W kulturze krąży całe mnóstwo mitów na temat kobiet. Przypisuje się nam szereg dziwnych cech, które często mijają się z rzeczywistością, ale mężczyźni uznają je za prawdziwe i w ten właśnie sposób próbują sobie wytłumaczyć różnice pomiędzy płciami.

Kobieta podobno często się czepia, płacze bez najmniejszego powodu, jest mistrzynią w szukaniu spisków i produkcji podejrzeń, jest Sherlockiem Holmesem na własnym podwórku i potrafi dorobić teorię do najbardziej nawet błahej sprawy. Nigdy nie ma się w co ubrać, do wyjścia szykuje się cztery godziny, a na imprezę siedem. Jak idzie do sklepu po bluzkę, to spędza w galerii cały dzień, wykupując przy okazji asortyment z siedemnastu różnych sklepów. Bluzki i tak nie kupi. Kobieta nie wie, czym jest spalony, a na piłkę nożną w ogóle reaguje wysypką. Tak naprawdę nienawidzi połowy swoich koleżanek i tylko czeka, żeby im tyłek obrobić. Każdorazowo z niebywałym entuzjazmem wypowiada (w głowie, oczywiście – taka z niej zakłamana bestia!) zdanie: rany boskie, jak Ty zbrzydłaś, aż miło popatrzeć! Sama czterdzieści razy w miesiącu wchodzi na wagę, a potem dwanaście godzin płacze w łazience, że jest grubą świnią i nikt jej nie kocha. Przed okresem zamienia się w potwora, zjada pięć tabliczek czekolady, które zagryza wielkim workiem frytek, a wszystko popija kilkoma butelkami wina, zależnie od pojemności pęcherza.

W miesiącu najbardziej ceni sobie dni tuż po wypłacie, kiedy może kursować pomiędzy kosmetyczką i fryzjerem, gdzie roztrwoni 95% pensji, a potem będzie płakać, że za mało zarabia i pytać: co, do diabła, z tym równouprawnieniem?! Wieczorem zamknie się w pokoju i włączy łzawą komedię romantyczną, bo horrory ogląda tylko z misiaczkiem (opcjonalnie TŻ-tem), który jest taaaki dzielny! Następnego dnia do swoich słabości się nie przyzna, bo przecież jest samowystarczalna. Szkoda tylko, że jej samowystarczalność kończy się w momencie, kiedy trzeba odkręcić słoik albo przybić gwoździe tak, żeby hybryda pozostała bez szwanku. Generalnie każda kobieta marzy tylko o tym, żeby leżeć i pachnieć, ale nie zdaje sobie sprawy z tego, że… jej miejsce jest w kuchni.

No dobrze, trochę jadu zostało wylane, pośmialiśmy się oboje, teraz przejdźmy do konkretów. Kobieta, jaka jest – każdy widzi, jednak nie każdy wie, jak daleko może sięgnąć jej wściekłość i co właściwie siedzi w głowie takiej rozjuszonej babeczki. Z pomocą przychodzi Sylwia Kubryńska i jej książka „Furia mać!”. Brzmi ciekawie? No pewnie!

Pozycja ta od kilku miesięcy przewijała się na mojej tablicy na facebooku, jak nie za sprawą wydawnictw, to za sprawą innych blogerów czy różnych innych stron. Kiedy w końcu pojawiła się w mojej bibliotece, złapałam za telefon i od ręki ją zamówiłam, żeby nikt mnie nie uprzedził. Z ogromną ciekawością zabrałam się za lekturę i w ogóle nie żałuję.

Zaczynamy od (zachęcającego):

„Wszelkie podobieństwa do zdarzeń opisanych

w tej książce są przypadkowe.
Powiem więcej: wszelkie wydarzenia
w tym tekście są przypadkowe.
Ba! Wszelkie wydarzenia

w moim życiu są przypadkowe.”

Autorka z ogromną dozą dystansu, humoru, ale też pewnej samoświadomości i inteligencji przedstawia obraz współczesnej kobiety, która musi się zmagać z wieloma sprawami jednocześnie. Musi być wykształcona, bo bez tego nie będzie miała dobrej pracy. Musi być dobrą żoną i kochającą matką, bo przecież człowiek jest zwierzyną stadną i w samotności nie przeżyje dłuższego czasu. Niektórzy nadal żyją w przekonaniu, że rozwód jest kwestią hańbiącą, więc o męża trzeba dbać. Bez dwóch zdań. Nawet jeżeli on nie dba o nas i kiedy boli nas głowa, i nie mamy siły zwlec się z łóżka po tabletkę, to woli oglądać mecz i każe nam czekać 105 minut (90 + 15 przerwy) ze stadem dzikich bestii, które szaleją w czaszce i czyhają na to, żeby wydostać się na wolność.

Dodatkowo, w dzisiejszych czasach wyjątkowo dobrze wygląda, kiedy kobieta jest zorientowana w świecie i potrafi o tym dyskutować. Problem pojawia się jednak w momencie, kiedy jej zdanie jest zgoła odmienne niż zdanie większości. Drżyjcie kobiety inteligentne, nie będziecie miały łatwego życia, a ból głowy to najprzyjemniejsze, co może was spotkać.

Kubryńska zwraca też uwagę na problemy dnia codziennego przeciętnej posiadaczki jajników, która musi trzymać rodzinę w karbach, dbać o dobre wychowanie potomstwa oraz o to, żeby szef był zadowolony. Nawet jeżeli sama akurat ściska się z toaletą, ponieważ cierpi na rozstrój żołądka.

Kobieta nie może sobie pozwolić na otwartą, dziką, nieokiełznaną furię, dlatego najczęściej dusi w sobie emocje, a kiedy szklanka się przeleje, wtedy, no cóż: wybucha, a odłamkiem może dostać każdy, kto stoi niedaleko.

„Furia mać” to książka kontrowersyjna, co tu dużo mówić. Emocje, przeważnie te negatywne, aż się z niej wylewają. Jeżeli podejdziemy do treści z odpowiednim dystansem i dużą dozą poczucia humoru, to pozycja ma szansę nam się spodobać. Jeżeli natomiast będziemy oczekiwać książki, która porywa elokwencją i jest pisana w 100% na poważnie, znienawidzimy ją od pierwszych wersów.

Przyznam się, że ja przez te 293 strony na zmianę uśmiechałam się pobłażliwie (bo rozpoznawałam wiązanki, które sama puszczam, kiedy jestem wściekła), chichotałam pod nosem (kiedy natrafiałam na fragmenty, w których żona ciska się o listwy, które mąż miał przywiercić x czasu temu – jakbym słyszała własną matkę) albo płakałam ze śmiechu (popatrz na facebooku, zdjęcie „Awizo”).

Po przeczytaniu całości, miałam szczękę zdrętwiałą od ciągłego szczerzenia się, ale czułam pewne zadowolenie. Wygląda na to, że ktoś mnie rozumie, że współodczuwa moją wściekłość i generalnie te całe nerwy, to jest całkiem normalna sprawa.

Tak sobie myślę, o ileż nasze życie byłoby prostsze, gdyby tak każdy facet miał na półce książkę Kubryńskiej.

I na koniec mój ulubiony fragment 🙂

13692720_472112986314120_2858711374515464825_n

Może cię zainteresować

J. K. Rowling, J. Thorne, J. Tiffany – Harry Potter i przeklęte dziecko
Przeczytaj...
O tym jak ojciec podpalił córkę, „Najlepszy powód, by żyć” Augusta Docher
Przeczytaj...
Z kulturą w więzieniu, czyli „Dżentelmen w Moskwie” A. Towles
Przeczytaj...
Pocałunek o smaku pomarańczy jako początek końca. Ann Patchett „Dziedzictwo”
Przeczytaj...
Siedem minut po północy i siedemnaście w miesiącu, podsumowanie listopada
Przeczytaj...