Ekologia od kilku lat jest dosyć głośnym i (wydaje się) modnym tematem. Ludzie coraz bardziej świadomie podchodzą do kwestii segregowania śmieci, w miarę finansowych możliwości starają się wybierać naturalne produkty, co przekłada się nie tylko na ich kondycję fizyczną i zdrowotną, ale także ma zbawienny wpływ na środowisko.

Od kilku lat jesteśmy obligowani przez prawodawcę do segregowania śmieci: jeżeli chcemy płacić niższy czynsz – segregujemy, jeżeli zaś nie zależy nam na niższych rachunkach, możemy nadal wrzucać wszystko do jednego worka. Nie brzmi to jak skuteczny plan, ale trzeba przyznać – jest lepiej, niż było.

Przyznam, że sama nie jestem, jak zwykłam mówić, ekofreakiem. Od czasu do czasu przeczytam poradnik o zdrowym odżywianiu albo książkę, która ma odkryć przede mną sekrety zdrowej i promiennej cery i zazwyczaj tam spotykam się z zagadnieniami związanymi z ekologią. No dobra, byłam jeszcze na lekcji w ZOO na temat zagrożonych gatunków, a u mnie w pracy jest ekologiczna pracownia fryzjerska. Ale to już naprawdę wszystko. Aha, no i śmieci segreguję zazwyczaj.

Śmieci to temat dosyć drażliwy. Zadziwia mnie to, jak szybko kubeł staje się pełny i każdorazowo zastanawiam się, czy aby na pewno sama wyprodukowałam aż tyle. I wygląda na to, że tak. Próbuję z tym walczyć, ale na razie udało mi się wyeliminować zalewające mnie tony foliówek, które zastąpiłam materiałowymi torbami, które staram się mieć zawsze w torebce. Dodatkowa korzyść z nich jest taka, że trudniej w nich o dziurę czy urwane ucho 😉

Zapytasz, dlaczego właściwie zaczęłam dziś od ekologii i produkcji śmieci? Otóż odpowiedź jest prosta. Przychodzę do Ciebie z recenzją książki „Życie zero waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej” Katarzyny Wągrowskiej.

Książka została napisana przez kobietę, która za cel postawiła sobie ograniczenie do minimum produkcji śmieci. Wypowiedziała wojnę foliówkom, plastikom i innym przetworzonym materiałom. Akceptuje to, co naturalne, to, co szybko się rozkłada i to, co może wykorzystać ponownie.

Do momentu, kiedy sięgnęłam po tę pozycję, nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak koncepcja / filozofia zero waste i przyznam, że z zaciekawieniem czytałam o założeniach tejże idei.

Autorka opowiada o tym, jak stopniowo zmieniała swoje życie i nawyki, jakie przeszkody napotykała na swojej drodze i w jaki sposób sobie z nimi radziła. Podpowiada, jak zabrać się za ograniczanie śmieci, pokazuje, że to wcale nie jest takie trudne, jak może się wydawać. Ale od początku.

Wągrowska chodzi do sklepu z własnymi pojemnikami. Kiedy kupuje ser, mięso czy wędlinę, to prosi, aby włożyć jej produkt do szklanego pojemnika, koniecznie bez użycia rękawiczek i papieru, który następnie będzie trzeba wyrzucić. Warzywa i owoce w supermarkecie wypakowuje bezpośrednio na taśmę (tak, z ziemniaków osypuje się błoto), a następnie wszystko wkłada do swojej materiałowej torby na zakupy. Tylko owoce, które łatwo mogą się rozgnieść (jak maliny czy truskawki) zamyka w specjalnych pojemnikach, które również przynosi z domu.
Każdy produkt stara się kupować na wagę: od przypraw, przez herbatę, ryż, kasze, makarony, po półprodukty potrzebne jej do wytwarzania środków czystości.

No właśnie, autorka nie używa kupnych detergentów, ponieważ same w sobie niekorzystnie wpływają na środowisko, a poza tym są sprzedawane w nieodpowiednich opakowaniach, które potrzebują wielu lat, żeby się rozłożyć. Do sprzątania używa głównie octu, sody oczyszczonej i kwasku cytrynowego, do prania specjalnych kasztanów albo mieszanki na bazie płatków mydlanych, a wszystko to wytwarza sama (ewentualnie z pomocą męża).

Makijaż, jak się okazuje, również nie stoi w parze z ekologią, ponieważ zdecydowana większość kremów i innych „mazideł” jest zamknięta w nieekologicznych pojemniczkach. I znów, autorka przetestowała na sobie wiele zamienników, jak sama przyznaje, początkowo nie było łatwo, ponieważ jej twarz świeciła się od nałożonych olejów, a włosy były tłuste, nie mogła też zrobić perfekcyjnej kreski eyelinerem. Metodą prób i błędów znalazła swoje sposoby (jak na przykład tusz do kresek w szklanym opakowaniu) i ekologiczne zamienniki wcześniej używanych kosmetyków i, jak podkreśla, teraz nie wyobraża sobie powrotu do wcześniejszych nawyków.

Tym, co zaciekawiło mnie najbardziej była kwestia ubrań. Wągrowska od początku książki podkreśla, że wyznaje minimalizm. Kupuje droższe ubrania, ale lepszej jakości, które mają służyć jej przez wiele lat. Nie ulega trendom, kupuje uniwersalne fasony i wzory, przez co (podobno) ma dużo miejsca w szafie i nie zalegają jej niepotrzebne ubrania. Ciekawe. Ja chyba tak nie umiem, lubię mieć dużo ubrań i sama widzę, jak zmienia się mój gust, choćby w kwestii kolorów, które noszę.

Mogłabym Ci przytaczać kolejne przykłady i dziedziny życia, w których autorka wprowadziła znaczące zmiany, żeby uczynić swoją egzystencję bardziej przyjazną dla środowiska, jednak odebrałabym Ci całą przyjemność z czytania (zakładając, że temat Cię zaciekawił), dlatego na tym zakończę.

A jak oceniam tę pozycję?

„Życie zero waste…” to książka, która wielu osobom odkryje nieznane, ponieważ omawiana w niej ideologia nie jest (jeszcze?) zbyt popularna. Co za tym idzie, to tytuł, który jest prawdziwą skarbnicą wiedzy: przedstawia nam ideę zero waste, zawiera historie z życia wzięte, więc sprawia, że jeżeli już zdecydujemy się spróbować postępować według tych wskazówek, to szybko nie zrezygnujemy, bo autorka pokaże nam, że niepowodzenia są czymś zupełnie normalnym i często trzeba wypracować swój własny złoty środek. Poza tym są również wywiady z osobami różnych narodowości, które opowiadają o tym, jak realizują koncepcję zero waste w swoim życiu, jak państwo im pomaga, co chcieliby ewentualnie zmienić. Znajdziemy w tej książce również całe mnóstwo przepisów: na domowej roboty jogurt naturalny, na pastę do zębów, proszek do prania, a nawet wskazówki, jak kompostować odpady organiczne.

Przyznam, że sama nie planuję rozpoczynać przygody z wprowadzaniem ideologii zero waste do swojego życia codziennego, ponieważ mam wrażenie, że przybędzie mi całe mnóstwo obowiązków w moim (i tak ograniczonym) czasie wolnym, ale mimo to czuję się bogatsza o to, czego dowiedziałam się z tej książki i cieszę się, że są osoby, które dbają o planetę bardziej, niż ja 😉

Za możliwość przeczytania dziękuję

Może cię zainteresować

Niewybredne zaloty do starych babć, czyli „Wymazane” M. Witkowskiego
Przeczytaj...
O tym jak ojciec podpalił córkę, „Najlepszy powód, by żyć” Augusta Docher
Przeczytaj...
Pizza, wino i święty spokój, czyli „Wielki Ogarniacz Życia…” Pani Bukowej
Przeczytaj...
Lipowo, Czarna Madonna i czytanie w myślach, czyli podsumowanie października
Przeczytaj...
Błękitne koszmary? Katarzyna Michalak, „Błękitne sny”
Przeczytaj...