Każdy z nas (no dobra, może prawie każdy) miał w dzieciństwie zmyślonego przyjaciela. Osobę, z którą można było porozmawiać o wszystkim, której można było się wyżalić, kiedy nikt inny nie chciał słuchać, czasem był „towarzyszem” szalonych przygód i wypraw. Jednak prawda jest taka, że poza nami nikt go nie widział, nikt z nim nie rozmawiał. Z czasem my sami również przestaliśmy, więc zniknął na dobre. Dziś, kiedy widzimy, że jakieś dziecko z naszego najbliższego otoczenia konspiracyjnie szepcze do powietrza, a na podwieczorek szykuje dwa talerzyki zamiast jednego, to tylko uśmiechamy się pobłażliwie, świadomi tego, że taki stan rzeczy nie będzie trwał wiecznie. A gdyby jednak? Gdybyś był dorosłym człowiekiem, a przyjaciel towarzyszyłby Ci nadal… co wtedy byś zrobił / zrobiła?

Bohaterka książki, o której dzisiaj opowiem Ci trochę więcej doświadcza właśnie takiej sytuacji. Elżbieta Rodzeń „Chłopak, którego nie było”. Zapraszam!

Martyna jest kobietą, której życie nie rozpieszcza, delikatnie mówiąc. Kiedy miała siedem lat, uległa wypadkowi. W dojściu do siebie pomógł jej zmyślony przyjaciel, którego przywołała, kiedy nie mogła wydostać się z kontenera. Wydawało jej się, że to on wezwał pogotowie, zajmował się nią, podtrzymywał na duchu, jednak nikt poza nią go nie widział. Zarówno rodzice, jak i lekarze, myśleli, że jego „pojawienie się” jest wynikiem przeżytej traumy i z czasem wszystko wróci do normy. Tak się nie stało. Kuba (bo tak miał na imię) dorastał razem z nią. Pomagał w trudnych chwilach, dotrzymywał towarzystwa, zachęcał do nauki, a nawet planował za nią przyszłość…

Martyna nigdy nie była ulubienicą swoich rodziców. Mniej zdolna, sprawiająca więcej problemów, znajdowała się w cieniu swojej siostry. Regularnie była wysyłana do psychologów i psychiatrów, którzy mieli ją „wyleczyć”. Tymczasem Kuba jako jedyny w nią wierzył, motywował do działania. Za jego namową w czasie studiów wynajęła mieszkanie i wyprowadziła się z domu rodziców. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, jednak pewnego dnia Kuba źle się poczuł, a potem zniknął. I nie było to typowe zniknięcie zmyślonego przyjaciela, który przestał być potrzebny. Wręcz przeciwnie. Martyna się załamała, przestała chodzić na zajęcia, nie dawała znaku życia. W końcu rodzice przyjechali do wynajmowanego mieszkania, zastając córkę w bardzo złym stanie.

W ten sposób główna bohaterka znów trafiła pod ich opiekę. I już nigdy się nie wyrwała. Kiedy ją poznajemy, jest już dorosła i pracuje w nadmorskim (i podupadającym) pensjonacie swoich rodziców. Sprząta, urządza, pierze – jest panią od brudnej roboty. Pewnego dnia jej życie się zmienia. Poznaje mężczyznę, który nie tylko oferuje jej rodzicom rozwiązanie wszystkich problemów związanych z pensjonatem, ale także przedstawia jej mężczyznę, który wygląda jak Kuba, ale nazywa się James, a Martyny nie poznaje.

Czy James ma cokolwiek wspólnego z Kubą? Czy Martyna już zawsze będzie skazana na łaskę swoich rodziców? Jak potoczą się losy głównej bohaterki? Tego dowiesz się już bezpośrednio z książki.

A co ja mogę o niej powiedzieć?

Jest to pozycja, którą czyta się szybko i dosyć przyjemnie. Jeżeli nie przywiązywać wagi do fabuły, która jest więcej niż nieprawdopodobna, to można dojść do wniosku, że to całkiem dobra książka. Jednak w trakcie lektury wielokrotnie odkładałam ją na bok, pukałam się w czoło i zastanawiałam, jak można było coś takiego wymyślić. Konsultowałam to z moim mężem i… wyobraź sobie, że on też nie wiedział.

Zaczęłam rozpatrywać tę historię z innej strony. Próbowałam wyobrazić sobie, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby usunąć elementy fantastyki i ograniczyć tę książkę do zwykłej powieści obyczajowej. Byłaby lekko nudna, ale przynajmniej prawdopodobna. W oryginale jest maksymalnie daleka od realizmu, ale z innej strony przecież właśnie to podoba się czytelnikom (popatrz na sukces „Zmierzchu” czy „Pięćdziesięciu twarzy Greya”), dlatego postanowiłam dać sobie spokój z domaganiem się prawdopodobieństwa.

Jeżeli przymknąć oko na powyższe zarzuty, to dostajemy powieść napisaną lekkim i przyjemnym językiem, która nie wymaga od czytelnika wielkiego skupienia, ale angażuje jego emocje. Czytając mimowolnie wczuwamy się w rolę Martyny i zastanawiamy się, jak my postąpilibyśmy na jej miejscu. Przyznam, że w większości przypadków podobnie, chociaż mam wrażenie, że niektóre decyzje przychodziły jej zbyt łatwo, przynajmniej biorąc pod uwagę jej wcześniejsze problemy życiowe…

Komu zatem poleciłabym ten tytuł?

Osobom, które chcą na wakacyjny wyjazd zabrać książkę lekką i przyjemną, z elementami baśniowości 🙂

Premiera książki 31 lipca 2019.

Za możliwość przeczytania dziękuję:

Może cię zainteresować

Błękitne koszmary? Katarzyna Michalak, „Błękitne sny”
Przeczytaj...
Kiedy „Grey” wejdzie za mocno, czyli K. N. Haner „Nieczyste więzy”
Przeczytaj...
„Love, Rosie” po polsku? Anna Płowiec, „W cieniu magnolii”
Przeczytaj...
Trynkiewicz dawniej i dziś, czyli E. Żarska „Łowca. Sprawa Trynkiewicza”
Przeczytaj...
Mordercy Marines, pedofile i inni. PRZEDPREMIEROWO: „Mindhunter. Podróż w ciemność”
Przeczytaj...