Październik niemal z definicji powinien być miesiącem nieco spokojniejszym niż wrzesień. Jesteśmy już przyzwyczajeni do myśli, że wolne się skończyło,że trzeba chodzić do pracy i nie ma zmiłuj, przynajmniej do świąt, ferii albo następnych wakacji. W praktyce nie jest tak kolorowo, może świadomość tego, co nas czeka jest większa, może pogodzenie się z losem mamy już za sobą, ale natłok obowiązków cały czas jest ten sam, o ile nie większy. Do tego dochodzą szkolenia wyjazdowe, które oczywiście są jednym z przyjemniejszych wydarzeń, ale jednak zaburzają pewien rytm. No, ale nic to. Dziesiąty miesiąc roku 2016 za nami, rozpoczął się jedenasty. A jak zmieniła się moja lista doświadczeń czytelniczych przez ostatnie 31 dni?

Ile z dziesięciu?

Od 1 października do 31 października udało mi się przeczytać 11 książek. Z wyniku jestem całkiem zadowolona, przez długi czas myślałam, że przebrnę przez maksimum 5 tytułów, zważywszy na to, ile czasu pochłonęła mi lektura „Małego życia” (recenzja tutaj), które wydawało się być niekończącą się historią… Ale pod koniec miesiąca trochę przyspieszyłam i znów udało mi się poczynić kolejny spory krok ku realizacji mojego postanowienia.

Co takiego przeczytałam?

„Małe życie” Hanyi Yanagihary – powieść dla upartych, dla tych, które męczą czytelnika, które zaskakują (przeważnie negatywnie), które poruszają kontrowersyjne tematy i… nie boją się porównać ciszy, która chłonie samotność do… tamponu, który chłonie krew menstruacyjną. Tak, zdecydowanie to jest zdanie, które najbardziej utkwiło mi w pamięci.

„Wir” Frodego Granhusa – kryminał, który po pierwszych kilkudziesięciu stronach wciągnął mnie bez reszty, motyw lalki, motyw przestępcy, który mści się na złych ojcach był naprawdę interesujący. Ale później coś się stało, autor przekroczył pewną cienką granicę i książka stała się męcząca, fascynacja i radosne oczekiwanie przeszło w monotonne odliczanie stron, które zostały do końca. Szkoda.

„Prawo Mojżesza” Amy Harmon, które recenzowałam tutaj. Książka, która w żadnym razie nie jest tytułem wybitnym. Przez chwilę chciałam napisać „dziełem”, ale przecież tym też nie jest. To po prostu przyjemna, interesująca, prosta historia, która wciąga i którą chce się czytać, bo jest napisana w przystępny sposób.

„Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego – ostatnie spotkanie z prokuratorem Teodorem Szackim. Tym razem zostaje porwana jego córka. I najprawdopodobniej ktoś chce ją rozpuścić w pewnej substancji, która do złudzenia przypomina styropian, przynajmniej dopóki nie zetknie się z wodą, śliną albo innymi płynami, które wydziela ludzkie ciało. Jeżeli tak się stanie, to – no cóż, z Helci zostaną same kości. Byłoby szkoda. To jak myślisz, podołał tym razem?

„Euforia” Lily King. Trzeba przyznać, że już dawno nie czytałam tego typu książek. Nie ma tutaj morderstwa, nie ma intrygi, nie ma pedofilii, homoseksualistów ani nic z tych rzeczy. Są za to plemiona, są antropologowie, którzy te plemiona badają, są zwyczaje, obyczaje, obrzędy i trochę obyczajowości. Dodatkowo czyta się szybko i przyjemnie. Same plusy!

„Dziewczyny w ogniu” Robin Wasserman. Kolejna książka, z której zapamiętałam jedno zdanie, które wzbudziło we mnie szczególny niesmak. Powieść przytacza historię dwóch przyjaciółek, które poznają się tuż po tym jak jedna z nich dostaje okres i okazuje się, że ma plamę na spodniach. Jedna z najpopularniejszych dziewczyn w szkole życzliwie doradza jej, ażeby „wsadziła sobie tampon w pizdę” (tak, znowu tampon!) i właśnie to wydarzenie staje się osią wszelkich zmian w życiu jednej z głównych bohaterek. Prozaiczne? Może. Żenujące? Na pewno. Czy warto tę powieść przeczytać? W ŻADNYM WYPADKU.

„Heaven” Christopha Marziego. Chociaż swoje lata już mam, to lubię czasem sięgnąć po książki, które są zaliczane do literatury młodzieżowej. Tak właśnie było z tą pozycją. Poza tym dawno nie czytałam żadnej książki z zakresu fantasy, a tutaj już na okładce obiecują mroczne elfy. Zabrzmiało interesująco. Szału nie było, ale lektura nie zajęła dużo czasu, więc nie żałuję. Może gdybym miała dziesięć lat mniej, to bym się zachwyciła, kto wie?

„Sekret hiszpańskiej pensjonarki” Eduarda Mendozy. Ta pozycja przyciągnęła mnie z dwóch powodów: po pierwsze polecała ją na swoim profilu Kasia Puzyńska, a że serią kryminałów „Lipowo” niezmiennie się zachwycam, to postanowiłam spróbować, po drugie: głównym bohaterem jest tutaj… fryzjer damski, a przecież znakomita część moich uczniów to fryzjerki (i fryzjerzy) właśnie. No cóż, nie zamierzam im tego tekstu polecać, bo jakkolwiek jest ciekawy, tak jest też skierowany do bardziej wymagających czytelników.

„Harry Potter i przeklęte dziecko” J. K. Rowling. Jak dowiesz się z recenzji, którą opublikuję za kilka dni (a może jak już wiesz, bo się znamy lepiej lub gorzej), serię o Harrym Potterze darzę ogromnym sentymentem od wielu lat, dlatego też 22 października pognałam do sklepu i zaopatrzyłam się w swój własny egzemplarz książki, co do której – muszę przyznać, miałam ogromne wątpliwości. W końcu zazwyczaj takie wracanie do źródeł niekoniecznie wychodzi na dobre (patrz: „Sezon burz” Sapkowskiego), czy i tym razem odsmażany kotlet smakował gorzej? Zapraszam na recenzję w najbliższy czwartek 😉

„Sługi boże” Adama Formana. Książka, o której dowiedziałam się z plakatu reklamującego film. Obraz zapowiadał się ciekawie, dodatkowo akcja (obu tekstów przecież) dzieje się we Wrocławiu, konkretniej w miejscu, które obserwuję każdorazowo jak koło niego przechodzę, którego historię znam dosyć dobrze, a którego jakoś nigdy nie udało mi się zwiedzić. Czy można jeszcze bardziej zachęcić zapalonego czytelnika? W sumie tak: dostępnością „od ręki” w bibliotece. Była dostępna. Znów, nie było rewelacji, ale w sumie mi się podobała, także warto.

„Za wcześnie” Joanny Barnard. Kolejna pozycja o nauczycielu, po którą zdecydowałam się sięgnąć. Tym razem jest to historia zupełnie złego belfra, w zasadzie belfra – pedofila, który lubuje się w 14-letnich dziewczynkach i pod pretekstem wydobywania ich ukrytych zalet, rozkochuje je w sobie i pogłębia ich problemy z samoakceptacją. Brzmi prosto, może nawet prostacko, ale autorka całkiem nieźle oddaje portret psychologiczny kobiety, która w młodości była wykorzystywana przez starszego nauczyciela i która (po wielu latach) wciąż jest od niego w pewien sposób uzależniona. Chociaż znów – nie ma zachwytu, to czasu także nie było szkoda.

Ile na liczniku?

Wszystko wskazuje na to, że do końca grudnia uda mi się zrealizować powzięte postanowienie. Na 31 października licznik książek, z którymi się zapoznałam pokazywał dokładnie 101, więc do końca zostało mi (wtedy) 19, dziś już trochę mniej. Szczerze mówiąc, myślałam, że mi się nie uda… a jednak!

Zaadoptowałam

W październiku nie przygarnęłam zbyt wielu tytułów (zaledwie 5), ponieważ zrezygnowałam z prenumeraty kolekcji romantycznej (dzielenie krótkiej powieści na 2 tomy, żeby mieć z tego podwójne pieniądze to przegięcie), a jesienny festiwal książki w Biedronce nie oferował tak dobrych tytułów jak poprzednim razem, ale kilka nowych książek pojawiło się na mojej półce. Co takiego?

„Przystanek śmierć” Tomasza Konatkowskiego. Książka, którą dostałam w prezencie na dzień nauczyciela od mojej klasy. Jeszcze nie czytałam, ale niebawem mam zamiar się za nią zabrać, bo brzmi interesująco!

„A jednak miłość” Barbary Taylor Bradford – kolejny prezent od uczniów, postarali się o to, żeby ich wychowawczyni miała zróżnicowane doświadczenia literackie 😉

„Zaułek potworów” – praca zbiorowa, którą kupiłam na wspomnianym festiwalu książki w Biedronce, oczywiście jeszcze nie zajrzałam – stosik z biblioteki wcale nie maleje. Przypadek?

„Dom nad rozlewiskiem” Małgorzaty Kalicińskiej – może to dziwne, ale chociaż od premiery minęło wiele lat, chociaż w telewizji był (jest?) serial oparty na tej serii, to ja do tej pory do niej nie zajrzałam. Mam zamiar nadrobić zaległości, a promocja mi w tym pomogła 🙂

„Harry Potter i przeklęte dziecko” J. K. Rowling – kimże bym była, gdybym nie kupiła? (Nie czuję, że rymuję 😉 )

Plany na listopad

Listopad zaczęłam od zachwalanego tytułu „Ganbare! Warsztaty umierania”, a na czym skończę? Czas pokaże!

Może cię zainteresować

Zamień cukier na tłuszcz i chudnij, „Wiecznie głodny?” Davida Ludwiga
Przeczytaj...
Rak, gejsze, Gra o tron i 101 procent normy, czyli podsumowanie grudnia
Przeczytaj...
Pocałunek o smaku pomarańczy jako początek końca. Ann Patchett „Dziedzictwo”
Przeczytaj...
Wampiry, sado-maso i piromania, czyli współczesne postrzeganie miłości
Przeczytaj...
Tematyczny miszmasz w zimowej aurze, czyli podsumowanie listopada
Przeczytaj...