Choroba to coś, na co właściwie nie mamy wpływu. Dlaczego właściwie? Bo w sumie czasem mamy. Wiadomo jest, że jeżeli na dworze jest pięć stopni, a my wystroimy się w letnią sukienkę (albo spodenki) i sandałki, to najpewniej złapie nas przeziębienie, zapalenie oskrzeli, płuc albo inne cholerstwo. Są jednak choroby, na które nie mamy żadnego wpływu i najczęściej musimy się z nimi pogodzić i (w najlepszym wypadku) grzecznie łykać tabletki albo poddawać się różnym cudownym zabiegom, które albo są skuteczne, albo i nie.

Dziś coraz częściej chorują młodzi ludzie i dzieci. Właściwie nie ma dnia, żebym nie usłyszała, że umarł ktoś, kto miał 40 czy 50 lat, że miał zawał (pierwszy, trzeci albo piąty) albo raka. Powiesz, że się zdarza, że zasadniczo nie ma w tym nic dziwnego i tak dalej. Ale przecież jest, medycyna idzie do przodu, więc teoretycznie powinniśmy żyć dłużej, chorować mniej, a praktyka jest zupełnie inna. Niby wiemy więcej, niby się rozwijamy, a żyjemy krócej.

Opinie na ten temat są różne, jedni obwiniają stres i wszechobecny pęd, który nie pozwala na to, żeby odpowiednio skupić się na sobie i zdiagnozować ewentualne dolegliwości. Inni rzucają psy na żywność, której jakość pozostawia wiele do życzenia. Jeszcze inni wychodzą z założenia, że „co złego, to NFZ” i (muszę przyznać), że często się z nimi zgadzam. Ile na świecie ludzi, tyle zapewne ekspertów, więc nie ma sensu rozwodzić się nad prawdziwością którejkolwiek z tych tez. Nie jestem też specjalistką od medycyny, dietetyki i instytucji użyteczności publicznej, dlatego pozwól, że przejdę do tego, co mnie interesuje najbardziej, czyli do książki.

Ostatnio w moje ręce wpadła historia (wydawać by się mogło) obyczajowa. Ostatecznie okazało się, że po raz kolejny natknęłam się na tak przeze mnie „ukochany” romans. „Dzień cudu” Wioletty Sawickiej dziś na tapecie. Weź serniczek (makowiec też może być, bo przecież wiem, że zostało), kawkę i zaczynamy.

Hania ma 25 lat (tyle, co ja!) i nic w jej życiu nie jest proste. Wywodzi się z patologicznej rodziny: jej ojciec jest alkoholikiem, matka nie potrafi się z nim rozstać, nie mają pieniędzy, więc mogli zapewnić dzieciom wykształcenie zawodowe i nic poza tym. Żeby było śmieszniej (albo straszniej – decyzję pozostawiam Tobie) ich rodzinna miejscowość nosi nazwę Niebo.

Żeby uciec z tej piekielnej idylli Hania wychodzi za mąż za mężczyznę, którego nie kocha (a on nie kocha jej), ale dobrze się dogadują, oboje nie chcą mieć dzieci, otwierają warzywniak, który przynosi im w miarę przyzwoite dochody i tak funkcjonują (żeby nie powiedzieć: wegetują) z miesiąca na miesiąc. Do pełni wiedzy na temat tej dziwnej relacji brakuje Ci jeszcze informacji, że to Hania wyszła z propozycją ślubu, nie było romantycznych oświadczyn i tego typu rzeczy.

Główną bohaterkę poznajemy w chyba najgorszym dniu w jej życiu. Kobieta idzie do lekarza, ponieważ nie czuje się zbyt dobrze, podejrzewa ciążę. Na miejscu dowiaduje się jednak, że dziecka nie będzie, ale za to ma glejaka, którego nie da się leczyć, a tym bardziej operować, a więc (przy dobrych wiatrach) zostało jej kilka miesięcy życia. Hania wybiega z gabinetu, po drodze z nerwów wymiotuje na buty jakiegoś mężczyzny i idzie do pracy. Tam próbuje przekazać tragiczną wiadomość mężowi, jednak ten jest tak bardzo zajęty rozmyślaniami na temat rozwoju warzywniaka, że nie daje jej dojść do słowa, po czym informuje, że wyjeżdża na kilka dni i dopiero po powrocie będą mogli porozmawiać.

Bohaterka zostaje sama ze swoimi myślami i z rakiem, którego powoli zaczyna oswajać, mówi nawet, że teraz już nigdy nie jest sama, bo on (rak) zawsze jej towarzyszy. Lekko przerażające, nie sądzisz?

Kiedy wraca mąż, kobieta znów próbuje zainicjować rozmowę na temat swojej choroby, a on znów próbuje ją przełożyć na następny dzień, bo (tym razem) jest zmęczony. Hania nie daje za wygraną i w końcu informuje męża o raku. Ten reaguje tak jak zareagowałaby chyba większość: jest przerażony, zagubiony, ale obiecuje żonie, że się nią zaopiekuje, że jej pomoże. I chociaż w ich małżeństwie nie ma miłości, a jest umowa, to tym razem oferuje jej bliskość, która w takich sytuacjach jest bardzo wskazana.

Jakiś czas później bohaterka decyduje się na to, żeby odwiedzić rodzinę, z góry zakłada jednak, że nie poinformuje ich o swojej chorobie, a tylko złoży im wizytę i spędzi z nimi trochę czasu. Kiedy dociera do wioski, zmierza w kierunku domu, a im jest bliżej, tym wyraźniej docierają do niej wrzaski matki i ojca, wyzwiska, którymi się zasypują, bo on pije, a ona ma pretensje. Hania rezygnuje ze swojego planu i postanawia wrócić do męża, a w domu rodzinnym nawet się nie pokazuje.

Coś jest jednak nie tak, po drodze dostaje smsa, że sama musi dotrzeć z dworca do mieszkania, ponieważ mąż ma coś pilnego do załatwienia. Na miejscu zastaje karteczkę, że zostaje sama ze swoją chorobą, a jedyne, co będzie miała zapewnione, to pieniądze, mieszkanie i ubezpieczenie. Reakcji na to, co się stało można dopisać bardzo wiele. A jaką wybrała autorka? Tego dowiesz się jeżeli postanowisz przeczytać „Dzień cudu”.

A czy warto? No właśnie średnio. Książkę czyta się łatwo i przyjemnie. Historię poznajemy z perspektywy dwóch osób, rozdziały się przeplatają, jeden przedstawia nam spojrzenie Hani, kolejny – Piotra. Dosyć dobrze przedstawione są tutaj uczucia i emocje, ale sama historia jest dosyć mocno naciągana, jeżeli wziąć to wszystko na przysłowiową logikę, to nie do końca się klei, a zbiegi okoliczności, które mają miejsce graniczą z tytułowym cudem. Ale takim naprawdę ogromnym. Być może właśnie w ten sposób Sawicka chce zagrać na uczuciach czytelnika, może chce wprowadzić trochę klimatu baśniowego, nie wiem. Jedno jest pewne: jeżeli w historiach nie doszukujesz się prawdopodobieństwa, to jest szansa, że „Dzień cudu” Ci się spodoba, jeżeli jednak zwracasz uwagę na szczegóły, łączysz wydarzenia w ciągi przyczynowo-skutkowe i analizujesz następujące po sobie wydarzenia, to lepiej sobie odpuść i poszukaj innej lektury.

Z drugiej strony jednak, tak sobie myślę, że w obliczu minionych już świąt, to była dobra historia. Trochę nieprawdopodobna, ale czy narodziny Chrystusa są takie do końca logiczne? No właśnie 😉

Może cię zainteresować

Harem, Klatka i osiem żon, czyli „Prywatne życie sułtanów” J. Freely’ego
Przeczytaj...
Katarzyna Puzyńska – Łaskun
Przeczytaj...
Paula McLain – Okrążyć słońce
Przeczytaj...
Agnès Martin-Lugand – Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę
Przeczytaj...