Chociaż dzisiaj nie traktuje się tego tak poważnie jak jeszcze kilka lat wcześniej, to małżeństwo (według filozofii chrześcijańskiej) miało być czymś świętym, opartym na wzajemnej miłości, szacunku i sojuszu dwóch dusz. Małżonkowie winni sobie pomagać, wspierać się, być ze sobą na dobre, a przede wszystkim na złe.

Historia pokazuje, że nie zawsze tak było, że przez wiele wieków poza wspomnianym sojuszem dusz, ważną rolę odgrywały kwestie finansowe, a mezalians był czymś bardzo niepożądanym. Współcześnie nie jest tak piętnowany, każdy może dobrać sobie partnera czy partnerkę według sobie tylko znanych kryteriów, ale – co ciekawe, dzisiejsze małżeństwa nie są tak trwałe jak te dawne. Popatrz na Catelyn Stark i Neda Starka – chociaż ona początkowo go nie chciała, to z biegiem czasu uczucie się pojawiło i finalnie stanowili bardzo udane małżeństwo. Rozejrzyj się wokół siebie: na pewno znasz osobę, która kiedyś poznała kogoś, oszalała na jego / jej punkcie, a potem coś poszło nie tak i się rozeszli. Smutne. A wiesz, co jest gorsze?

Kiedy spotkasz osobę, z którą wszystko jest jak najbardziej w porządku. Kochasz ją, rzadko się kłócicie, a jeżeli już, to nawet te kłótnie umacniają związek. Uwielbiacie spędzać ze sobą czas, macie wspólne zainteresowania i nie wyobrażacie sobie życia bez siebie. I nagle coś się dzieje, wypadek – zdarzają się. Druga osoba choruje, a potem umiera, a Ty zostajesz sam / sama na świecie.

Brzmi strasznie, pewnie. Nagle wszystko się zmienia, a Ty musisz jakoś uporządkować swoje życie, czymś zapełnić ogromną dziurę, która pozostała po drugiej osobie. Co zrobisz?

Przed takim właśnie wyzwaniem stanął bohater cyklu Richarda Paula Evansa „Dzienniki pisane w drodze”.

Cykl składa się z pięciu części, kolejno są to:

  1. „Dotknąć nieba”
  2. „Na rozstaju dróg”
  3. „Kręte ścieżki”
  4. „Miejsce dla dwojga”
  5. „Ścieżki nadziei”.

Alan jest młodym mężczyzną, który wiedzie całkiem szczęśliwe życie. Ma żonę, z którą mu się układa, prowadzi agencję reklamową, która całkiem dobrze sobie radzi, więc na finanse nie może narzekać. Niesie ze sobą spory bagaż doświadczeń, ponieważ kiedy był chłopcem zmarła jego mama, a on był wychowywany przez ojca, który owszem – kochał go, ale nie mógł mu zapewnić wszystkiego tego, co niesie ze sobą pełna rodzina.

Ze swoją żoną zna się od lat, w ich przypadku przejście od przyjaźni do miłości było bardzo płynne i sprawdziło się rewelacyjnie.

Wydawać by się mogło, że wszystko, co złe główny bohater ma już za sobą, ale okazało się, że to wszystko było dopiero początkiem serii nieszczęść, które miały stanąć na jego drodze.

Pewnego dnia McKale ma wypadek – spada z konia i łamie kręgosłup, przez jakiś czas leży w łóżku sparaliżowana, a potem umiera. Alan z dnia na dzień zostaje sam. Na domiar złego dowiaduje się, że jego wspólnik podebrał mu klientów i agencja reklamowa zbankrutowała, kiedy on przesiadywał przy łóżku umierającej żony. Brzmi jak historia biblijnego Hioba, nie sądzisz?

Alan miał w zasadzie dwa wyjścia z sytuacji, w której się znalazł: mógł się poddać (na różne sposoby) albo postarać się uporać ze stratą i ułożyć sobie życie bez żony (znów, na różne sposoby). Pierwsza opcja wydaje się być prostsza, żeby wybrać drugą, trzeba mieć w sobie całe mnóstwo odwagi i determinacji.

Większość z nas, kiedy znajduje się w trudnej sytuacji, kiedy próbuje pogodzić się ze stratą ukochanej osoby, zaczyna od zajęcia czymś myśli, od znalezienia sobie w życiu celu, który konsekwentnie będzie realizowany. I tak właśnie postąpił Alan – postanowił, że piechotą przejdzie do najdalej wysuniętego punktu na Florydzie: z Seattle do Key West.

Z pomocą swojej pracownicy sprzedaje meble i inne przedmioty, które były jego własnością po tym jak agencja zbankrutowała i wyrusza w podróż. Dziennie przemierza średnio 30 kilometrów, zatrzymuje się w wielu miejscach, zwiedza, próbuje lokalnego jedzenia, poznaje nowych ludzi. Na jego drodze stają zarówno pozytywne osoby, jak i takie, których nie chciałby spotkać już nigdy więcej. Przeżywa całe mnóstwo przygód, które zmieniają jego charakter i podejście do życia.

Dziś przychodzę do Ciebie z recenzją piątej i ostatniej części cyklu, czyli ze „Ścieżkami nadziei”. Siadaj wygodnie, zaczynamy!

Alan jest już na ostatniej prostej, niewiele dzieli go od osiągnięcia swojego celu. Pewnego dnia jednak musi zawrócić – dowiaduje się, że jego ojciec trafił do szpitala, a jego stan nie jest do końca zadowalający. Jak na porządnego syna przystało, główny bohater wsiada w samolot i leci do domu. W szpitalu spotyka swoją przyjaciółkę – Nicole, która jest w nim zakochana, przez co atmosfera między nimi jest dosyć napięta, ale dogadują się, ponieważ obojgu zależy na szczęściu starszego mężczyzny.

Alan dnie spędza z tatą w szpitalu – najczęściej rozmawia i gra w szachy, na noce wraca do rodzinnego domu. Tam też odkrywa, że ojciec od jakiegoś czasu pracował nad spisaniem historii ich rodziny i stworzeniem drzewa genealogicznego Christoffersenów.

Postanawia nie opuszczać chorego i zostać z nim do momentu aż jego stan będzie stabilny i stanie się on samowystarczalny. A lekarze nie wróżą dobrze. Jego stan, owszem, jest stabilny, ale ciągle kiepski.

Każdego wieczoru po powrocie ze szpitala Alan zagłębia się w lekturę na temat historii swojej rodziny: czyta o pradziadku, dziadku, jednak prawdziwe zaskoczenie czeka go w momencie, kiedy poznaje życiorys swojego własnego ojca. Dowiaduje się, że był on na wojnie, która odcisnęła ogromne piętno na jego życiu. Bohater uświadomił sobie, jak bardzo ojciec kochał jego matkę i jego, jak jej śmierć nim wstrząsnęła i co spowodowało, że potrafił dalej żyć. Największy szok przeżył jednak w momencie, kiedy dowiedział się, że cel jego podróży miał też symboliczne znaczenie dla jego rodziców. Dlaczego? Czy postanowi wprowadzić go w życie, czy jednak sobie daruje? Co będzie dalej? Tego polecam dowiedzieć się z lektury.

Cykl „Dzienniki pisane w drodze” na pewno jest godny uwagi. Czytałam chyba wszystkie książki Evansa, które do tej pory się ukazały i uważam, że z całej jego twórczości, to te 5 tytułów najbardziej zasługuje na uwagę czytelnika.

Opowiadają historię człowieka, któremu wszystko zwaliło się na głowę, który swoje – ustabilizowane do tej pory – życie musi układać na nowo; który został skrzywdzony między innymi przez ludzi, a jednak nie boi się spotykać i poznawać kolejnych. Daje im szansę, tak samo jak daje szansę samemu życiu. To wymaga niemałej odwagi.

Są to powieści, z których każdy może wynieść naukę i radę na przyszłość: przecież nie ma osoby, która nie musiałaby się oswoić ze śmiercią najbliższych – do tego nie można się przyzwyczaić, ale można wiedzieć, jak sobie z tym poradzić.

Przejdę już do ostatniej części, bo o niej w końcu miałam pisać. „Ścieżki nadziei” to (jak już wspomniałam, pewnie nawet więcej niż raz) ostatni tom tego cyklu. To tutaj dowiadujemy się, czy Alanowi udało się osiągnąć zamierzony cel, jakie przygody spotkały go po drodze, co zwiedził, co zjadł, czytamy o tym, jak wędrówka i pokonywanie kolejnych kilometrów, poznawanie kolejnych ludzi, a co za tym idzie – kolejnych historii, wpływa na głównego bohatera.

W końcu, wynosimy kolejną naukę – czasem swoich bliskich (i siebie) poznajemy tak naprawdę na końcu, bo chociaż żyjemy ze sobą, chociaż mamy dobre relacje, to niektóre tematy się nie pojawiają, wychodzą dopiero w najmniej oczekiwanym momencie. Znowu, od nas zależy, co z tym zrobimy.

Richard Paul Evans ma lekkie pióro, jego powieści czyta się jednym tchem, sunie się przez nie, niemalże nie zwracając uwagi na to, że przewraca się kolejne kartki i sukcesywnie zmierza się do końca historii. Na pewno nie jest to literatura wybitna, historie też nie są zaskakujące ani niespotykane, ale są prawdziwe. W każdym kolejnym rozdziale czeka na nas coś nowego – nowe wzruszenie, nowy temat do przemyślenia czy przedyskutowania z kimś, nowa potrawa, którą potem wyszukujesz w internecie, żeby zobaczyć, co to takiego jest, nowe miasteczko i tak dalej, i tak dalej. To nadaje tej historii prawdziwości. I myślę, że to ta prawdziwość ujmuje czytelników każdej kolejnej powieści i sprawia, że nawet moja mama, która książek właściwie nie czyta, jak tylko słyszy nazwisko Evans, to wysyła mnie do biblioteki.

Autor może odnieść sukces na różne sposoby, Evansa się czyta i takie są fakty.

„Ścieżki nadziei” od 1 lutego w księgarniach – polecam!

A za możliwość przeczytania przed premierą dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova

Może cię zainteresować

Pizza, wino i święty spokój, czyli „Wielki Ogarniacz Życia…” Pani Bukowej
Przeczytaj...
PRZEDPREMIEROWO o łowcy przestępców, J. Douglas, M. Olshaker, „Mindhunter”
Przeczytaj...
Z kulturą w więzieniu, czyli „Dżentelmen w Moskwie” A. Towles
Przeczytaj...
Błękitne koszmary? Katarzyna Michalak, „Błękitne sny”
Przeczytaj...