Listopad to ten miesiąc, kiedy świadomość, że lato się skończyło i pozostaje kwestia dni (albo i godzin), kiedy spadnie śnieg i przyjdzie trzaskający mróz, dochodzi do nas najbardziej boleśnie. To zarazem czas, kiedy nie możesz zwolnić obrotów, bo chociaż to świąt i wolnego coraz bliżej, to równocześnie masz coraz więcej rzeczy do zrobienia. Czasu, niestety, nie przybywa – wręcz przeciwnie: dni są coraz krótsze, szybciej robi się ciemno, co sprawia, że mniej się chce, choćby się na uszach stawało.

Przez to wszystko (albo i jeszcze więcej) listopad u mnie na blogu był raczej kiepskim miesiącem, pojawiło się mało wpisów, ale za to przeczytałam przyzwoitą ilość książek (większość była sporych rozmiarów).

Przejdźmy do konkretów: jak wyglądał u mnie jedenasty miesiąc roku 2016?

Ile z dziesięciu?

Tym razem mniej, bo dziewięć, ale mam nadzieję, że niebawem uda mi się wrócić na dobre tory i 2016 rok zamknę z czytelniczym hukiem! Co wpadło w moje ręce w listopadzie?

Katarzyna Boni, „Ganbare! Warsztaty umierania”. Chociaż rzadko czytam reportaże, to jednak postanowiłam sięgnąć po ten tytuł, żeby przekonać się czy faktycznie jest tak dobry jak wszyscy uważają. Okazało się, że jest, może nawet lepszy niż mówią. Pesymistyczny, pozostawiający poczucie depresji i beznadziei, ale w głębi serca wiesz, że opis wierny i prawdziwy, nieprzekłamany, a takich właśnie się oczekuje. Warto.

Izabela Kawczyńska, „Balsamiarka”. Książka, która zapowiadała się dobrze, tytuły początkowych rozdziałów były wręcz rozbrajające, ale później było już tylko gorzej. Na tyle źle, że wyparłam tę książkę z pamięci i chociaż minął zaledwie miesiąc, to właściwie już nie pamiętam, o czym ona była. Pamiętam jednak, że była okropna.

Elisabeth Herrmann, „Śnieżny wędrowiec”. Druga część cyklu Sanela Beara. Jeżeli znamy się trochę dłużej, to zapewne pamiętasz, że w artykule, w którym polecałam trudniejsze lektury na wakacje, pojawiła się książka „Wioska morderców”. Tytuł prosty, żeby nie powiedzieć prostacki, ale książka miała coś w sobie – wciągała bez reszty, pochłaniała myśli, niepokoiła, wzbudzała nerwowość. Tego samego (przynajmniej!) spodziewałam się po drugiej części. Ale chociaż historia była intrygująca, to brakowało jej tego „czegoś” i nie porwała mnie tak bardzo jak pierwsza część. Szkoda.

Sylwia Kubryńska, „Kobieta (dość) doskonała”. Jakiś czas temu czytałam inną książkę Kubryńskiej, konkretniej „Furia mać!” (recenzja tutaj), na tyle mi się spodobała, że postanowiłam sięgnąć po pozostałe teksty tej autorki. Długo czekałam na swoją kolej, ale w końcu się doczekałam. I w sumie mogę powiedzieć tyle, że te dwie pozycje są do siebie bardzo podobne. Tematyka różni się kontekstem, który jest ściśle powiązany z czasem wydania książki. Jest dobrze, ale bez zachwytu.

Jojo Moyes, „Zanim się pojawiłeś” (recenzja tutaj). Bez sensu powtarzać kolejny raz to, co już zostało powiedziane. Książka wartościowa, chociaż niepozorna. Bardziej obyczajowa, niż romans, co sprawia, że jest dużo bardziej interesująca, niż mogłaby być. Jestem świeżo po obejrzeniu filmu i jeżeli masz alergię na tego typu powieści, to polecam Ci chociaż obejrzeć, bo historia opisana tutaj naprawdę daje do myślenia.

Paulina Mikuła, „Mówiąc inaczej”. Z racji wykształcenia i polonistycznych zainteresowań zaglądam od czasu do czasu na vloga Pauliny. Jest kilka odcinków, które uważam za wartościowe (i czasami odtwarzam moim uczniom), inne miałam ochotę wyłączyć po minucie, ale z racji tego, że zazwyczaj kończę to, co zacznę, to oglądałam dalej. Nie byłam przekonana co do słuszności pisania książek przez coraz większą liczbę youtuberów i chociaż kilka kwestii w tej pozycji uważam za godne uwagi, to teraz jestem pewna, że youtuberzy książek pisać nie powinni. Bo po co się dublować?

Charlie Donlea, „Dziewczyna z Summit Lake”. Kolejny tytuł, który zawiera popularne ostatnio słowo „dziewczyna”. Chociaż kilka razy już się przejechałam, to jednak postanowiłam dać szansę jeszcze tej pozycji i w sumie się nie zawiodłam. Historia jest dosyć ciekawa, dziennikarskie śledztwo przywodzi na myśl jedną z bardziej poczytnych literackich serii kryminalnych, które ukazały się współcześnie, ale jeżeli chodzi o pozostałe wątki, to ten tytuł jest zdecydowanie prostszy, mniej absorbujący, lżejszy i przystępniejszy. Można zajrzeć, bez szkody.

Gabriela Gargaś, „W plątaninie uczuć”. Wiem, że z uporem maniaka powtarzam, że rzadko czytam romansidła i (jak na złość) coraz częściej wspominam na blogu o tym, że sięgnęłam po kolejne, ale ten tytuł poleciła mi koleżanka z pracy i w sumie ja podałam go dalej. Dlaczego? Jest to historia kilku przyjaciółek, które młode lata mają za sobą, które (wydawać by się mogło) wiodą stabilne życie i właściwie mogą z niego czerpać garściami. Nic z tych rzeczy. Każda z nich znajduję się niejako w innym punkcie, każda ma inny problem, którego nie rozumieją pozostałe, bo ich nie dotyczy. Jedna ma kochającego (początkowo) męża, który z czasem poznaje bardziej interesującą (młodszą i atrakcyjniejszą) kobietę (dalej sobie dopowiedz), druga po latach spotyka swoją dawną miłość, do której wciąż po cichu wzdycha, trzecia jest przez mężczyzn traktowana przedmiotowo – jest piękna, mądra, ma pracę i pieniądze, ale nikt nie widzi w niej kobiety, z którą warto byłoby założyć rodzinę. A ona tego właśnie chce. Jak potoczą się losy przyjaciółek? Polecam sprawdzić, bo sama dawno nie czytałam tak przejmującej, wzruszającej, a przede wszystkim – prawdziwej! książki.

Sofia Caspari, „W krainie kolibrów”. Pozycja, która swego czasu wielokrotnie pojawiała się na mojej tablicy na facebooku, po którą miałam chęć sięgnąć, ale zawsze coś szybciej wpadało w moje ręce – aż do niedawna, kiedy to zobaczyłam tę książkę na półce ze zwrotami w bibliotece. I stwierdziłam, że niepotrzebnie tyle czasu czekałam, bo zupełnie nie było powodów do zachwytu. Świat by się nie zawalił, gdybym tego tytułu nie przeczytała, moje literackie doświadczenia również by nie zubożały. Nie było tragedii, ale to tyle dobrego, co można o tej książce powiedzieć.

Ile na liczniku?

Ostatniego listopada licznik na moim książkowym wyzwaniu pokazał dokładnie 111. Oznacza to tyle, że do końca roku muszę przeczytać jeszcze 9 pozycji, żeby spełnić to, co sobie założyłam. Patrząc na moje wyniki z kilku ostatnich miesięcy, nie jest to nieosiągalne, ale z drugiej strony w pracy nadchodzi ciężki okres – koniec semestru, więc z czasem może być różnie. Jedno jest pewne: dołożę wszelkich starań!

Zaadoptowałam

Listopad pod względem adoptowanych książek wypadł dosyć blado. Na mojej półce pojawiły się tylko trzy nowe pozycje:

Kathe Koja, „Fetysz”. Rezultat wizyty w jednej z moich ulubionych tanich księgarni, gdzie udało mi się nabyć ten tytuł za jakieś 5 złotych. Może szału nie będzie, ale za takie pieniądze nie będzie szkoda 😉

Janusz Leon Wiśniewski, „Ukrwienia”. Wiśniewski zaimponował mi swoją twórczością już kilkakrotnie. „Ukrwienia” sprzedawali za jakieś 7 złotych, znów: szkoda było nie kupić.

Mikey Walsh „Cygański chłopiec. Byłem wśród swoich”. Tę książkę dostałam w ramach gratyfikacji za sprawdzanie rozdziału pracy magisterskiej. Mam nadzieję, że wynagrodzi mi tę (ciężką!) pracę.

Plany na grudzień

Tak jak wspominałam kilka linijek wyżej, w grudniu mam w planie przeczytać 9 książek. Wśród nich znajdzie się na pewno „Nawałnica mieczy”, czyli kolejna część „Pieśni lodu i ognia”, a także zachwalane pod niebiosa „Shantaram”. Czy będzie warto? Czy dam radę swojemu czytelniczemu wyzwaniu? Zobaczymy już niebawem! 😉 Życz mi powodzenia – na pewno się przyda!

Może cię zainteresować

Teksty Kultury i przeklęty brak czasu, czyli podsumowanie października
Przeczytaj...
Zamień cukier na tłuszcz i chudnij, „Wiecznie głodny?” Davida Ludwiga
Przeczytaj...
Sułtan, Czarnoksiężnik, Komornik i zaginione dziecko. Podsumowanie czerwca
Przeczytaj...
PiS, KOD, pisarze i onkolodzy, czyli podsumowanie lutego
Przeczytaj...
Rak, gejsze, Gra o tron i 101 procent normy, czyli podsumowanie grudnia
Przeczytaj...