziesiąt lat życia, jesteśmy cichymi obserwatorami ich szczęścia, cierpienia, niepewności, nadziei i chwil determinacji. Dowiadujemy się, co nimi kieruje przy podejmowaniu poszczególnych decyzji i jakie są ich konsekwencje.

Najciekawszy, moim zdaniem, wątek to romans Franny z Leo Posenem – pisarzem, autorem książki pod wymownym tytułem „Dziedzictwo”. Na jej podstawie zostaje nakręcony film, a bohaterowie, no cóż – nie są szczególnie zadowoleni z faktu, że historia ich życia jest wyświetlana na dużym ekranie.

Powiesz, że nic w tej powieści niezwykłego i, po raz kolejny dzisiaj, będzie w tym sporo racji.
Ale wszystko zależy od tego, czego się po lekturze spodziewamy. Książka Patchett to typowa powieść obyczajowa, zbliżona klimatem do „Małego życia”, ale zdecydowanie mniej kontrowersyjna. Jeżeli znamy się trochę dłużej, to wiesz, że powieść Yanagihary doprowadza mnie do szału, a jak widzę kolejną osobę, która ją czyta, to mam ochotę popukać się w czoło i zapytać czy dotarła już do cytatu o tamponie.

W moim prywatnym zestawieniu „Dziedzictwo” wygrywa z „Małym życiem”.

Ale podsumujmy. Jak już wspomniałam: książka obyczajowa, napisana dosyć chaotycznie, co spowodowane jest zmienną narracją, która (z drugiej strony) pozwala nam lepiej poznać dzieje bohaterów, ale z drugiej sprawia, że przeciętny czytelnik się gubi i musi poświęcić chwilę na uporządkowanie faktów.
Prawdziwa gratka dla osób, które w książkach szukają prawdziwości i lubią porównywać życie bohaterów ze swoim własnym. Wszystko tutaj jest prawdopodobne, wszystko mogło się wydarzyć. A może się wydarzyło?

Jeżeli od książki na wakacje wymagasz czegoś więcej, niż szczęśliwego zakończenia, to myślę, że warto dopisać tę pozycję do swojej listy.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu:

Może cię zainteresować

Internet, koleżanka, praca czy kaprys? O tym, jak wybrać dobrą książkę.
Przeczytaj...
Kraina Jezior i mała stabilizacja, PRZEDPREMIEROWO: J. Rebanks, Życie pasterza
Przeczytaj...
Przekręt stulecia, czyli „Jak zrujnować królową…” Jonathana Beckmana
Przeczytaj...
Miłość, pieniądze i wielka sława. „Nie zapomnij mnie” Anna Bellon
Przeczytaj...
Rak, gejsze, Gra o tron i 101 procent normy, czyli podsumowanie grudnia
Przeczytaj...