Pierwszy września. To dzień, który budzi dosyć skrajne emocje. Młodsza część społeczeństwa (i ułamek tej starszej) nienawidzi go całym sercem, bo oznacza koniec wakacji i powrót do szkoły (pracy). Starsza część społeczeństwa (wyłączając nauczycieli) oddycha z ulgą, bo ma chwilę dla siebie, ewentualnie oszczędza pieniądze, które do tej pory trzeba było wydać na nianię.

Ja należę do grupy pośredniej: nie rozpaczam specjalnie, bo do szkoły chodzę, ale od tej drugiej strony biurka i jeszcze nie zdążyłam się zmęczyć wykonywanym zawodem, niani nie płacę, bo dzieci nie posiadam, ale gdybym mogła mieć wakacje jeszcze przez kilka miesięcy, to wcale bym się nie obraziła. Wierz mi.

Ale przechodząc do meritum. Skoro dziś jest „ten dzień”, to żeby uczynić go trochę mniej złym, ale pozostając przy temacie, postanowiłam podzielić się z Tobą moimi przemyśleniami na temat lektur szkolnych.

Nie od dziś wiadomo, że wokół tej „magicznej” listy toczą się wielkie dyskusje i zaciekłe spory, z którymi właściwie trudno się nie zgodzić. Faktycznie, spis książek, które omawia się w szkole jest dosyć przestarzały i rzadko nowelizowany. Teoretycznie pozostawia nauczycielowi furtkę i daje możliwość omówienia tekstów dodatkowych, ale praktyka mówi zupełnie coś innego. Na takie rzeczy zwyczajnie nie ma czasu. Jest program nauczania, który należy realizować, a każda godzina jest skrupulatnie rozliczana. Nie ma czasu nawet na to, żeby uczniowi dokładniej wytłumaczyć jakieś zagadnienie, a co dopiero mówić o tym, żeby czytać dodatkowe książki. Osobną kwestią jest stwierdzenie, że młodzież czytać nie lubi i nie będzie, bo ma problem nawet z przyswojeniem streszczenia o objętości do trzech stron. Ale nie o tym dzisiaj.

Chciałabym podzielić się z Tobą lekturami, które uważam za nietrafione i przeciwnie – tymi, które powinny zostać w spisie tekstów obowiązkowych.

Żeby rzecz usystematyzować, podzielę ten artykuł na 3 części (które pojawią się kolejno: dziś, 8 września i 15 września) – szkołę podstawową, gimnazjum, szkoły ponadgimnazjalne, a w każdej z tych części najpierw przybliżę Ci teksty, które są wymienione w podstawie programowej, potem wytypuję te, które koniecznie należałoby usunąć z listy albo chociaż przenieść na inny etap; takie, które powinny na liście zostać. Na sam koniec cyklu (w osobnym artykule) podam propozycje książek, które omówiłabym z uczniami, gdybym miała całkowicie wolną rękę. Ale do rzeczy: dziś na tapecie szkoła podstawowa. To co, zaczynamy?

Gwóźdź programu

Na poziomie szkoły podstawowej (mam tutaj na myśli klasy 4–6) podstawa programowa przewiduje takie teksty jak na przykład:

  • „Tajemniczy ogród” Frances Hodgson Burnett,
  • „Akademię Pana Kleksa” Jana Brzechwy,
  • „Pinokia” Carla Collodiego,
  • „Charliego i fabrykę czekolady” Roalda Dahla,
  • „Historię żółtej ciżemki” Antoniny Domańskiej,
  • „Tego obcego” Ireny Jurgielewiczowej,
  • „Bajki robotów” Stanisława Lema,
  • „Opowieści z Narni: Lew, Czarownica i stara szafa” C. S. Lewisa,
  • „Szatana z siódmej klasy” Kornela Makuszyńskiego,
  • „Chłopców z Placu Broni” Ferenca Molnara,
  • „Anię z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery,
  • „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza,
  • „Władcę Lewawu” Doroty Terakowskiej,
  • „Hobbita, czyli tam i z powrotem” J. R. R. Tolkiena.

Fajnie, że zostały wprowadzone elementy fantastyki i science-fiction, ale szkoda, że poza tymi elementami, nie ma nic nowego. Większość wymienionych wyżej tekstów jest po prostu przestarzała. A potem dziwimy się, że młodzież nie zna literatury współczesnej. Chyba nieprzypadkowo.

Temu panu dziękujemy

J. R. R. Tolkien „Hobbit, czyli tam i z powrotem”. Wiem, że teraz możesz uznać mnie za wariatkę, ale daj mi uzasadnić, poczekaj, jeszcze nie uciekaj. Pamiętam jak sama w 6 klasie miałam przeczytać tę książkę. Po pierwszym rozdziale chciało mi się spać, potem się wściekałam, a na końcu miałam ochotę płakać. A już wtedy uwielbiałam czytać. Chociaż dziś z sentymentem wspominam tę historię, to jednak uważam, że powinno się ją omawiać na nieco wyższym poziomie edukacji. Nie wszystkie dzieci są tak szybko gotowe na „poważniejszą” fantastykę. Dajmy im się oswoić z Lewisem, przetrawić „Opowieści z Narni”, może trochę się nimi zafascynować, a dopiero później wytaczajmy cięższe działa. Wypadałoby się zastanowić, czy nie lepiej przenieść „Hobbita…” do gimnazjum i omówić go przy większym zrozumieniu, czy też lepiej zniechęcić uczniów do tego gatunku już na starcie? Ja do tematu wróciłam i polubiłam, ale czy każdy do tego dojrzeje?

Antonina Domańska „Historia żółtej ciżemki” – to książka, która w spisie lektur jest chyba tylko pro-forma. Chociaż stoi na mojej półce odkąd sięgam pamięcią, to przeczytałam ją stosunkowo niedawno. W praktyce szkolnej nie znam nauczycieli, którzy zdecydowaliby się na jej omówienie, a to chyba mówi samo za siebie, więc głębiej drążyć nie będę.

Na zawsze w mojej pamięci

Ze szkoły podstawowej zapamiętałam najpełniej trzy książki. Historie z nich zawarte towarzyszą mi do dziś i z chęcią bym do nich wróciła (gdybym tylko miała więcej czasu). O jakie tytuły chodzi?

Frances Hodgson Burnett „Tajemniczy ogród”. Opowieść o niesfornej dziewczynce, która teoretycznie (świadomie lub nie) wyrządza w życiu swojej rodziny więcej dobrego niż złego, a która dzięki swojemu uporowi potrafi zrobić coś pięknego. Dla bliskich i dla świata. Kiedy byłam młodsza, lubiłam się zastanawiać, jak wyglądałby mój tajemniczy ogród, co by się w nim znalazło, jakie kwiaty i drzewa bym posadziła. Myślę, że ta lektura rewelacyjnie wpływa na wyobraźnię dziecka, pozwala ją rozwijać i kształtować zmysł estetyczny, a poza tym opisuje wiele ważnych w życiu wartości. Taka powinna być dobra książka, nie sądzisz?

Henryk Sienkiewicz „W pustyni i w puszczy”. Historia pełna wrażeń, fascynująca i przerażająca zarazem. Pamiętam jak z zapartym tchem śledziłam kolejne przygody Stasia i Nel, jak bałam się o ich zdrowie i życie, jak uśmiechałam się, kiedy spotykali kolejnych (pozytywnych) bohaterów. (Moim ulubionym był profesor Linde – rewelacyjna postać!) Przypominam sobie swoją radość z tego jak okazało się, że jednak nie umarli z pragnienia i odnaleźli rodziców oraz to, jak powoli dzięki temu uświadamiałam sobie, że nawet dziecko może dużo zrobić, jeżeli ma odpowiednią wiedzę i bardzo mocno czegoś chce. Kolejna dobra nauka dla młodego człowieka.

Ferenc Molnar „Chłopcy z Placu Broni”. Odkąd pamiętam, fascynowały mnie historie z wojną w tle. Czy chodziło o podwórkowe bitwy, czy „poważniejsze” historie, aż po te prawdziwe – dzienniki, pamiętniki i inne książki. To, co najbardziej dotknęło mnie w tej lekturze, to, co odróżniło ją od innych, które poznawałam w podstawówce, to smutek, który towarzyszył mi po śmierci Nemeczka – jednego z głównych bohaterów. Dotychczasowe książki miały pozytywne przesłanie, wzmacniały wiarę w siebie, pokazywały, że „chcieć, to móc”, uczyły, że należy pomagać innym, bo „dobro powraca” i tak dalej, i tak dalej. „Chłopcy z Placu Broni” pokazali, że życie to nie tylko dobre sytuacje, że nie zawsze wszystko jest sprawiedliwe, a człowiek musi się zmierzyć ze śmiercią czy ogólnie – stratą, która jest naturalną częścią życia.

A Ty, jakie lektury z podstawówki pamiętasz najlepiej? A może są takie, których nienawidzisz całym sercem? 🙂

Może cię zainteresować

O lekturach po raz czwarty, czyli pięć przykazań lektury szkolnej.
Przeczytaj...
Pocałunek o smaku pomarańczy jako początek końca. Ann Patchett „Dziedzictwo”
Przeczytaj...
Nadrabianie kryminalnych zaległości, czyli podsumowanie maja
Przeczytaj...
O historii, miłości i umiłowaniu wolności. Lektury w gimnazjum
Przeczytaj...
Sułtan, Czarnoksiężnik, Komornik i zaginione dziecko. Podsumowanie czerwca
Przeczytaj...