Rok 2018 dla historii Polski jest datą szczególną. Otóż mija dokładnie sto lat, odkąd odzyskaliśmy niepodległość. Jesteśmy narodem, który ceni sobie szeroko pojęty patriotyzm, lubimy zagłębiać się w przeszłość naszego kraju (może nawet trochę za bardzo żyjemy tym, co było, zamiast skupić się na przyszłości), dlatego rokrocznie ukazuje się całe mnóstwo książek, które nawiązują do drugiej wojny światowej. Chociaż wydawać by się mogło, że wszystko zostało już powiedziane, okazuje się, że nic bardziej mylnego.

Dziś przychodzę do Ciebie z książką autora, który całkiem niedawno gościł u mnie na blogu. Michał Wójcik (tutaj znajdziesz kilka słów o jego „Baronównie…”) i „Treblinka ’43. Bunt w fabryce śmierci”.

O obozach zagłady słyszy się cyklicznie. Jeszcze w szkole nauczyciele historii i języka polskiego opowiadają nam o tym, czego doświadczyli nasi przodkowie, z czasem sami zaczynamy czytać o tym trochę więcej, a bywa i tak, że jakiś polityk powie coś głupiego, po czym wszystkie media huczą przez wiele miesięcy, bo oto nagle dowiadujemy się o „polskich obozach koncentracyjnych”. Przeciętny człowiek, gdyby go poprosić o wskazanie przynajmniej jednego takiego obozu, wymieniłby najpewniej Auschwitz / Oświęcim. Na drugim miejscu znajdzie się Treblinka. Niewiele osób jednak zdaje sobie sprawę z tego, jak sprawnie funkcjonującym organizmem był tamtejszy obóz. I tutaj z pomocą przychodzi Wójcik.

Wydawca opisuje książkę następująco:

Treblinki nie można było przeżyć. Najsprawniejsza fabryka śmierci w machinie Holokaustu zabijała tylu ludzi, że nie starczało ziemi, by wszystkich zakopać. Gigantyczne ruszty do palenia ciał szybko okazały się za małe. Treblińska ziemia krwawiła.

A jednak wyniszczeni i odarci z godności ludzie odważyli się wzniecić bunt. 2 sierpnia 1943 roku wywołali zbrojne, zakończone sukcesem powstanie w obozie zagłady.

Jak wyglądała konspiracja, jeśli w Treblince za najmniejsze przewinienie groziła śmierć? Jak więźniowie zdołali przejąć broń, zaatakować strażników i uciec? Czy AK pomogła powstańcom i dlaczego jej raporty są pełne sprzeczności? Czy uciekinierzy mogli liczyć na pomoc Polaków?

Książka Michała Wójcika to wciągająca rekonstrukcja tego mało znanego i niewiarygodnego buntu. Opowieść o niezwykłym bohaterstwie, wierze, nadziei i o tym, że nawet w największym piekle może zdarzyć się cud.

„Treblinka ’43…” uświadamia czytelnikowi, jak działał obóz koncentracyjny. Wójcik w tym tytule nakreśla sylwetki osób, które być może wyglądały niepozornie, ale ostatecznie okazywały się geniuszami zła i zwykłymi mordercami. Często niedoceniani w życiu prywatnym w pewnym momencie postanawiali się wykazać i szykowali innym ludziom piekło na ziemi. A nic ich nie wyróżniało. Byli takimi samymi ludźmi jak ja czy Ty. Mieli pseudonimy, zainteresowania, chwile słabości. W obozie jednak tego nie okazywali. Tam byli bogami. I paradoksalnie – wcale nie było ich wielu. Mieli za to wielki cel: stworzyć miasto idealne, które w możliwie najkrótszym czasie miało pochłonąć możliwie najwięcej ludzkich istnień. Udało się. W ciągu 1,5 roku zginęło tam blisko milion osób.

Autor przypomina fakty, które niektórzy czytelnicy mogą pamiętać jeszcze ze szkoły. Jak wyglądał dzień w Treblince? Przyjeżdżało kilka transportów: wagony po brzegi załadowano ludźmi, których należało wyprowadzić, odebrać im wszystko, co mieli, ocenić ich zdolność do ewentualnej pracy, oddzielić chorych od sprawnych, następnie ogolić im głowy i przygotować do tego, co miało nastąpić. Niektórych zabijano od ręki. Rozładunkiem zajmowali się inni więźniowie, jednak okazanie miłosierdzia przyjezdnym nie było mile widziane. Ci, którzy zostali przy życiu, byli starannie wyselekcjonowani. Wszystko musiało być zorganizowane idealnie, nie dopuszczano możliwości wybuchu powstania. W obozie musiał panować porządek. I tak było. Przez długi czas Treblinka faktycznie działała jak rewelacyjnie skonstruowany mechanizm do eksterminacji ludzi.

Wystarczyło jednak, że znalazł się jeden człowiek. Człowiek posiadający charyzmę zdolną zjednać siedemset osób, które postanowiły zawalczyć o swoje życie. I pokazać samozwańczym bogom, że jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa.

Michał Wójcik na podstawie zebranych materiałów przedstawia czytelnikowi sylwetki osób, które są odpowiedzialne za śmierć ludzi w Treblince. Rzetelnie nakreśla ich biografie, przytacza opowieści osób, które znały ich z obozu. Opisuje życie codzienne pracowników i więźniów, cytuje legendy i opowieści krążące po tytułowej fabryce śmierci. Oprócz przedstawienia przebiegu powstania (od iskry, która wznieciła płomień, do ostatniej jego minuty), przybliża również skutki i wiele więcej. Opowiada historię osoby, która brała udział w buncie, przeżyła go, a następnie wróciła po latach, aby oddać koszulę, którą mieszkanka pobliskiej wioski pożyczyła, aby mogła wtopić się w tłum. Pisze o reakcji ludzi, którzy żyli tuż obok, a nie byli świadomi tragedii tych, którzy tam trafiali. Cytuje listy żydowskich organizacji, w których to opisywano pejzaże obozu: diamenty i złoto, które leżą na ulicach i nikt ich nie zbiera, bo ci, do których należały już dawno nie żyją.

Mogłabym wymieniać i wymieniać, ale nie o to w tym wszystkim chodzi…

Tym, co mnie najbardziej uderzyło w tej książce był fakt przedmiotowego traktowania ludzi. Nie liczyło się to, że życie straciło blisko milion osób. Nie mówiło się o wyrzutach sumienia, bo przecież oni niczym nie zawinili, byli tacy sami jak ja, Ty czy sąsiad zza ściany. Jednak dla współtwórców obozu ci ludzie sprowadzali się wyłącznie do problemów. Bo trzeba było ich spalić, a w komorach było zbyt mało miejsca. Bo trzeba było ich rozładować z transportu, a ludzi, którzy mieli się tym zająć było zbyt mało. Bo trzeba było skonstruować stosy do palenia zwłok, które pomieszczą więcej ciał. Bo ziemia była tak przesiąknięta krwią zamordowanych, że właściwie nie nadawała się do użytku…

A później tak łatwo powiedzieć, że tylko wykonywało się rozkazy. Ale czy to wystarczy, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia? Chciałabym być pewna, że nie.

Reasumując?

Wójcik w typowy dla siebie sposób przedstawił historię funkcjonowania jednego z najsprawniej zorganizowanych obozów koncentracyjnych, które funkcjonowały w czasie drugiej wojny światowej. Rzeczowo, konkretnie, ale również przystępnie – tak, aby przeciętny człowiek, który nie jest rozmiłowany w historii opisanej w szkolnych podręcznikach, mógł coś z tej pozycji wyciągnąć. Mnóstwo materiałów źródłowych, w tym mapy obozu stworzone przez więźniów, zdjęcia oprawców, fragmenty listów i wiele innych. A cóż mogę powiedzieć o samej historii? Przerażająca. Tym straszniejsza, że prawdziwa.

Za możliwość przeczytania dziękuję

 

Może cię zainteresować

Koniec wieku z trupem w tle, czyli „Seans w Domu Egipskim” M. Szymiczkowa
Przeczytaj...
Mordercy Marines, pedofile i inni. PRZEDPREMIEROWO: „Mindhunter. Podróż w ciemność”
Przeczytaj...
Emancypacja w czasie II wojny? J. Egan „Manhattan Beach”
Przeczytaj...
Z pejczem do powstania, czyli „Baronówna…” Michała Wójcika
Przeczytaj...
O miłości i historii. K. Droga, „Kobieta, którą pokochał Marszałek. Opowieść o Oli Piłsudskiej”
Przeczytaj...