Chociaż może trudno nam w to uwierzyć, to na świecie wciąż znajdują się miejsca, w których mieszkają ludzie, którzy doceniają naturalny krajobraz i starają się możliwie najmniej ingerować w otoczenie. Sama urodziłam się i wychowałam we Wrocławiu, więc krajobraz miejski jest dla mnie czymś normalnym i zachwycam się, kiedy wyjeżdżam na wakacje do mniejszych miejscowości, gdzie towarzyszy mi cisza, spokój, a czasem nawet pianie kogutów, czy chrumkanie prosiaków.

Jako mała dziewczynka lubiłam wracać do Disneyowskiej wersji „Pocahontas” i z zapartym tchem śledziłam losy plemienia głównej bohaterki w starciu z kolonizatorami. Dziś przychodzę do Ciebie z recenzją powieści, którą pewne elementy łączą z historią Pocahontas, ale realia są zdecydowanie bardziej… dzisiejsze. Jojo Moyes i „Srebrna zatoka”.

Co ciekawe, książka po raz pierwszy ukazała się jakieś 12 lat temu 🙂

Główną bohaterką jest Lisa – kobieta dosyć skryta, zamknięta w sobie, nosząca tajemnicę, o której niewiele osób wie. Jest atrakcyjna, przyciąga uwagę mężczyzn, ale traktuje ich raczej przedmiotowo. Jeżeli potrzebuje bliskości, to udaje się do okolicznego pijaczka – Grega, z którym spędza noc bez zobowiązań, przynajmniej z jej strony. Wraz z ciotką prowadzi hotel i miejscowe muzeum. Samotnie wychowuje córkę. Wydaje się, że jej życie jest nudne, przewidywalne, ale i stabilne. Pozwala na przeżywanie smutku i celebrowanie żałoby.

Któregoś dnia w hotelu zjawia się Mike. Mężczyzna odnosi ogromne sukcesy w swoim zawodzie, niemalże wbiega na kolejne szczeble awansu w korporacji. A czym się zajmuje? Otóż, jak pewnie się domyślasz, jego zadanie polega na wyszukiwaniu miejsc, w których można wybudować luksusowe hotele lub inne dochodowe inwestycje. Mike wydaje się być złotym dzieckiem, ponieważ nie tylko w pracy idzie mu nadzwyczaj dobrze. Ma także kochającą narzeczoną (nawiasem mówiąc – córkę szefa), z którą niebawem ma wziąć ślub. Co więc zmusza go do opuszczenia wielkiego miasta? Pewien nieszczęśliwy wypadek. Jeżeli ciekawią Cię szczegóły – odsyłam do lektury.

W Srebrnej Zatoce – miejscu zacisznym, w którym zagrożone gatunki od lat mają swój azyl, pojawił się drapieżnik. I jest nim, oczywiście, jeden z bohaterów, którego powodzenie w życiu zawodowym i osobistym ściśle wiąże się z nieszczęściem innych… stworzeń, bo trudno w tym przypadku mówić wyłącznie o ludziach.

Jakie tajemnice skrywa Lisa? Co takiego wydarzy się w jej życiu, że będzie zmuszona je ujawnić? Jaką rolę w tym wszystkim odegra Mike? I co najważniejsze: co stanie się ze Srebrną Zatoką? O tym wszystkim przeczytasz w książce Jojo Moyes.

A czy warto?

Chociaż pierwsze skojarzenie, które nasunęło mi się po przeczytaniu „Srebrnej Zatoki” wiązało się z bajką, to właściwie próżno w tej historii szukać większej ilości powiązań z baśniowością. Jest to powieść do bólu prawdziwa. Chociaż wątki zostały podkolorowane, to nie ma tutaj niczego, co mogłoby nie mieć miejsca w rzeczywistości.

Ciekawy jest również sposób poprowadzenia narracji: Moyes nie podejmuje jej w typowy sposób. Historię Lisy poznajemy z czterech różnych perspektyw: jej własnej, Kathleen – jej ciotki, Hannah – jej córki i (oczywiście) Mike’a. Chociaż nie jestem zwolenniczką rozbijania opowieści w ten sposób, to muszę przyznać, że pozwala on pełniej odebrać to, co autor ma nam do przekazania. Z drugiej strony wymaga trochę więcej od czytelnika, także „coś za coś”.

Moyes kolejny raz serwuje swoim czytelnikom książkę, która skłania do myślenia i powoduje, że czytelnik jeszcze jakiś czas po odłożeniu jej na półkę, zastanawia się, co sam by zrobił, gdyby znalazł się w takiej sytuacji jak bohater. Autorka pokazuje, że chociaż życie czasami rzuca nam kłody pod nogi, że chociaż nie raz i nie dwa te kłody sprawią, że się przewrócimy, to postawi na naszej drodze także osoby, które pomogą nam wstać, otrzepać kolana i pójść dalej.

A za co lubię twórczość Jojo Moyes?

Chociaż pisze powieści „o życiu”, których dedykowanymi odbiorcami zapewne mają być kobiety, to nie ma tutaj na pierwszym planie wielkiej i egzaltowanej miłości, która doprowadza bohatera do obłędu, a czytelnika do szału, a na pewno ogłupienia. Są problemy, które należy rozwiązać. Są rozwiązania, chociaż nie zawsze proste. I co najważniejsze – nie każde zakończenie można ograniczyć do „i żyli długo i szczęśliwie”. A więc prawdziwość. I to sobie cenię.

Za możliwość przeczytania dziękuję:

Może cię zainteresować

Lepiej późno, niż wcale. Czytelnicze podsumowanie listopada
Przeczytaj...
Jojo Moyes – Zanim się pojawiłeś
Przeczytaj...
Jak cuda, to tylko pod jemiołą! R. P. Evans, „Tajemnica pod jemiołą”
Przeczytaj...
Szkoła ogarniania według Pani Bukowej, czyli „Weź się ogarnij”
Przeczytaj...
Zostań diwą PCOS, Amy Medling „Wylecz PCOS”
Przeczytaj...