Początek miesiąca to w blogosferze każdorazowo okres różnorakich podsumowań. Tym razem postanowiłam się włączyć w ten trend i opublikować własne. Czy to będzie pierwszy raz z wielu, czy pierwszy i ostatni, nie wiem, przekonamy się za miesiąc 😉

Wrzesień to miesiąc, który wiąże się z końcem beztroskiego leniuchowania, brakiem możliwości spania do 10, spacerowania przez wiele godzin, wyjazdów, wyjść i bezkarnego czytania książek do 2 w nocy. To czas, kiedy dzieci (i młodzież) wracają do szkoły, a ja do pracy… w szkole. Z dnia na dzień trzeba się przestawić z wygodnego nic-nie-robienia na wysokie obroty i uwierz mi, to nie jest łatwa ani przyjemna sprawa. A na dodatek zajmuje całe mnóstwo czasu i kosztuje trochę zdrowia. W każdym razie, ja już się z tą kwestią uporałam, chociaż moja czytelnicza aktywność trochę na tym ucierpiała. Ale koniec paplania, przechodzę do rzeczy.

Ile z dziesięciu?

Od 1 września do 30 września udało mi się przeczytać 10 książek. Czy to dużo, czy mało, trudno stwierdzić, ale myślę, że to całkiem dobry wynik jak na takie ograniczenia czasowe. Co takiego wpadło w moje ręce?

„Paryska żona” Pauli McLain, której recenzję znajdziesz tutaj, a która mnie nie zachwyciła ani trochę. Kolejna przeciętna historia, której za jakiś czas najpewniej nie będę pamiętała.

„Okrążyć słońce” również Pauli McLain, recenzję również znajdziesz na blogu (tutaj) i tym razem było dużo lepiej, odzyskałam wiarę w tego typu twórczość i od ogromnej niechęci doszłam do stwierdzenia, że BYĆ MOŻE jeszcze kiedyś sięgnę po jakąś książkę tejże autorki.

„Maestra” L.S. Hilton. Książka, która wydawała się mieć potencjał, której fabuła była naprawdę interesująca, ale utonęła w niezwykle wulgarnych opisach aktów cielesnych, których główna bohaterka doświadczyła na kartach powieści całe mnóstwo.

„Nocna tęcza” Claire King. Powieść, która przez pierwsze kilkadziesiąt stron budziła we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony wydawało się, że jest po prostu dziwna, ale z czasem tak mnie poruszyła, tak chwyciła za serce i zmusiła do refleksji, że jeszcze długo będę ją wspominać. Zaliczyłam ją nawet do książek, które mogłyby zostać wcielone do kanonu lektur szkolnych. To zobowiązuje 😉

„Klinika śmierci” Harlana Cobena. Moje pierwsze spotkanie z twórczością tego autora i z pewnością nie ostatnie, bo chociaż historia na kolana nie powaliła, to była interesująca i napisana w tak przystępny sposób, że niemal nie czułam, że czytam.

„Lekcja anatomii” Niny Siegal. Książka, która cofa nas w czasie i opowiada historię powstawania obrazu „Lekcja anatomii doktora Tulpa” pędzla Rembrandta. Pozycja ciekawa, przeczytać warto, ale jest całe mnóstwo lepszych tytułów.

„Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży: bez cenzury” Philipa Pullmana. To chyba tom, który w tym miesiącu zawiódł mnie najbardziej. Uwielbiam baśnie, zarówno te w formie książkowej, jak i ich animowane adaptacje. Z czasów studiów znałam kilka historii w oryginale, miałam nadzieję, że poszerzę swoją wiedzę o kolejne, których jeszcze nie znałam, a tu nic z tego.

„Zimne. Polki, które nazwano zbrodniarkami” Marka Łuszczyny. Książka dosyć kontrowersyjna. Zawiera pięć reportaży o kobietach, które dawniej nazwano zbrodniarkami. Łuszczyna próbuje oczyścić je z postawionych im zarzutów i zbadać sprawę na nowo. Wszystko pięknie, ale bohaterki wydają się być wybrane na chybił-trafił, a na coś takiego autor nie powinien sobie w tym przypadku pozwolić. Dla biernego odbiorcy tak, dla dociekliwego już niekoniecznie.

„Grzech jest kobietą” praca zbiorowa pod redakcją Ewy Wołkanowskiej-Kołodziej. Tytuł, który jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Znów, jest to zbiór 12 historii o kobietach, z którymi „coś jest nie tak”. Mamy tutaj kociary, kobiety samotne, chorujące na przypadłości, które nie pozwalają im na uprawianie seksu, takie, które żyją w cieniu żony jako „te drugie” i mamy… Katarzynę W., o której głośno było kilka lat temu, kiedy okazało się, że zamordowała swoją córeczkę. Pozycja ciekawa, to na pewno.

„Łaskun” Katarzyny Puzyńskiej, o którym wspominałam całkiem niedawno (tutaj). Kolejny tom z cyklu „Lipowo”, który utrzymuje poziom i sprawia, że z niecierpliwością czekam na listopad i premierę części siódmej, czyli „Domu czwartego”. Są zwłoki, intrygi, nowi ludzie i zagadki. Czego chcieć więcej?

Ile na liczniku?

Jak pewnie wiesz, a jeżeli nie wiesz, to właśnie się dowiadujesz, jako postanowienie noworoczne wyznaczyłam sobie przeczytanie 120 książek w 2016 roku. Początkowo szło mi całkiem sprawnie, potem było trochę gorzej i złapałam mały poślizg, ale pod koniec wakacji znowu wzięłam się w garść i nadrobiłam. Na chwilę obecną na liczniku mam dokładnie 90 książek, a kalkulator na goodreads.com mówi, że jestem o 1 książkę „do przodu”. Oby tak dalej! 😉

Zaadoptowałam

Myślę, że jest ziarno prawdy w powiedzeniu, że zapalony czytelnik książek nie kupuje, on je adoptuje. We wrześniu do mojej biblioteczki dołączyło całkiem sporo nowych tytułów, głównie za sprawą tego, że miałam urodziny. Co takiego przygarnęłam?

Serię książek o Harrym Potterze (w zupełnie nowym wydaniu!), w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia i która wzbudza uśmiech na mojej twarzy za każdym razem jak tylko spojrzę w jej kierunku.

„Wład Palownik. Prawdziwa historia Drakuli” C. C. Humphreysa, czyli kolejny prezent urodzinowy, który uzupełnia moją wampirzą biblioteczkę 😉

„Ja, diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk to książka, która od wielu lat gości na mojej liście „do przeczytania”, w bibliotece każdorazowo dostępna od ręki była druga albo trzecia część, a o zamówieniu pierwszej zapominałam. Teraz mam na półce (znów – prezent), więc w końcu przeczytam.

„Zapiski oficera z niewoli” Piotra Nikołajewicza Palija to książka, którą dostałam w ramach podziękowania za pracę w jury konkursu organizowanego przez moją szkołę. To dopiero była niespodzianka! 😉

Na koniec w ramach prenumeraty „Kolekcji romantycznej” doszły trzy tomy: „Lady Susan, Watsonowie, Sanditon”, „Mansfield Park cz. 1” i „Mansfield Park cz. 2”, wszystkie autorstwa Jane Austen.

Wychodzi na to, że wrzesień zaowocował 13 nowymi książkami. Miejsce na półce jeszcze jest! 😉

Plany na październik

Październik to miesiąc luźniejszy, pogodziłam się już z faktem, że trzeba wracać do pracy i coraz lepiej wychodzi mi organizowanie swojego czasu, dlatego mam nadzieję, że z czytaniem pójdzie równie sprawnie. Zaczynam od „Małego życia”, a co dalej – zobaczymy.

Może cię zainteresować

Teksty Kultury i przeklęty brak czasu, czyli podsumowanie października
Przeczytaj...
Tematyczny miszmasz w zimowej aurze, czyli podsumowanie listopada
Przeczytaj...
O tym jak ojciec podpalił córkę, „Najlepszy powód, by żyć” Augusta Docher
Przeczytaj...
Rak, gejsze, Gra o tron i 101 procent normy, czyli podsumowanie grudnia
Przeczytaj...
Nadzieja ukryta pod jemiołą, R. P. Evans, „Hotel pod jemiołą”
Przeczytaj...