14 lutego to skomplikowana data. Kontrowersyjna. Jedni się cieszą, wychodzą z siebie, żeby zorganizować swojej drugiej połówce kolację marzeń, ewentualnie zabrać ją (połówkę znaczy, płeć dowolna) do jakiejś superdrogiej restauracji albo kawiarni, niech wie, że uczucie jest, niech ma się, czym chwalić koleżankom w pracy. Inni reagują sugestywnym odruchem wymiotnym albo całą gamą sparafrazowanych nazw tegoż święta. Najpopularniejsze to chyba:

  • walę w tynki,
  • walę drinki.

Jest też mała grupa osób, które podchodzą do sprawy zdroworozsądkowo i uważają, że nie potrzeba specjalnego święta, żeby wyznać sobie miłość i spędzić miło czas. Oni nie obsypują się kocami w serduszka i skarpetkami w misiaczki i napisy „I love you”, bo rozumieją, że żeby uczcić ten dzień, można równie dobrze poleżeć w łóżku, obejrzeć film, zjeść przypaloną jajecznicę i po prostu spędzić razem czas. Tak jak zawsze.

Ja zaliczam się do tej wąskiej grupy, ale dla Ciebie postanowiłam zrobić wyjątek. Uczcijmy ten dzień, porozmawiajmy o miłości… w literaturze.

Motyw ten jest obecny w kulturze od czasów najdawniejszych. Już w starożytności twórcy przenosili swoje uczucia i emocje na papier (czy właściwie papirus i inne materiały). Miłość mamy w Biblii („Pieśń nad pieśniami”), mitologii (Orfeusz i Eurydyka), w średniowieczu też się znajdzie („Dzieje Tristana i Izoldy”), w renesansie jest przecież „Romeo i Julia”, w baroku sonety Morsztyna, w oświeceniu pojawia się „Fircyk w zalotach”, w romantyzmie „Ballady i romanse”, „Dziady”, „Pan Tadeusz”, „Balladyna” czy „Śluby panieńskie”. W pozytywizmie jest „Lalka”, w Młodej Polsce „Ludzie bezdomni”, w dwudziestoleciu są „Chłopi”, wojna i okupacja przynosi „Pożegnanie z Marią”, a współczesność?

Współcześnie miłość jest obecna tak naprawdę w każdym utworze. Czasami jest motywem wiodącym, czasami epizodem, który został zepchnięty na dalszy plan i zarysowuje przed nami tło innych wydarzeń, ale jest i temu zaprzeczyć nie można.

Dlatego dzisiaj chciałabym przedstawić Ci teksty, w których występuje miłość, która zapada w pamięć, która wzrusza czytelnika, która skłania do refleksji, której czytelnik pragnie i której zazdrości. Zastrzegam sobie jednak, że pozycje, o których wspomnę nie zawsze uważam za warte przeczytania. Nie należą one (no, może poza jedną) do kanonu lektur.

Postaram się wymienić książki, które najbardziej (moim zdaniem) wpłynęły (albo mogłyby wpłynąć, gdyby więcej osób je znało) na postrzeganie miłości przez czytelników. Zarówno tych starszych, jak i tych młodszych. Zwłaszcza z tymi drugimi mam styczność w życiu codziennym i to, czego się dowiaduję nie napawa mnie optymizmem. Nie spodziewaj się więc peanów na cześć „Wichrowych wzgórz” czy „Dumy i uprzedzenia”, bo tutaj ich nie znajdziesz.

Ale, ale! Do rzeczy… Kolejność jest zupełnie przypadkowa. Zapraszam!

Gustav Flaubert „Pani Bovary”

Jest to wspomniany wyjątek, bo tę pozycję na studiach miałam jako lekturę obowiązkową.

Książka wydana w 1857 roku, a mam wrażenie, że tak bardzo aktualna nawet dzisiaj…

Karol Bovary bardzo kocha swoją żonę, można powiedzieć, że świata poza nią nie widzi. W idealnej historii ona odwzajemniałaby to uczucie i małżeństwo żyłoby „długo i szczęśliwie”. Niestety, tutaj sprawa wygląda zupełnie inaczej. Emma nie kocha swojego męża. Ona całymi dniami zaczytuje się w romansach, porównuje swojego zaślubionego z opisanymi w literaturze mężczyznami i rozpacza, bo okazuje się, że wypada on na ich tle dosyć blado.

Z czasem poznaje mężczyznę, który spełnia jej wywindowane wymagania i wdaje się z nim w romans. Takie urozmaicenie wprowadza do jej życia trochę szczęścia, ale potem znów coś idzie nie tak jak powinno. Co takiego? Nie zdradzę, bo przeczytać warto.

A jakie podobieństwo widzę ze współczesnymi kobietami? A takie, że młode dziewczęta całymi dniami siedzą przed telewizorami, opcjonalnie w internecie, oglądają seriale, filmy, instagramy, wyszukują tych pozornie idealnych mężczyzn, a potem niszczą sobie życie w taki czy inny sposób. I po co?

S. Meyer saga „Zmierzch”

Możesz zareagować na ten tytuł w dowolny sposób, chociaż najpewniej będzie to grymas zgorszenia 😉 Tak czy inaczej, saga „Zmierzch” swego czasu wstrząsnęła ludźmi na całym świecie. Autorka opisała w niej bowiem miłość zwykłej nastolatki i wampira, zmieniając w ten sposób stereotyp krwiopijcy i rozpoczynając lawinę utworów zaliczanych do nurtu tzw. urban fantasy.

Bella jest spokojną, zakompleksioną dziewczyną, która zaczytuje się w angielskiej literaturze klasycznej, przeprowadza się do małej miejscowości, gdzie poznaje Edwarda – niezwykle przystojnego wampira, który najpierw trzyma ją na dystans, a potem nie może bez niej żyć. Wiem, trywializuję, ale sama historia jest trywialna. Mamy tutaj opowieść o miłości silniejszej niż śmierć, mamy spełnienie marzeń każdej kochającej się pary („i żyli długo, i szczęśliwie”, może nawet za długo…) i pełno ckliwych cytatów. Chcesz przykłady? Ależ proszę:

  • Gdybym mógł śnić, śniłbym tylko o tobie. I nie wstydziłbym się tego.
  • A to dopiero – mruknął Edward. – Lew zakochał się w jagnięciu. (…)
    – Biedne, głupie jagnię – westchnęłam.
    – Chory na umyśle lew masochista.
  • Jesteś dla mnie jak narkotyk, moja własna odmiana heroiny.

Nastolatki, które marzą o przystojnym chłopaku, którego pozazdroszczą im wszystkie koleżanki, od razu znalazły swoje odzwierciedlenie w Belli. Starsze kobiety pozazdrościły uczucia, które będzie tak silne, że przetrwa wieczność i tak oto powstał zachwyt nad tym cyklem. A czy słusznie? Na to pytanie odpowiedz sobie we własnym sumieniu.

L.S. James „Pięćdziesiąt twarzy Greya”

Trylogia, która podobnie jak „Zmierzch” sprawiła, że ludzie (okej, zwłaszcza kobiety) dostały małpiego rozumu.

W czasach, kiedy feminizm jest sprawą dosyć powszechną, kiedy emancypacja kobiet nie jest już niczym niezwykłym, a równouprawnienie ma się coraz lepiej, płeć piękna straciła jakby na uroku. Jesteśmy samowystarczalne, studiujemy, pracujemy, zarabiamy spore pieniądze, rodzimy i wychowujemy dzieci, bierzemy kredyty, jesteśmy silne, wyzwolone, wszystko nam wolno. Czego chcieć więcej? Oczywiście tego, czego nie mamy. Poszukujemy więc mężczyzny, który nas okiełzna, który sprawi, że znów staniemy się potulne jak baranki. Ale najlepiej nie na długo, najlepiej na chwilę, w razie, gdybyśmy zaraz zmieniły zdanie.

Miejscem, w którym można realizować wiele fantazji jest sypialnia. I autorka trylogii tym właśnie się pokierowała. Stworzyła tak naciąganą, że wręcz bajkową historię: mamy niesamowicie bogatego i przystojnego mężczyznę, który poznaje biedną, niekoniecznie atrakcyjną kobietę, która skończyła filologię ojczystą i marzy o pracy w wydawnictwie (eghem). Nie wiedzieć, czemu, jest nią zafascynowany i aranżuje kolejne, niby przypadkowe, spotkania. Niestety, nie jest to wstęp do romantycznych randek i hucznego weseliska. Przynajmniej nie od razu. Christian oferuje Anastasii układ sado-maso. Jak się domyślasz (o ile nie znasz książki / filmu), dziewczyna podpisuje umowę i nagle nasz romantyczny obrazek jest przetykany scenami „porno dla mamusiek” (tak określają je krytycy, pozwolę sobie zacytować, a co), a z czasem jeszcze elementami kryminału i sensacji.

I teraz powiedz mi, ile znasz kobiet, które nie chciałyby mieć bajecznie bogatego, przystojnego mężczyzny, który oferowałby im niezapomniane doznania w sypialni, a potem jeszcze ślub i dwa berbecie? No właśnie, tak myślałam.

J. Moyes „Zanim się pojawiłeś”

Książka, którą recenzowałam (tutaj) jakiś czas temu, a która mimo swojej pozornej prostoty, wzbudza w czytelniku całe mnóstwo emocji.

Nie będę kolejny raz przybliżała Ci fabuły, ale powiem, dlaczego (moim zdaniem) robi tak duże wrażenie.

Rzadko zdarza się trafić na powieść o miłości, która nie ma pozytywnego zakończenia. Zazwyczaj „żyją długo i szczęśliwie”, czasem los rzuci pod ich nogi jakieś małe przeszkody. Ale nie tym razem. Tym razem bohaterka przekonała się, że czasami kochać oznacza pozwolić drugiej osobie odejść czy zrobić coś, z czym się nie zgadzamy całym sobą. Mamy tutaj miłość, z której bohaterka długo nie zdawała sobie sprawy, a która ostatecznie okazała się tak bardzo dojrzała, że aż piękna. I chociaż zakończenia tej historii żadna z nas by sobie nie życzyła, to jednak ma ono w sobie coś pięknego. I o tym warto pomyśleć.

C. Ahern „Love, Rosie”

Znów, tytuł, którego literaturą wysoką ani ambitną nazwać nie sposób. Mamy tutaj współczesną powieść epistolarną, która opowiada historię dwójki przyjaciół, którzy znają się od dziecka i nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Oboje co jakiś czas się z kimś spotykają, związki są bardziej lub mniej poważne, ale przyjaźń trwa. Moment załamania przychodzi, kiedy Rosie zachodzi w ciążę – przestaje się kontaktować, bo jest tak bardzo zawstydzona wpadką.

Po jakimś czasie wszystko wraca do normy. Bohaterowie są coraz starsi, w pewnym momencie oboje mają dzieci, oboje mają życiowych partnerów i do obojga dociera, że być może nie są to odpowiednie osoby, że być może ta największa miłość pojawiła się już wcześniej, ale nie została dostrzeżona. Oboje robią podchody, ale los sprawia, że zawsze coś staje na drodze temu uczuciu. I dopiero po latach, chciałoby się powiedzieć, że na ostatniej prostej, wszystko zaczyna się układać.

Pozornie trywialna historia, ale poleciłabym ją każdemu, kto narzeka, że wciąż nie może znaleźć swojej drugiej połówki. Być może ta opowieść sprawi, że jeszcze raz zastanowisz się nad tym, co było, może naprawisz swoje błędy albo… z optymizmem spojrzysz w przyszłość.

E. Vilar „Siedem pożarów mademoiselle”

Powieść, na którą trafiłam wiele lat temu w bibliotece, a która zafascynowała mnie tytułem. Tytułowa bohaterka jest guwernantką, jest niezwykle piękna i… ekscentryczna. Cały czas poszukuje swojego księcia z bajki i chociaż na brak powodzenia u mężczyzn nie może narzekać, to jednak żaden jej nie interesuje. Do czasu… Pewnego dnia w jej domu wybucha pożar, przyjeżdżają strażacy, kryzys zostaje opanowany. Jednak w ekipie ratunkowej jest mężczyzna, który przyciągnął uwagę Mademoiselle. Niski, łysiejący, taki, na którego nawet przeciętna kobieta nie zwróciłaby uwagi. Taki jest wybranek głównej bohaterki. Czym ją tak urzekł? Otóż miał być symbolem męstwa. I męski był, w swojej ignorancji. Im bardziej ona wychodziła ze skóry, żeby zwrócić na siebie uwagę, tym bardziej on był obojętny na jej wdzięki. Pozostało jej więc tylko jedno – powrót do źródeł, z małą pomocą zapałek.

Historia ciekawa, przyjemnie napisana i z morałem. Wszak wiele z nas powinno wziąć sobie do serca stare powiedzenie: NIE SZATA ZDOBI CZŁOWIEKA.

F. Moccia „Trzy metry nad niebem”

Tę książkę recenzowałam w sierpniu (tutaj). I chociaż minęło już pół roku, to dalej nie jestem w stanie zrozumieć jej fenomenu.

Historia jest miałka, autor zdaje się mieć do przekazania tylko to, że „łobuz kocha najbardziej”, a nastolatki, które przeważają w gronie odbiorców tego tytułu, biorą sobie tę uwagę do serca i na własne życzenie niszczą sobie życie.

Tak, ja też jestem kobietą i tak, mam na swoim koncie zauroczenie niewłaściwym mężczyzną, więc jestem w stanie zrozumieć tytułową bohaterkę, ale nie jestem w stanie zrozumieć zachwytu nad tą książką.

 

Mogłabym mnożyć tutaj kolejne tytuły, które w jakiś sposób wpłynęły na świadomość czytelników i ukształtowały ich sposób patrzenia na miłość, ale chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat. No więc, jakie tytuły proponujesz?

Może cię zainteresować

Federico Moccia – Trzy metry nad niebem
Przeczytaj...
Dwieście procent normy, czyli podsumowanie sierpnia
Przeczytaj...
Z kulturą w więzieniu, czyli „Dżentelmen w Moskwie” A. Towles
Przeczytaj...
J. K. Rowling, J. Thorne, J. Tiffany – Harry Potter i przeklęte dziecko
Przeczytaj...